15 kroków do Paryża – wstęp

 

Korzystając z niezwykłej gościnności Bookworma po raz kolejny odzywa się mgr inż. Anioł. Tym razem Redaktor Naczelny zaprosił mnie do opisania w cyklu krótkich publikacji moich maratońskich przygotowań.


Skąd pomysł na umieszczenie na BWOTR tego mini-cyklu ? Ano chyba stąd, żeby tych którzy chcą, a nie wierzą, że mogą biegać nawet długie dystanse przekonać, że to wcale nie takie trudne, pod warunkiem zachowania rozsądku i trzymania się pewnych podstawowych zasad :-)

26 miesięcy temu piszący te słowa ważył około 100 kg, większość dnia spędzał za biurkiem, a uprawianie sportu (narty, rower, basen) było jedynie sezonowe lub okazyjne. Wtedy myśl o tym, że mógłbym przebiec maraton była równie realna jak i to, że wzbiję się w powietrze i polecę na księżyc! Głównie dlatego, że już 100 m biegu powodowało niezłą zadyszkę…

Wtedy zaczął się odwrót z tej prowadzącej donikąd drogi. Najpierw 4 miesiące pod opieką dietetyka zakończone oczekiwanym efektem – 18 kg obywatela mniej. Ale ponieważ obywatel jest niesamowitym łasuchem trzeba było wymyślić coś, co sprawi, że tak już zostanie. Coś co stanie się pasją, nie zaś kolejnym słomianym zapałem.

I tak w listopadzie 2013 odbyłem pierwszy marsz na bieżni, 5 km. Marsz, nie bieg. Bieganie takiego dystansu dla nieprzyzwyczajonego organizmu jest niezłym szokiem i może narobić więcej szkód niż pożytku. Tak więc marsz, coraz dłuższy, coraz szybszy, aż do 10 km. Później trucht, na przemian z marszem. Aż po dwóch miesiącach przebiegłem 10 km, czas pamiętam do dziś – 1 godzina 9 minut. Po biegu spałem dwie godziny :-)

O dziwo dalej poszło z górki, coraz dalej, coraz szybciej. Ale trzymając się zasad. Wizyty u kardiologa i stosowne badania, żeby sprawdzić czy aby to mnie nie zabije? Rozgrzewka przed treningiem, rozciąganie po treningu, odpowiednie buty. Wszystko po to by nie oglądać ortopedy, no chyba, że jako zawodnika też startującego w biegu.

W marcu 2014 pierwsze zawody, 10 km już w 48 minut. Gromada tak samo zakręconych, rywalizacja, adrenalina, coś więcej niż tylko trening. I już wiedziałem, że to dla mnie. Później więcej treningów, zawodów, pierwszy półmaraton, na mecie którego już się paliła w głowie lampka – skoro pół to czemu nie cały ?

Zaczęły się coraz dłuższe wybiegania, 25 km, 30 km, 32 km…. Po dwóch dniach gdy nie biegałem robiłem się zmierzły. Aż w październiku stanąłem na starcie Silesia Maratonu w Katowicach. W końcu jesżech ślonzok, to kaj mom lecieć pierwszy roz jak ni na czornym ślonsku? Jakby mie pieron trefił to dyć lepij kole doma niż kajś w gorolyji :-)

20151228_182525
Spróbowałem, ostrożnie, byle przebiec. I okazało się, że się da, choć czas 4 godziny 38 min nie powalał. Ale w końcu byłem już maratończykiem. Nie czując nic od bioder w dół ale co tam! Jakoś dotruchtałem te najgorsze ostatnie 2 km :-)

Już tego samego wieczora myślałem tylko o tym by przeżyć to znów. Okazało się, że mój organizm zniósł maraton dobrze. Nie działo się nic niepokojącego. A po tygodniu biegłem już w zawodach na 10 km, oczywiście rekreacyjnie.

Później spotkałem Pawła, dzięki któremu możecie czytać o naszych wspólnych biegach i z którym razem wyznaczamy sobie cele na kolejne zawody.
Potem przyszła zima, przebiegana nawet w mrozy. I mocna wiosna, której finałem dla mnie był Volkswagen Prague Marathon, który przebiegłem już poniżej 4 godzin. Znów końcówka była arcytrudna, ale to już nie było człapanie na ostatnich kilometrach.

20151228_182532
I zaczęło mi się wydawać, że teraz to już jestem gość! Że następny jesienny maraton pobiegnę na luzie i pewnie z lepszym wynikiem. Wakacje były upalne, biegałem mniej. Potem jakaś choroba, trochę lenistwa i we wrześniu okazało się, że planowany wyjazd na maraton do Budapesztu nie dojdzie do skutku bo w formie jaką miałem nie byłem w stanie przebiec nawet trzydziestki… Powiedzieć, że byłem na siebie wściekły to nic nie powiedzieć. To była moja porażka na całej linii.

Potrzebowałem kogoś kto zrozumie tę złość. Schodząc z treningu zadzwoniłem do Pawła, nie pamiętam co mówiłem, ale z pewnością marudziłem okrutnie. Zostałem wysłuchany i zapewniony, że w takiej sytuacji odpuścić jest rozsądnie oraz, że co nas nie zabije to nas wzmocni! Kląłem zatem na siebie tylko parę dni, a potem wziąłem się za bieganie mądrzejsze niż wcześniej.

Kolejny cel pokazał się szybko. Trochę szczęścia, próba zapisywania się na Maraton Paryż 2016 na sześciu komputerach równocześnie i… udało się. Jestem jednym ze szczęśliwców, którzy mają szansę pobiec w tym jednym z największych na świecie biegów.

Co prawda od paru tygodni, a dokładnie od dnia w którym w południe kupiłem bilety lotnicze, a wieczorem w Paryżu wydarzyły się zamachy, nie wszyscy uważają, że jechać tam to wielkie szczęście. Ja jednak motywacji nie straciłem i po grudniowym roztrenowaniu stoję na początku 14 tygodniowej drogi. Na jej finiszu chcę wiedzieć, że zrobiłem co się da by być przygotowanym. By pobiec z uśmiechem, a dzień 3 kwietnia żeby stał się jednym z tych, których nigdy nie zapomnę.

W kolejnych cotygodniowych wpisach opowiem o przygotowaniach. O bieganiu, treningach, odpowiedniej diecie i przede wszystkim o motywowaniu się nawet wtedy gdy niczego się nie chce :-)

mgr inż. Anioł

...tak zostałem "ochrzczony" po jednym z biegów. Mgr inż. jestem prawdziwy. Anioł ze mnie żaden :-) Zostałem zarażony przez przyjaciela pisaniem o swojej pasji i od czasu do czasu popełniam jakiś wpis związany z bieganiem i tym co wokoło i przy okazji.

Może Ci się również spodoba

42 komentarze

  1. Barni pisze:

    Czytasz takie rzeczy i myślisz – kurde, to za rok też zrobię półmaraton! A potem przypomina ci się, że obiecywałeś to sobie już setki razy i nigdy nie wyszło. Ale gratuluję Aniołowi samozaparcia i trzymam kciuki za paryski bieg!

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Próbuj :) kiedyś to odpali :) Mnie też wcześniej wiele zapałów szybko przemijało, ale od biegania można się fizycznie uzależnić !

  2. mgr inż. Anioł pisze:

    :-) wytrwałość właśnie nakazuje mi potrenować choć mrozik fajny :-)

  3. Wsaniała metamorfoza, motywacyjne gadki Ewy Chodakowskiej siadają przy takich spektakularnych wynikach :)

  4. Wow brzmi imponująco :) Bardzo inspirujący post.

  5. AniaGotuje.pl pisze:

    Gratulacje.. grunt to wytrwałość!!

  6. Szacun Aniele Mgr Inż :) Zazdroszczę Ci tego maratonu, bo raz, że Paryż, a dwa, że Paryż. :) Oby zdrowie było z Tobą, bo o resztę jestem już spokojny. Będzie me super przeżycie. (i teksty na blogu)

  7. Blogierka pisze:

    Świetny ten cykl!! Ja się nie mogę doczekać przygotować- treningu itp. Ja złapałam zajawkę biegową- no i miał w tym swój udział Gospodarz bloga oczywiście :).Z kupnem i doborem właściwych butów muszę się wstrzymać do stycznia-ale przygotowanie merytoryczne przyda się na już :).
    Świetna historia Pani Mgr- i mega szacun za osiągnięcia! Fingers crossed za Paryż.
    ps. A taki przyjaciel jak Bookworm- skarb i już :) Albo inaczej: grunt to znaleźć równie szalonego człowieka ;)

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Przyjaciel zwłaszcza tak samo zakręcony to wielki dar :) A buty kupuj jak najszybciej, bo po pierwsze wyprzedaże, a po drugie nie ma co zwlekać z bieganiem :) I koniecznie udaj się do fachowego sklepu, żeby Ci profesjonalista te buty wybrał… chyba że na tyle dobrze znasz parametry swoich stóp, że możesz wybrać sama :)

      • Blogierka pisze:

        Zdecydowanie idę do profesjonalnego sklepu bo nie znam się totalnie a w ciemno nie będę ryzykować. Moje zwlekanie związane jest z funduszami a dokładniej ich chwilowego braku :)

  8. Bookworm pisze:

    Dopiszę jeszcze swoje „co nieco”. Zawsze miałem duże opory przed dekonspirowaniem tożsamości osób, najczęściej biegaczy, którzy przewijają się przez moje opowieści. Po zeszłorocznym biegu po moczkę i makówki pseudonim Anioła narzucił się sam. Ale przecież „aniołów” jest od groma, a to jest wyjątkowy Anioł. Uzdolniony technicznie (byście te skrzydła z opcją składania w biegu widzieli!) i mi się przypomniało, że przecież obaj kończyliśmy tę samą techniczną uczelnię. Znowu samo „inż.” brzmiało tak trochę zawodowo a „mgr inż. Anioł” miało tę zaletę, że każdy czytający musiał po prostu musiał się zastanowić: „ale że o co tu chodzi?” :D I tak pozostało, ba – nawet się przyjęło :) Zresztą, on jest uzdolniony wszelako, to jedna z nielicznych osób, która mnie doprowadza co pewien czas do płaczu. Ze śmiechu. A tak niewinnie wygląda….

  9. Artur pisze:

    Hahahah. „Lot na księżyc”. Doskonałe porównanie :D Sam tak mam i nie mam zamiaru tego zmieniać. Chętnie wczytam się w kolejne artykuły, ale na szczęście już nie odczuwam przymusu pójścia w ślady autora. To ogromna zmiana w moim życiu. Ambicje dopasowane na miarę moich możliwości :D Uwielbiam swoje urocze wolnobiegowe tempo i dystansiki „rzutberetowe” i nie mam zamiaru póki co tego zmieniać. Choć czytając Twój wpis z wyjątkowym naciskiem na klawiaturę podkreślam zwrot „póki co” :D Ech ambicja :) Podziwiam każdy akt determinacji i konsekwencji, którego efektem jest ukończenie maratonu. Czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy. Pozdrawiam serdecznie panów magistra i redaktora i gratuluję koegzystencji w symbiozie :D

    • Bookworm pisze:

      I ja pozdrawiam :D – genezę tytułu Anioła rozpisałem powyżej a widzę, że Ty odkryłeś właśnie to co w bieganiu najważniejsze. Przyjemność. Reszta jest kwestią tego czy się nie pojawi jakiś ktoś, kto Cię zmotywuje, zachęci do zapisania się i … potem to już idzie bardzo szybko ;) Byle tylko nie zgubić tej radości i przyjemności…

    • mgr inż. Anioł pisze:

      „Póki co” mówisz ? :) dobrze… może po prostu musisz jeszcze dojrzeć do mojego wieku :) a wtedy pomyślisz, że już nie ma czasu żeby zwlekać :)

    • Blogierka pisze:

      dystansiki rzutberetowe <3 :D

  10. Dola pisze:

    Podziwiam Cię :)

  11. Super !!! Gratuluję prze de wszystkim osiągnięć i samozaparcia !!! Ja również się cieszę na ten cykl – gdyż w kwietniu 2016 podejdę do swojego pierwszego maratonu :) Tak więc czytam i podglądam :)

  12. BasiaK pisze:

    Super!!! Bardzo się cieszę , że będzie taki cykl. Dla mnie na chwilę obecną przebiegnięcie 10 km jest równoznaczne z lotem na księżyc. :) Z ogromną przyjemnością poczytam o Twoich przygotowaniach. I wiesz, słowo pisane ma moc, nigdy nie wiadomo jak zadziała i na kogo wpłynie. ;) Będziemy się z Tobą przygotowywać, a potem mocno trzymać kciuki. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.