Nagrywania tak wciągających audiobooków powinno się zabronić!

W przypadku trylogii Zagadka pochodzenia A. G. Riddle’a można zasłuchać się na amen, nie jest to czcze ostrzeżenie – sam na treningu doświadczyłem trudności z zakończeniem biegu.

Bo jeszcze się rozdział nie skończył.

Tak więc jedynym zabezpieczeniem biegacza jest wyczerpanie baterii w telefonie, bądź zasilania w słuchawkach.

Naciśnięcie na ekranie aplikacji Audioteki przycisku “stop” przychodzi z wielkim trudem, a po odcięciu od głosu niezawodnego Mariusza Bonaszewskiego czujemy pustkę. Musimy wyzwolić się spod uroku Genu atlantydzkiego i głosu lektora, no i powrócić do rzeczywistości.

Lojalnie też Was uprzedzam, jedynym logicznym rozwiązaniem dla fana dobrej literatury jest zakup wszystkich części trylogii, bo historia bardzo zgrabnie łączy się w całość. I tak po wysłuchaniu Genu atlantydzkiego poczujecie nieodpartą ciekawość co będzie dalej i kto przeżył końcowe sceny, kto nie. Po zakończeniu Zarazy atlantydzkiej będzie Was korciło sprawdzenie w jaki sposób autor zakończy całą sagę Zagadki pochodzenia bo zakończenie tej części sugeruje bardzo smakowitą trzecią część.

Ja i tak podstępnie podzielę recenzję właśnie na wspomniane trzy części, poniżej jest ten właściwy początek – recenzja tomu pierwszego, gdy opublikuję recenzje kolejnych części, znajdziecie je w linkach poniżej. Wszystko w imię unikania spoilerów czyli zdradzenia intrygi.

Warto tu wspomnieć, że powieść została przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków, sprzedano ją w nakładzie przekraczającym milion egzemplarzy. I mnie to nie dziwi.

Gen atlantydzki

Z początku umknął mi pewien niuans tytułu, to nie jest gen atlantycki (od Atlantyku) ale gen atlantydzki – od mitycznej Atlantydy, którą ponoć zamieszkiwali Atlanci.

Zawiązanie akcji jest spokojne, ale już z początkiem audiobooka instynktownie czujemy, że opowieść będzie wielowymiarowa i toczyć się będzie w rozmaitych zakątkach naszego globu.

Gdzieś na końcu świata, w Dżakarcie, niepozorna pani doktor Kate Warner prowadzi badania nad dziećmi chorymi na autyzm. Dwoje z dzieci Adi i Surya reagują na podany im eksperymentalny lek, dzieci okazują się ponadprzeciętnie uzdolnione, niestety ośrodek badań zostaje zaatakowany, a dzieci urpowadzone. Podejrzenia władz Indonezji kierują się w stronę doktor Kate, choć wszelkie ślady i zeznania świadczą o ataku komandosów.

Tymczasem w okolicach Antarktydy ekspedycja odkrywa historyczne COŚ. Czyżby to był okręt podwodny nazistów z okresu II wojny światowej? A może jeszcze coś starszego, z głębin historii naszej cywilizacji?

Na scenę wkracza również światowa organizacja antyterrorystyczna Clocktower, w niej pracuje agent David Vale. Agent ten od lat tropi tajemniczą organizację Immari stojącą za atakiem na WTC.

Akcja powolutku rozwija się, mózg słuchacza przywykłego do przewidywalnych zwrotów akcji zaczyna ziewać domyślając się ciągu dalszego gdy…

Audioteka lektorami stoi – Mariusz Bonaszewski

Po raz kolejny było mi dane zachwycić się interpretacją tekstu przez Mariusza Bonaszewskiego. Kiedyś, dawno temu, przyjaciel powiedział mi, że jednym z najważniejszych kryteriów wyboru tego, co brzęczy mu w słuchawkach podczas wybiegań, jest osoba lektora. W ciemno bierze audiobooki czytane przez Mariusza Bonaszewskiego. Po kilku przesłuchanych audiobookach przyznałem mu rację, jest w jego głosie profesjonalna pewność i gwarancja jakości.

Choć akurat przy Genie atlantydzkim pewna maniera czytania zastanawia i irytuje, do momentu przyzwyczajenia się słuchacza do specyficznego… oddychania lektora. Nie wiem czy był to celowy zabieg dynamizacji, ale te wyraźnie słyszalne wdechy i wydechy mnie osobiście przywodzą na myśl biegającego pana Mariusza po mechanicznej bieżni i równocześnie nagrywającego tekst. Może tak właśnie było?

Ale powróćmy do akcji Genu atlantydzkiego.

Trzęsienie ziemi

Gdy już jesteśmy przekonani, że akcja będzie rozwijać się w sposób przewidywalny następuje literalne trzęsienie ziemi i to na wszystkich opisanych frontach. Profesjonalny atak na siedzibę Clocktower, pewne eksperymenty w Chinach, prowadzone za pomocą dziwnego antycznego artefaktu, znalezisko na biegunie –  akcja nabiera niespodziewanego tempa, wpadamy do dziko pędzącego bolidu bobslejowego, mamy wrażenie, że autor tak prowadzi intrygę, że w pewnej chwili wychył o włos zbyt głęboki wyrzuci całą akcję w kosmos, powodując katastrofę i gwałtowne zakończenie akcji.

Bohaterowie wpadają w nieprawdopodobne tarapaty, w jeszcze bardziej niespodziewany sposób ratują się, by znowu pogrążyć się w wirze zdarzeń i katastrof. Chwilami mamy wrażenie, że nad Kate, główną bohaterką, wisi jakieś antyczne przekleństwo blondynki, jej upór w pakowaniu się w tarapaty jest godzien podziwu. Tak jak i cudowne ocalenia, które zdarzają się raz po razie.

Tak czy inaczej akcja zapiera dech w piersiach, należy mieć bardzo napiętą uwagę aby nie stracić wątku i zrozumieć kto stoi po czyjej stronie, skąd nadchodzi niespodziewana odsiecz oraz czy aby na pewno jest to pomoc, a nie chytry podstęp.

Nabranie oddechu możliwe jest tylko podczas głębokiej retrospekcji, która mnie irytowała spowolnieniem akcji, tak jak zawsze irytuje kierowcę zjechanie z autostrady w teren zabudowany i konieczność ograniczenia prędkości.

Kosmici i naziści

Jeżeli myślicie, że tempa akcji nie da się przyspieszyć a wydarzeń skomplikować, to jesteście w błędzie. Okazuje się, że akcja cofa się nawet do prapoczątków ludzkości, pojawiają się Atlanci, statki kosmiczne innej cywilizacji, znajduje się też wytłumaczenie dla tajnych badań nazistów nad słynnym „dzwonem”.

Kate z uporem walczy o odzyskanie porwanych dzieci, David stara się zrozumieć skąd wzięło się globalne zagrożenie i zapobiec zagładzie ludzkości, ich losy się ze sobą wiążą a słuchacz otrzymuje potężną dawkę wiedzy historycznej i sporą dozę informacji na temat genetyki i pochodzenia rasy ludzkiej. Ktoś kiedyś pomógł nam, jako małpoludom, które zeszły z drzew, zaprogramował nas na określone działania i pomógł w przetrwaniu biblijnych katastrof.

Wszystko zmierza do bardzo spektakularnego i zaskakującego finału. Który oczywiście generuje kolejne pytania i gładko wrzuca nas do drugiej części trylogii. Ale o tym poczytacie w kolejnym odcinku…

Intryga przypomina mi co rusz rozsypane puzzle, które mozolnie są składane na kolejnych stronach książki, gdy już cieszymy się z ułożonej zrozumiałej historii okazuje się, że jest to jedynie fragment większej łamigłówki, dla autora to taka niewinna rozgrzewka przed czymś większym. Co ponownie zanurza nas w świat, w którym odlicza się godziny do zagłady ludzkości.


Gen atlantydzki to siedemnaście godzin pasjonującego tekstu  dostarczonego przez serwisPrzed zakupem możecie przesłuchać darmowo aż 1,5 godziny Genu atlantydzkiego, choć ja z serca rekomenduję zakup całej trylogii Zagadki pochodzenia, bo na pewno nie poprzestaniecie na niewielkim kawałku tak pasjonującej całości.