Wstęp

Wiedeński maraton miał być moim jedenastym, w tym ósmym szosowym. Powiem szczerze, że nie przygotowywałem się specjalnie pod ten start. Jak wiecie z poprzednich relacji dużo biegałem po górach, zaliczyłem pierwszy zimowy maraton, zrobiłem trochę 30stek, dwa tygodnie przez startem pobiłem życiówkę w Półmaratonie Dąbrowskim.  Wyglądało więc, że ogólnie jestem w formie. Pozostawało mi tylko mądrze spędzić dwa tygodnie przed startem i optymalnie przygotować organizm do zbliżenia się do czasu 3:30.

Ale tu życie spłatało mi figla. Cały tydzień przed startem musiałem spędzić w delegacji zagranicznej. Początkowo wyglądało ok, słoneczna Hiszpania, bez większych stresów. Jednak na miejscu agenda spotkań wyglądała tak, że nie miałem czasu spać wystarczająco dużo, prawie cały czas siedziałem, jadłem nieregularnie i tylko to co dostawałem. Na dodatek hiszpańska tradycja to kolacje od wieczora do późnej nocy. Musiałem w nich uczestniczyć, choć wolałbym mieć czas choć na lekki wieczorny trening. Do Polski przyleciałem w nocy z piątku na sobotę, a już rano czekał mnie wyjazd do Wiednia. Byłem rozregulowany i rozdrażniony. Pierwszy raz na maraton jechałem w takim dziwnym stanie.


Dzień przed startem maratonu w Wiedniu

W sobotę około 16:00, po kilku godzinnej podróży samochodem zameldowałem się na wiedeńskim expo. Nie zrobiło na mnie wrażenia. Stosunkowo skromne. Podobnie jak pakiet startowy w którym było…. nic. To najdroższy maraton w jakim uczestniczyłem. Wpisowe 106 Euro. A w pakiecie był numer startowy, chip (wypożyczony, za brak zwrotu ponad 30 Euro) i mała książeczka o biegu. Wszystko pozostałe, a wiec koszulka czy pasta party było na tyle drogie, że nie uznałem tego za konieczne. Nawet jak na maraton Gold Label IAAF – ceny przesadzone.

Expo Vienna Marathon 2018

Expo Vienna Marathon 2018Chip Vienna Marathon Vienna City Marathon na ściance

Tak jak napisano powyżej, wszystko było fertig, więc po dwóch kwadransach opuściłem expo i udałem się do wynajętego apartamentu. Na kolacji spotkaliśmy się z dwoma biegowymi przyjaciółmi, których już mieliście okazję poznać w moich relacjach, a więc z Michałem i z Piotrem.

Pozostał jeszcze wieczorny spacer po mieście i wizyta w okolicach mety.


Startowy poranek Vienna Marathon

Pobudka nastąpiła o 6:30, mieliśmy wyjść o 7:40. Zjadłem więc tradycyjnie 3 tosty z dżemem, wypiłem herbatę i przyjrzałem się jeszcze raz trasie, która wiodła w większości przez miasto i okoliczne parki i była dość skomplikowana.

Trasa Vienna Marathon 2018

W niedzielę razem z nami miał startować półmaraton i maratońskie sztafety składające się z 4 biegaczy. Poprzedniego dnia miały miejsce biegi na 5 i 10 kilometrów oraz biegi dla dzieci.

Metrem dotarliśmy na stację Kaiser Muhlen, która zlokalizowana była praktycznie na starcie. Po wyjściu ze stacji zobaczyliśmy strefy startowe. Miałem ruszać z trzeciej. Były ustawione równolegle do siebie. Po lewej strefy 2, 4, 6… po prawej 1, 3, 5… i miały być startowane w pewnych odstępach czasu. Moja o 9:15.

Oddałem rzeczy do depozytu, który mieścił się w kilkunastu ciężarówkach.

depozyt Vienna Marathon

Zrobiliśmy rozgrzewkę i nastąpiło oczekiwanie na strzał startera.

Miało być bardzo gorąco, nawet 28 stopni. Chyba za ciepło jak na kwiecień i jak na myślenie o życiówce w moim przypadku. Postanowiłem jednak mimo wszystko trzymać się planu i pobiec w tempie 4’50 – 4’55.


Zawody

Z niemiecką precyzją o 9:15 ruszyliśmy. Zaczęło się od mostu z pięknym widokiem na Dunaj. Potem z widoków nie pamiętam już wiele. Byłem skupiony na tempie i… przepychaniu. Bo tu, w odróżnieniu od większości maratonów w których startowałem, mimo że mijały kilometry wciąż musiałem się przepychać do przodu. Było to spowodowane tym, że na jednej trasie biegi z nami półmaratończycy i sztafety, których tempo było bardzo szarpane, gdyż biegacze mieli bardzo różny poziom. Zupełnie nie miałem więc komfortu znalezienia się w grupie biegnącej moim tempem. Często zmieniałem trasę, przeskakiwałem, przyśpieszałem. Jak się później okazało kosztowało mnie to wiele sił.

Niemniej biegłem zgodnie z planem. Pierwsze 5 km przebiegłem w 24:30, drugie w 24:19, trzecie w 24:43, czwarte 24:47, piąte 24:38 i szóste w 25:20 (w tym wizyta na siku). Równo i pewnie. Na 30 kilometrze zameldowałem się z najlepszym moim czasem 2:28:17 ! Oznaczało to, że biegłem ze średnim tempem 4’56. Idealnie, zakładając że do złamania 3:30 potrzebne jest tempo 4’58.

Całe te 30 kilometrów było bez historii. Co 5 kilometrów żel, kubek lub dwa wody wypitej na punkcie nawadniania. Kolejne dwa kubki wylane na głowę i plecy. No i słońce które prażyło coraz mocniej. Wszystko było ok, poza tętnem. To martwiło mnie bardzo. Bo już na 17 kilometrze przekraczało 163 ud/min, a więc mój próg beztlenowy. Spodziewałem się tego dopiero około 30 kilometra. Oczywiście wiedziałem, że to przez upał. Wiedziałem, że pewnie za to zapłacę. Ale myślałem, że mniej.

To nie jest tylko hasło, że maraton zaczyna się na 30 kilometrze, a wcześniej to tylko statystyki. W żadnym z moich poprzednich biegów na tym dystansie tak mocno tej zasady nie doświadczyłem.

Tego co stało się ze mną za tą magiczną granicą było wówczas niepojęte. Po prostu zacząłem się kończyć. Nagle zacząłem tracić siły. To nie była ściana w sensie, że zrobiło mi się słabo, po prostu zwalniałem. Dramatycznie. Już 31 kilometr w 5’18 dał mi do myślenia, a potem było 5’28, 5’35. Nie do końca to ogarniałem. Cholera to nie jest mój pierwszy maraton! Znam siebie! Rozumiem, że mogę słabnąć, ale nie aż tak…

Pomyślałem – ok, to nie jest dzień na życiówkę. Może nie złamię 3:30 w takim upale, ale nadal miałem olbrzymią przewagę nad wynikiem 3:36 z Walencji. Wystarczyło utrzymać tempo 5’30. Zupełnie spokojne tempo. Nie miałem prawa pomyśleć, że go nie utrzymam. A jednak…. nie dałem rady. Doszły jakieś skurcze żołądka, dwie wizyty w toi-toi. A potem pozostała walka o znalezienie się na mecie. Kilometry dłużyły się niemiłosiernie. Zaczęli mnie wyprzedzać inni biegacze. Spadło mi morale. Nie miałem ani sił fizycznych, ani mentalnych by powalczyć o coś więcej.

Siódme 5 km przebiegłem w czasie 30:18, ósme w 33:29, a ostatnie 2195 metrów wiodące lekko pod górkę w 14’10. Wstyd ! Na tych ostatnich 12 kilometrach straciłem 17 minut w porównaniu z tym jak biegłem początkowo. Skończyłem w czasie 3:46:10. Wynik może nie jest bardzo zły, dał mi 1391 miejsce wśród 5426 spośród startujących, którzy dotarli do mety i 47 wynik spośród 141 startujących Polaków. Ale od atakowanego 3:30 rezultat był na tyle daleko, że nie byłem z niego zadowolony.

Tak na wykresie wyglądało moje „umieranie”. Pięknie i książkowo.

Za metą trochę na siłę zrobiłem fotkę z medalem. Szczęścia na mojej twarzy darmo szukać.

Pół godziny później wpierniczałem już wiener schnitlza w knajpie. Wypijałem hektolitry wody i zastanawiałem się jak to się stało, że tak osłabłem na trasie.

Sprawdziłem też kto zwyciężył w zawodach. Wśród mężczyzn Salaheddine Bounas z Maroka z czasem 2:09:29, wśród kobiet Nancy Kiprop z Kenii z czasem 2:24:18.

Z ciekawostek wyczytałem, że pierwszym zwycięzcą tego maratonu, który odbył się w 1984 roku był nasz rodak Antoni Niemczak (2:12:17), a później jeszcze w roku 1995 zwyciężył Piotr Prusik (2:15:23).

 


Lessons learned

Dziś 4 dni po starcie jestem już trochę mądrzejszy. Na wiedeńskim maratonie nauczyłem się więcej niż na kilku poprzednich. Pewnie wszystko to powinienem już wiedzieć wcześniej. Ale wiedzieć, a zastosować to dwie różne sprawy.

Mogę potwierdzić na swoim przypadku, że ułańska szarża na tym dystansie nie działa. A przynajmniej nie u mnie. Wiem już z całą pewnością, że jeśli nie ma się możliwości porządnie spać i jeść wiele dni przed biegiem, a na dodatek jest upał, nie należy porywać się na najszybszy bieg w życiu. Gdybym doszedł do tego wniosku przed biegiem i pobiegł choćby 10 sekund wolnej na kilometrze, to być może na mecie cieszyłbym się z delikatnie złamanej życiówki. Ale wtedy nie miałbym za sobą tej lekcji pokory, którą dostałem.

Z lekcji trzeba wyciągać wnioski. A ja się nie poddam i 3:30 złamię. Oczywiście nie za miesiąc na maratonie w Rydze, bo ten biegnę przygodowo z grupą przyjaciół, dla zabawy, a nie wyniku. Ale w dniu po powrocie z Wiednia zapisałem się, wspólnie z Pawłem na maraton do Budapesztu, który odbędzie się 7 października. A wtedy drżyj magiczna granico trzech i pół godziny !