Czas najwyższy na relację z maratonu w Budapeszcie, czyli z imprezy pod nazwą 32. Budapest SPAR Marathon. Relację piszemy dwuosobowo i w różnym tempie, pierwszy wystartował Tomasz, ja dwie strefy startowe za nim, moja relacja urwie się nagle na 24. kilometrze, po zejściu z trasy. Tu nasze drogi rozłączyły się — Tomasz pognał do mety (nie bez problemów), a ja, cóż, na czterech kołach ambulansu trafiłem do szpitala na dalsze badania (wcale nie psychiatryczne!). Tę historię opisałem w odrębnym tekście >>>Moje pierwsze DNF<<<, tu skupimy się na całej imprezie biegowej i na pięknie stolicy Węgier.

Zaczynamy więc!

Kolejny maraton w mieście na „W”

Jakoś na przestrzeni lat ubiegłych wspólnie biegaliśmy maratony w miastach na literę „W”, była to Wenecja i Walencja. Podczas poszukiwań kolejnego maratońskiego wyzwania, po głębszym namyśle wzrok mgr. inż. Anioła — niestrudzonego poszukiwacza wycieczek maratońskich — padł na nie tak znowu odległy Budapeszt, stolicę naszych bratanków. Tak oto kolejne miejsce na „w” jak Węgry zostało wybrane, pozostały detale organizacyjne.

Skąd u mnie pomysł na Budapeszt? Otóż nie lubię zostawiać za sobą nie pozamykanych spraw. A z tą imprezą miałem nie rozliczone rachunki. Byłem bowiem zapisany na ten bieg w 2015. Mam z niego koszulkę, ale finalnie nie wystartowałem. W tym roku chciałem więc odhaczyć Budapeszt. Po Wiedniu i Rydze miał to być mój trzeci szosowy maraton w tym roku.

Od pomysłu do jego realizacji nie jest aż tak długa droga, a mnie namawiać do wyprawy nie trzeba było — przelewy za start poszły gładko, potwierdzenia otrzymaliśmy szybko. Jedynym momentem zastanowienia była możliwa do otrzymania „zniżka dla członków klubów sportowych” —  tu obaj zgodnie wpisaliśmy portal Bwotr.pl, pod którego gościnnymi skrzydłami biegamy jako (na razie jedyni) klubowicze. 

Niezawodny Tomasz przygotował wyjazdowy plan, wyznaczył trasę, zarezerwował wspaniały apartament w centrum Budapesztu, namierzył parkingi — ja w przypadku tej wyprawy stanowiłem biegowy balast, dzięki któremu pojazd nie przechylał się zbytnio przy zakrętach w prawo. Moja rola sprowadziła się do zachwycania się po raz kolejny mistrzostwem organizacyjnym Tomasza. On to „potrafi w maratony” i w ich organizację również… 

Treningi i założenia

Dla mnie ten maraton był wymarzoną okazją do złamania „czwórki”, czyli przybiegnięcia na metę poniżej czterech godzin. Mój kochany żołądek poddał mnie na obu poprzednich trasach, z czego w Wenecji przyplątała się jeszcze migrena. Teraz treningi, długie wybiegania i sprawdziany jasno wskazywały, że pokonam granicę czterech godzin, ba — z całkiem zacnym zapasem. Pozostała tylko zwykła formalność — przebiec królewski dystans i nie dać się zmęczeniu. Nie było innej opcji, prawda?

Ja z kolei po raz kolejny marzyłem o złamaniu wyniku 3:30. Ale nie powiem, że przygotowania temu podporządkowałem. Moje bieganie w tym roku to jednak przede wszystkim góry. Długie dystanse, przewyższenia. Stanowczo brakowało mi szybkich biegów, takich w tempie < 4’30. Tu musiałem pobiec ze średnim tempem 4’55. Niby nie szybko, ale nie wiedziałem, jak długo wytrzymam.

Listy biegowe – Spotify

Niczego nie pozostawialiśmy przypadkowi — na FB poprosiłem przyjaciół o podrzucenie swoich ulubionych utworów na maraton — bardzo dziękuję Wam wszystkim — powstała genialna lista, dzięki której mogłem wytrzymać na trasie i pięć godzin! A oto link do niej — życzę miłego słuchania w Spotify

Słówko o regulaminie

Zawsze czytam wnikliwie zapisy regulaminów (pamiętacie pewno tekst o regulaminach?), tu mnie tekst odrobinę zaskoczył. Otóż organizatorzy zapewniali, że za nieprawidłowe mocowanie numeru startowego (poza obszarem klatki piersiowej) będą przyznawać kary czasowe: +10 minut! Doliczając do tego ewentualną karę za używanie słuchawek (zakryte uszy), mogłem uzyskać kolejną „lotną premię” +10 minut. 

Jeszcze nawet nie wystartowałem, a już (prawie) nazbierałem 20 minut opóźnienia na mecie… (oczywiście jak się później okazało, regulamin regulaminem, a i tak wszyscy zrobili po swojemu…). 

Węgrzy w ogóle wydali mi się nieprzyjaźni i poważni, jeśli chodzi o regulaminy. Dość powiedzieć, że wraz z całą rodziną zapłaciłem mandaty w tramwaju. Nie żebyśmy nie mieli biletu. Po prostu na tym samym przystanku najpierw wsiedliśmy do błędnego środka lokomocji, a po chwili do prawidłowego. Na nic tłumaczenie, że jesteśmy obcy, jedziemy na Expo maratonu. Naiwnie liczyłem na wyrozumiałość i od razu się przyznałem do wszystkiego. Na nic to. Zero tolerancji, zero uśmiechu. W żadnym maratońskim mieście nikt mnie tak nie potraktował. Takie widać Orbanowskie nastawienie do świata. Zniechęcili mnie od odwiedzania ich kraju na długie lata.

Tomasz ma rację, tak źle opisanych po angielsku rodzajów biletów komunikacji miejskiej jeszcze nie widziałem, a trochę w życiu miast zwiedzałem autobusami, metrem czy tramwajami. Zazwyczaj też organizatorzy w pakiecie przyznają maratończykom możliwość bezpłatnego poruszania się po mieście, tu tak nie było. 

Apartament i miasto

Dzięki Tomaszowi nocleg w Budapeszcie mieliśmy zapewniony w genialnej lokalizacji, piętro ponad irlandzkim pubem, w którym zresztą odbieraliśmy klucze. Aby dostać się do lokalu, musieliśmy wyminąć stoliki pubu, otworzyć szerokie wrota, dotrzeć do niewielkiej dwuosobowej windy bogato oplakatowanej (fotka) i udać się na drugie piętro. Później już tylko pozostawało prześlizgnięcie się galerią wzdłuż okien apartamentu i voila, byliśmy w nader obszernym lokum służącym nam jako weekendowa baza. Tu ciekawostka, w kilku pomieszczeniach były piecyki gazowe do ogrzewania, w pozostałych były grzejniki elektryczne. Woda do kąpieli była grzana w bojlerze elektrycznym, pomieszanie z poplątaniem… 

W Budapeszcie jest co oglądać. Trzeba się jednak nastawić na dłuższy spacer. W mieście jest sporo wzgórz. Warto się na nie wydrapać, bo panoramy  robią wrażenie.

Ja niestety wzgórz nie atakowałem, gdy Tomasz z rodziną je zdobywał, siedziałem u stóp wzgórza budując moją mentalną siłę na niedzielny start…

Metro

Poruszanie się po stolicy Węgier ułatwiała sieć metra i tramwajów. Pewnym problemem było zrozumienie logiki biletowej — czy są to bilety na jeden przejazd, czy czasowe, tak więc dla bezpieczeństwa nabyłem bilet dobowy. 

Tu ciekawostka, przy jednej z prób zakupu biletów w biletomacie, podszedł do nas Węgier, który na pierwszy rzut oka wyglądał niczym bezdomny. Potargana broda, dzikie spojrzenie, w ręku reklamówka, ubrany w jakieś wymięte dresowe spodnie i przyciasną kurteczkę.

Poprosił o wstrzymanie się od zakupu biletu, wyciągnął scyzoryk szwajcarski (wywołując nasz słuszny niepokój) i… pogrzebał nim w wylocie monet automatu. Wyciągnął z otchłani urządzenia zmiętą folię, za którą posypały się dźwięczące wesoło zablokowane monety. Później pomógł nam w zakupie odpowiednich biletów. Z tego, co mogliśmy się zorientować, przy wielu przystankach metra stali pracownicy służb miejskich pomagając przy obsłudze biletomatów. Nie wiem, czy to jedynie z okazji maratonu, czy stoją tam na co dzień.

Samo przemieszczenie metrem było utrudnione, opisy przystanków nie były jednoznaczne, brak też było wyświetlaczy bieżących stacji w metrze (za to takowe były w tramwajach). 

A jak się nieświadomy turysta maratończyk w tym pogubi, to łup go po kieszeni, ale o tym już wspomniałem powyżej.

Poranna sobotnia przebieżka

Tradycyjnie na dobę przed startem wyszedłem na poranną pięciokilometrową przebieżkę. To cudowne uczucie prześlizgiwać się truchtem po uliczkach budzącego się do życia miasta. Poranek był chłodny, od Dunaju wiał zimny wiatr, a ja sobie przebiegłem w powolnym tempie po moście, zrobiłem kilka zdjęć, po czym powróciłem pełen wrażeń do apartamentu, trafiając na już gotowe wyborne śniadanie. 

Miasteczko biegowe SPAR

Po śniadaniu przyszedł czas na odebranie pakietów. Sama zawartość worka maratończyka nie była bardzo obfita, ale wszystko wynagradzało bogactwo stoisk miasteczka biegowego. 

Do dyspozycji wszystkich odwiedzających były jogurty w kubeczkach, jogurty pitne, batony i batoniki, surówki, kawa — wszystkiego do woli i do syta. 

A tak prezentowaliśmy się w koszulkach startowych i z naszymi bardzo podobnymi numerami startowymi.

6473 oraz 6472 dumni i gotowi!

Spacer po Budapeszcie

Korzystając z wolnego popołudnia, zwiedziliśmy spokojnym krokiem centrum stolicy, obfitujące w punkty serwujące wybornie pachnące i wyglądające dania. Nie było dane mi ich skosztować, reżim przedstartowy nie dopuszczał testowania nieznanych potraw… 

Wieczór to już tylko przygotowania do startu, po powrocie z wycieczki po mieście jako pierwszy wskoczyłem w piżamę, budząc zrozumiałą radość mieszkańców apartamentu. Była godzina 19:00 a ja już gotów do spania? Nieee, to wszystko z myślą o wygodzie. 

Zresztą o sen tej nocy było trudno, sobota wieczór swoje prawa ma, w niedalekiej bliskości odbywały się wyjątkowo głośne imprezy — spaliśmy więc na raty, na siłę próbując dogonić uciekającego Morfeusza… 

Paweł zapomniał pokazać jak po tych wędrówkach dbaliśmy o wypoczynek naszych nóg. Na tę okazję ustawił specjalne wyposażenie w naszym pokoju.

Jak to dobrze, że Tomasz ma lepszą pamięć, niż ja! Z tymi „podnóżkami” było tak, ujrzałem Tomasza próbującego zrelaksować nogi, więc przekopałem apartament w poszukiwaniu odpowiednich rekwizytów, no i proszę! 


W drodze na start

Nazajutrz, po śniadaniu, wskoczyliśmy do tramwaju i pojechaliśmy do znanego nam już z dnia poprzedniego miasteczka biegowego SPAR. 

Rozgrzaliśmy się, a następnie oddaliśmy nasze worki do depozytu. Wcześniej zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, a ja próbowałem spotkać się z Wojtkiem Machnikiem, który realizuje projekt przebiegnięcia maratonów we wszystkich krajach świata — szczegóły o tym znajdziecie na stronie http://249challenge.com/. 

Postanowiłem ustawić się w miarę z przodu w mojej strefie. Nie chciałem się przepychać na pierwszych kilometrach. Włączyłem muzykę i jeszcze raz przyjrzałem się paceband’owi. Zupełnie jakbym chciał się zaprogramować na pokonywanie kilometrów w wyznaczonym tempie.

Ja tymczasem magicznym sposobem wskoczyłem do strefy startowej znajdującej się przed moją strefą. Zależało mi na spokojnym biegu, bez początkowego omijania maruderów. Jak to zrobiłem? A to już moja słodka, inżynieryjna tajemnica (co ja poradzę na to, że się barierki mi niechcący rozsunęły i mnie wpuściły?). 

Wystartowaliśmy! 

Maraton

Biegłem równo i spokojnie, realizując zapisany plan. Z ciekawością rozglądałem się wokół, podziwiając nieznane mi niestety (od tej strony się nie przygotowałem) zabytki Budapesztu. Planowo jadłem żele i popijałem je wodą na punktach odświeżających. 

A jednak coś było nie tak, ale co się dalej wydarzyło, znajdziecie we wcześniejszym wpisie. Ja tu zostawię jednie moją pogodną fotkę, którą kupiłem już po maratonie — czas teraz, aby Tomasz zakończył tę relację ze stolicy Budapesztu. 

Budapeszt Maraton
Uśmiech w bieganiu to podstawowa sprawa

Tak. Dopiero za metą dowiedziałem się, że Paweł w pewnym momencie zostawił mnie samego na placu boju. Biorąc pod uwagę, w jakiej świetnej formie odebrałem go później spod szpitala, mam swoją wersję tego, co Go spotkało. Może skusiło go wygodne łóżko w karetce? A może była miła jej obsada? Lub też ktoś polał Pawłowi solidnego kielicha węgierskiego Tokaju? Tego się już nie dowiemy. Pozostaje wierzyć w wersję oficjalną. Ale wróćmy do aspektów sportowych.

Pogoda była dla biegaczy idealna. Trasa w większości płaska. Wiatr nie przeszkadzał tak bardzo, jak można się tego było spodziewać nad rzeką. Nic, tylko biec na życiówkę. No i tak biegłem. Nawet trochę za szybko. Pierwsze 5 km tempem średnim 4’49, kolejne 4’52, 4’53, 4’53, 4’56, 4’53. Czyli pracowałem jak zaprogramowana maszyna i dobiegłem na 30 km w czasie 2:26:30. Szybciej niż kiedykolwiek.

Dalej było już książkowo. Można by rzec nudno, klasycznie! Ile razy czytaliście albo sami doświadczyliście, że maraton to 30 km rozbiegówki i 12 km, na których bieg się rozgrywa? Ile razy ktoś mówił Wam, że o 2 minuty za szybko pobiegnięte pierwsze 30 km, może poskutkować stratą 10 min w końcówce? Tak, jak też to wiem! Ale nadal jestem miłośnikiem przekonywania się o tym po raz kolejny.

Był 32 km kilometr, złapał mnie ostry skurcz w prawej dwójce. Próbuję biec, nie ma szans. Zatrzymuje się i próbuję coś zrobić. Ja nie znam skurczy, one mnie nie łapią. I jak kompletny nowicjusz robię coś bardzo głupiego. Zamiast naciągnąć obolały mięsień — luzuję go. Teraz już skurcz jest taki, że bieg mam pozamiatany. Próbuję, podbiegam, ale minuty uciekają. Gdy puszcza, próbuję biec, ale wszystko, co przekracza trucht, powoduje kolejny skurcz. I tak się wlokę do mety przez 8-9 km. Ucieka mi 3:30, ucieka życiówka. Nie chcecie wiedzieć jakie wiązanki mruczę pod nosem wyprzedzany przez kolejnych zawodników. Ostatnie 200 m, napędzony dopingiem rodziny,  postanawiam przebiec szybko. Ścina mi nogę i za metą stoję, nie robiąc nawet kroku. Zobaczcie te fotę. Nie kupiłem jej, więc ma znaki wodne. Maratończyk na mecie! Z Ministerstwa Głupich Kroków he he!

Ukończyłem bieg z czasem 3:39:16. To mój drugi najlepszy wynik. Ale zadowolenia nie ma ani trochę. Ostatnie 12 km biegłem w 1:13, czyli tempem średnim 5:52! W głowie pozostały pytania, co by było, gdyby nie te skurcze?

Chwilę potem od rodziny dowiaduję się, że Paweł jest w szpitalu. Przez dwie minuty, zanim się dodzwoniłem do Niego, miałem w głowie milion czarnych myśli. Dobrze, że wszystko zakończyło się szczęśliwie. Z życiówką szosową powalczę w kwietniu w Madrycie, a na razie z radością wracam do biegania długich biegów górskich.

A ja dzięki wsparciu Tomka i jego Rodziny spokojnie powróciłem do kraju, już podczas drogi powrotnej wdrożyłem „plan badawczy”, dzieki któremu przekonałem się, że od strony kardiologicznej wszystko jest w najlepszym porzadku. Dzięki temu już tydzień później – wraz z Tomaszem – wystartowałem w biegu w Żorach, ale to już, jak mawiał poeta, zupełnie inna historia…