W pierwszej części relacji opisałem dwa dni w Rzymie poprzedzające start. Dziś opowiem o samym biegu w 23. Maratona di Roma, który miał miejsce 2 kwietnia.


Przed startem

Obudziliśmy się wczesnym rankiem przed godziną 6:00, a pierwszą czynnością było spojrzenie za okno.  Przez ostatnie dwa dni pogoda w Rzymie była wyśmienita, słoneczko, niezbyt gorąco. Natomiast prognozy nie były już tak optymistyczne. Dokładnie podczas biegu zapowiadane były całkiem spore opady i momentami porywisty wiatr. Prawda, że wygląda to na wyjątkową złośliwość aury ?

Przewidywana wysokość opadów maraton w Rzymie

Póki co nie padało, było jednak pochmurno i dużo chłodniej niż poprzedniego dnia. Zjedliśmy tosty z dżemem, popiliśmy kawą. Przywdzialiśmy nasze maratońskie stroje, zapakowaliśmy plecaki i żwawym krokiem udaliśmy się w kierunku pobliskiej stacji metra Cipro.

Maraton w Rzymie w drodze na start

Czekała nas kilkunastominutowa podróż i przesiadka na inną linię. Stacja Colosseo znajdująca się najbliżej startu była zamknięta, wysiedliśmy więc na Circo Massimo i wraz z tłumem biegaczy podążaliśmy w kierunku startu. A wyglądało to tak.

Po przejściu kontroli i minięciu uzbrojonego patrolu wojska, skierowaliśmy się w kierunku TIRów oznaczonych numerami, w których każdy biegacz mógł złożyć w depozycie swój plecak. Tu pożegnałem się z kolegami. Życzyliśmy sobie powodzenia, a później każdy z nas udał się do swojej strefy startowej.  No i jeszcze obowiązkowa fotka pod Koloseum :-)

Maraton w Rzymie w strefie startowej


Start i pierwsza połówka

Z jakim planem przyjechałem na ten bieg? Chciałem oczywiście po raz kolejny poprawić życiówkę, która od startu w Wenecji wynosiła 3:44:08. Nie ukrywam, że po bardzo obiecującym czasie 1:37:57 w niedawnym XIV Półmaratonie Marzanny w Krakowie myślałem o złamaniu granicy 3:40. Mariusz i Sylwek natomiast postawili sobie jako cel maksymalne zbliżenie się do czasu 4:00.

W planie miałem pokonywanie każdej 5-tki w czasie 25:30, a więc trzymanie tempa około 5’05” jak tylko długo się uda. Gdy staliśmy na starcie jeszcze nie padało. Elita ruszyła o godzinie 8:40,  moja strefa startowała 5 minut później. No to odliczanie i ruszamy !

Po starcie przez chwilę szukałem swojej pozycji w tłumie. Minąłem pacemakerów biegnących na czas 3:45 i spokojnie utrzymywałem swoje tempo. Na trasie było sporo kostki brukowej. Spełniły się też niestety prognozy i już na 3 kilometrze zaczęło padać. Ale prawdziwa burza zaczęła się dopiero kilka minut później. W kilka chwil byłem zupełnie przemoczony, na nierównej nawierzchni zrobiły się kałuże, więc i w butach chlupało.

Pomyślałem, że zamoknie mi telefon który miałem w kieszonce. Postanowiłem schować go woreczka gdzie miałem dowód. To był błąd. Woreczek upadł mi i musiałem cofać się kilka metrów pod prąd biegnącego tłumu, by go podnieść. Zezłościłem się i wytrąciło mnie to z rytmu. Mimo tego pierwsze 5 km ukończyłem zgodnie z planem w 25:17.

Na drugiej piątce kolejne utrudnienie. Wizyta w Toi-Toi. Kolejka, więc prawie minuta straty. I znów musiałem gonić pacemakerów z balonikami 3:45. Do deszczu już się przyzwyczaiłem. Było mokro i ślisko, ale za to chłodno. Trzymałem więc swoje tempo i odliczałem kilometry.  Na dziesiątym kilometrze zameldowałem się z czasem 51:51, a dystans półmaratonu pokonałem w 1:48:52. Wszystko było wiec zgodnie z planem.

Przed półmetkiem jednak był absolutnie epicki fragment trasy wiodący przez Plac św. Piotra. Nie mogłem tego nie sfilmować. Zwłaszcza, że nie padało, a telefon wciąż jeszcze działał.

Dalej trasa była kręta i momentami przebiegała przez mniej ciekawe fragmenty miasta. Za to pod koniec, w nagrodę, mieliśmy biec przez słynące z historycznych miejsc ulice.


Druga połówka i meta

Deszcz na przemian padał i przestawał. Gdy już zdawało się, że lekko schnę, przychodziła kolejna burza, groźne pomruki przeszywały powietrze i czekaliśmy tylko na pioruny :-)

Wciąż biegło mi się dobrze i planowo na wynik poniżej 3:40. Na 30 kilometrze miałem czas 2:36:15, a na trzydziestym piątym 3:03:49. Wystarczyło teraz przebiec 7 kilometrów w 36 minut i będzie fajna życiówka! Proste prawda? A jednak okazało się trudne.

Niektórzy mówią, że maraton zaczyna się po 30 kilometrze. U mnie zaczyna się po 35. Nie wiem czy to siedzi w głowie, czy to jakieś ograniczenie organizmu, ale wciąż nie potrafię utrzymać tempa w czwartej godzinie biegu. Około 37 km poczułem silny ból z tyłu prawego uda, promieniujący do pośladka. Mimo, że czułem się dobrze, a tętno nie dochodziło nawet do 160 ud/min biegłem coraz wolniej.

I w tym momencie przegrałem ten bieg w głowie. Zezłościłem się na siebie, na swoją słabość, próbowałem to udo porozciągać, ale nie było efektu. Biegłem coraz wolniej. W głowie pojawiły się myśli, że za kilka tygodni mam kolejny start w maratonie, a trasa w Kopenhadze i mam nadzieję warunki pogodowe będą bardziej sprzyjały wynikowi.

Przestałem walczyć. Wiem, że to nie była sportowa postawa, pewnie powinienem zagryźć zęby i próbować osiągnąć jak najlepszy czas. Ale gdy widziałem, że nie będzie już życiówki, zrobiło mi się wszystko jedno.

Na dodatek gdy zbliżałem się do mety znów zaczęło mocno padać i tak, w strugach deszczu, dokończyłem truchtem bieg w czasie 3:54:56. W najczarniejszych myślach przed startem nie przewidywałem takiego wyniku.

Blisko dwie godziny wcześniej, z czasem 2:07:28 bieg zakończył jego zwycięzca Tola Shura Kitata z Etiopii. Wśród kobiet najlepsza była jego rodaczka Chota Rahma Tusa (2:27:21).


Za metą okazało się, że to nie koniec niepomyślnych dla mnie wydarzeń w tym dniu. Smartfon okazał się niesprawny. Zamoczony ekran nie reagował na dotyk. Nie byłem w stanie ani powiadomić rodziny i przyjaciół o zakończonym biegu, ani czekać na telefon od kolegów, którzy jak sądziłem wkrótce mieli ukończyć bieg. Nie mam też żadnych fotek z mety, choć czekam jeszcze na komplet tych, które robili organizatorzy.

Wobec braku możliwości kontaktu z Mariuszem i Sylwkiem,  postanowiłem szybko przebrać się w jedynym suchym miejscu jakim był Toi-Toi i czym prędzej wrócić metrem do naszego apartamentu, by tam czekać na kolegów.


Podsumowanie

Chłopaki wrócili wkrótce po mnie. Obaj bardzo zadowoleni. Mariusz poprawił życiowy rekord i przybiegł z czasem 4:04:43, zaś Sylwek ustanowił swoją pierwszą maratońską życiówkę 4:10:29. Byłem dumny z ich obu! Na tej trasie i w tych warunkach to byłby naprawdę dobre wyniki!

Szybko zjedliśmy przygotowany wczorajszego dnia obiad i wypiliśmy po kieliszku wina. Potem prysznic, pakowanie i podróż na lotnisko. Niedługo później siedzieliśmy już w samolocie, jak widać na zdjęciu z bardzo zadowolonymi minami.

Maraton w Rzymie to nie jest łatwy bieg. Pod względem trasy i warunków chyba najtrudniejszy z tych, w jakich miałem przyjemność wziąć udział. Ukończyłem go z uczuciem dużego niedosytu. Ponieważ jak się okazało, ból w udzie minął już po dwóch dniach, zacząłem regenerację od ostatniego w tym sezonie wypadu na narty. Teraz szybko zbieram siły, wracam do treningów i zamierzam lepiej przygotować się do startu w maratonie w Kopenhadze 21 maja.