15 kroków do Paryża, Bieganie, Gościnnie

15 kroków do Paryża – tydzień czwarty


Minęło kolejne 7 treningowych dni, przybliżających mnie do startu w 40 Marathon de Paris. O tym, jak przebiegały przygotowania w poprzednich tygodniach można można przeczytać tu.

Pozostało jeszcze 70 dni, równe 10 tygodni przygotowań. Dużo i mało jednocześnie. Dziś, prócz relacji z przygotowań do maratonu w tygodniu czwartym poruszę temat masażu, w tym masażu sportowego i jego roli w moich przygotowaniach.

70znak


Trasa Paris Marathon

Od kilku dni motywuję się, przyglądając się trasie. Temu jak przebiega, co ciekawego zobaczę po drodze.

Trasa paryskiego maratonu

Analizując trasę zawodów, widzi się nazwy, które hipnotyzują :-)

Start na Champs-Elysees, później Plac Concorde, Plac Bastylii na 5 km,  Zamek Vincennes na 12 km, łącznie 10 km w Lasku Vincennes, by później dostać się na brzeg Sekwany i podążając nim, minąć Katedrę Notre-Dame na 25 km. Po kolejnym kwadransie biegu zobaczymy Muzeum d’Orsay, wreszcie na 30 km w pobliżu trasy wznosić się będzie Wieża Eiffela i przebiegniemy przez bliski sercu polskich biegaczy Plac Warszawski.

Od 33 km przez 9 km trasa poprowadzi nas przez Lasek Buloński, a na finiszu zobaczymy przed sobą Łuk Triumfalny :-) Prawda, że budowla ta wyjątkowo pasuje w tym miejscu zmagań ? :-)


Dziennik przygotowań

Rozmarzyłem się… żeby jednak w owym lasku nie cierpieć, miast myśleć zbyt dużo, starałem się intensywnie pracować :-)

Każdego dnia, jak zwykle, czyniłem wpis do dzienniczka opisującego stan przygotowań. Tak, tak… dzienniczek zupełnie jak w szkole, tylko dane inne :-) Tętno spoczynkowe zmierzone o poranku, ilość snu, waga, no i opis jednostki treningowej w danym dniu.

W poniedziałek wizyta u masażysty. Tak jak wspominałem wcześniej, dziś bardziej skrupulatnie opiszę to zajście :-)

Wtorek to dzień Syzyfa. On też toczył ciężar pod górę wiele razy. Ja po przebiegnięciu najpierw 8 km, musiałem 10 razy wtoczyć swoje kilogramy na szczyt górki, pędząc ile sił w nogach, a następnie truchtać w dół :-)

W kolejnym dniu tradycyjnie odwiedziłem siłownię, by przypomnieć sobie, że mięśnie, są również w innych partiach ciała niż nogi. Ale tym razem niespodzianka ! Po zmęczeniu się na siłowni, na deserek 6 km biegu. Tak dla rozluźnienia, w tempie 5,40.

W czwartek easy run, zakończony sprintami, ale tym razem po płaskim. W sumie 12 km. Było o tyle inaczej, że ze względu na bardzo pracowity dzień, wyruszyć na trening mogłem dopiero po 22:00. Ale za to park miejski był wtedy pusty i magiczny…

nocne bieganie - park Żory

żorski park - bieganie nocą

Piątek był dniem odpoczynku dla nóg przed wymagającym weekendem. Tylko ćwiczenia core-stability na macie.

Weekend to dłuższe wybieganie. Sobota na rozgrzewkę tylko 12 km. Słowo rozgrzewka jest tu kluczowe, bo na dworze rano było -12 stopni, ale przy krótkim biegu nie miało to znaczenia. 

Natomiast niedziela była najciekawszym dniem treningowym. Sam dystans 25 km nie stanowił co prawda wielkiego wyzwania, ale już zakładany rytm biegu tak. Chodziło mianowicie o to, by pierwszą część dystansu, w tym przypadku 15 km, przebiec wolniej, wręcz zbyt wolno (w moim przypadku tempo około 6,15), zaś ostatnie 10 km w moim tempie maratońskim 5,30.

Prościej jest to robić na odwrót, ale jednym z założeń mojego treningu jest to, by biegać coraz szybciej. Jakkolwiek trudno organizmowi czasem wytłumaczyć, że ma przyśpieszać, zamiast zwalniać gdy przychodzi zmęczenie.

Doszła jeszcze dodatkowa atrakcja. Pogoda. Temperatura około 1 stopnia i zaczęła się robić chlapa. Padał śnieg z deszczem. Niemal cały dystans musiałem bardziej lub mniej brnąć w śniegu, a stopy miałem przemoczone już po kwadransie. Buty ślizgały się bardziej niż na mrozie i momentami trzeba było wkładać dużo więcej energii w bieg, niżby miało to miejsce na suchej nawierzchni. Ale cóż… na pogodę wpływu nie mam :-)

Jednak tym razem, nauczony doświadczeniem z poprzedniego tygodnia, uzbrojony w cieplejszą bieliznę termiczną i bidon-termos, nie dałem się wychłodzić nawet po 2,5 godzinach biegu. Woda chlupała w butach, ale stopy były tak rozgrzane, że nie był to problem :-)

Łącznie więc, przebiegłem w ciągu tygodnia 66 km. Powoli zbliżam się do najbardziej obciążających treningów :-)

Masaż sportowy

A teraz zgodnie z zapowiedzią kilka słów o mojej przygodzie z masażem sportowym dla biegacza. 

Wg definicji, jakie można znaleźć w sieci cyt : „Masaż sportowy to nieodłączny element treningu każdego sportowca, który ma wiele wspólnego z masażem klasycznym, z tą różnicą, że jest wykonywany przy użyciu większej siły i energii. Masaż sportowy to nieodłączny element odnowy biologicznej, który jest wykorzystywany w profesjonalnych programach treningowych. Ponadto pomaga on zapobiegać kontuzjom, likwiduje skutki przetrenowania, rozgrzewa i relaksuje mięśnie oraz zapobiega zakwasom po ćwiczeniach.

masaż sportowy

O tym,  że go potrzebuje, mówiły mi moje nogi, zwłaszcza po długich, ponad dwugodzinnych wybieganiach. Zabawnie było, gdy po biegu, wieczorem,  gdy wstawałem z krzesła po dłuższym przebywaniu w pozycji siedzącej i przetaczałem się przez pokój jak nie przymierzając marynarz… albo nie, raczej jak kaczka :-) Krok taki brał się stąd, że bolały głównie przywodziciele.

Korzystałem przez ponad pół roku z masażu, który był bardziej zbliżony do klasycznego. Choć skupiony był w okolicach mięśni nóg, wielkiej różnicy, czy postępu nie zauważałem. Plusem było to, że unikałem kontuzji, co może mieć związek.

Jednak w październiku zeszłego roku, kiedy coraz bardziej dawał mi się we znaki ból, trafiłem do gabinetu rehabilitacji, specjalizującego się w masażu sportowym.

Zachęcony tym, że klientami owego gabinetu są znani mi lekkoatleci czy zawodnicy MMA udałem się na pierwszą wizytę…. Już pierwsze spotkanie z terapeutą dało mi do myślenia. Postawny mężczyzna, jak okazało się później, były zapaśnik, który posiadał doświadczenie zdobyte w pracy jako masażysta z kadrą polskich reprezentantów w tej konkurencji, po wywiadzie ze mną wziął się do pracy.

Do dziś zapamiętam magiczne pytanie : „Wie Pan, że przy pierwszych zabiegach terapia nie jest przyjemna…?

Myślałem, że wiem. Przez 5 min. Albo przez 3 ! W ciągu tego czasu terapeuta znalazł u mnie mięśnie nóg najbardziej zaniedbane. Nie rozciągane odpowiednio, przykurczone i co za tym idzie reagujące bólem na masaż :-)

Ale jakim bólem ! Nie będę się rozwodził nad tym, bo trochę wstyd. Zapamiętałem tylko odpowiedź, na któreś z moich głośnych : „Ałaaaaa!„,  która brzmiała : „Niech Pan będzie cierpliwy, bo sukces rodzi się w krwi i bólu :-) Obiecuję Panu, że flaki nie będą latać :-)

Pocieszony tym zapewnieniem zacisnąłem zęby. Aż do chwili gdy terapeuta powiedział : „Uwaga teraz zaboli bardziej„.  A ja byłem przecież pewny, że bardziej to już było :-)

Na koniec pierwszego, godzinnego zabiegu, dowiedziałem się, że moje mięśnie są bardzo zbite, wymagają solidnego rozluźnienia i regeneracji. Ujęło mnie porównanie, że są jak mięso na kotlet, które trzeba rozbić :-)

włókno mięśnia

Paweł z pewnością pamięta mój lekko przerażony głos, gdy po pierwszym zabiegu zadzwoniłem podzielić się wrażeniami :-)

A potem… a potem było gorzej, na szczęście tylko przez 3-4 wizyty, a początkowo chodziłem na zabiegi 2 razy w tygodniu. Po tym okresie poczułem, że jest inaczej. Masaż przestał być tak bolesny i nawet po długich biegach mogłem normalnie chodzić !

Teraz już nie wyobrażam sobie intensywnego biegania bez cotygodniowej wizyty w gabinecie rehabilitacji. Zabieg traktuje, zgodnie z zaleceniem, tak samo jak jednostkę treningową, bo mięśnie są solidnie zmęczone, ale bardziej rozluźnione niż spięte.

W trakcie zabiegów spotykam innych biegaczy. Czasem leżymy na sąsiednich kozetkach za parawanami, a terapeuci, z którymi się już dobrze znamy, z uśmiechem przekomarzają się, czyj biegacz głośniej narzeka, gdy odkryty zostaje w jego nodze jakiś wyjątkowo spięty mięsień :-)

Pan Marcin, do którego chodzę, jest podobnie jak ja fanem gier komputerowych, więc w trakcie terapii głównie rozmawiamy o przygodach naszych wirtualnych bohaterów. Oczywiście tylko wtedy, kiedy właśnie nie zaciskam zębów :-)


PS. Dla zainteresowanych załączam dane z zegarka biegowego z dwóch biegów w minionym tygodniu :

Wtorek – http://www.movescount.com/pl/moves/move90274347

Niedziela – http://www.movescount.com/pl/moves/move90809899

11 Comments

  1. Ja Cię podziwiam i za tempo i za wytrzymałość, bo treningi dieta i te wszystkie sprawy to rozumiem, ale chyba i tak bym wyzionął ducha :D

  2. Masz rację, nazwy z trasy robią wrażenie. :-) Piękne miejsca. A Lasek Buloński? Że to od bólu? Haha… niemozliwe. ;-) Ale Łuk Triumfalny już sugeruje coś co na pewno nastąpi. Triumf. :-) Tak czytam i widzę, że ciężkie jest życie sportowca profesjonalisty. Bieganie, ćwiczenia, regularne masaże no i jeszcze dzienniczek. :-) Żeby to wszystko ogarnąć trzeba być niezłym w planowaniu i organizacji czasu. Tym bardziej więc poziom mojego podziwu dla Ciebie rośnie. A masaż? No cóż, dobry masaż musi boleć, ważne, że jest skuteczny. :-)

    • mgr inż. Anioł

      Sam miałem skojarzenie z „buliońskim”, że niby ciepły bulion na mecie :) ale potem doszedłem do wniosku, że takie myśli mam teraz zimą, a w kwietniu będzie tam ciepło i raczej zimna woda będzie mi w głowie :) Zgadzam się, że życie sportowca profesjonalisty jest ciężkie, ale nie moje :) bo ze mnie ani nie profesjonalista, ani też nic ciężkiego nie robię :) biegam bo lubię, a że na codzień i tak jestem dość uporządkowany to pilnowanie treningów czy dzienniczek wpisuje się doskonale w mój dzień :) Nie ukrywam, że wciąż czekam aż napiszesz, że po przeczytaniu coś przebiegłaś, bo Cię zmotywowałem :))))

      • Wiedziałam, że nie przyznasz się do profesjonalizmu. :-P Ale przepraszam bardzo, amatorszczyzną tego nazwać nie można. :-) Wiesz, do pierwszego pobiegania też się trzeba przygotować. :-) To ja się na razie będę przygotowywać, a Ty mnie motywuj dalej. :-D U mnie obecnie występuje podłoże w postaci błota lub lodu. I kałuże ogromne. Taki zestaw mam pod nogami na zewnątrz. I jak tu biegać, skoro chodzić nawet nie można? (dzięki ci pogodo za wymówkę) ;-)

  3. Dwa razy trzymałeś dokładnie takie samo tempo? Szacunek! chyba, że ja coś źle czytam. Co do trasy maratonu to powiem tak: zawsze biegam bez okularów. Na ten jeden bieg na pewno wziąłbym je ze sobą. Tyle cudów na trasie… Poezja. Prawie taka sama jak terapia manualna. ;) Nie zna życia ten kto nie płakał i nie rzucał mięsem w czasie rozluźniania punktów spustowych. Nie będę ukrywał, że raz czy dwa wyrwało mi się niecenzuralne słowo, ale nie byłem w stanie nad sobą zapanować. Ból był kosmiczny.

    • mgr inż. Anioł

      Ha! No istotnie :) wiesz, że nawet nie zwróciłem na to uwagi, że w obu biegach tempo średnie wyszło co do sekundy takie samo? Ale to oczywiście przypadek, bo oba treningi miały zupełnie inne zadanie. Pierwszy miał elementy interwału, w górę sprint, w dół trucht, a drugi to długie wybieganie na dwu tempach :) A co do terapii to widzę, że mnie rozumiesz :))) może nigdy nie wyrwało mi się słowo, ale miałem myśli by „oddać” :) na szczęście postura mojego terapeuty i sportowa przeszłość odbierają mi tę chęć :) a i ciało się przyzwyczaiło i już nie jest tak źle jak na początku :)

      • A ja tu liczyłem na opis jakiegoś heroicznego boju z zaprawionym w walce terapeutą. Trudno, nic to, poczekam, może jednak kiedyś Ci się narazi :D

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén