Bieganie, Relacje

5. Krakowski Bieg z dystansem 10km „Dla Małych Serc” — relacja


Z Półmaratonem Marzanny miałem porachunki sprzed lat dwóch, gdy miałem w nim wystartować, ale rozłożyła mnie na kilka dni przed startem kontuzja. Na złe mi to nie wyszło, Tomasz wtedy wystartował, a ja miałem unikalną okazję fotograficznego uwiecznienia końcu startu oraz fotografowania biegaczy kończących bieg.

W tym roku wybrałem start na krótszym dystansie, zapisałem się na 5. Krakowski Bieg z dystansem 10km „dla Małych Serc”. Wraz ze mną na tym dystansie wystartować miała ekipa Fizjofunk, a więc Tomasz M., Wiesław, Mariusz, ja i trener Kamil Kunert.

Do Krakowa zabrał mnie Tomasz, który o dziwo zdecydował się zdradzić na chwilę trasy ultramaratońskie w górach na rzecz dystansu „rozgrzewkowego” – 21 kilometrów.

Biuro zawodów

W biurze zawodów panował dziki rozgardiasz znany startującym, szybki odbiór pakietów startowych z numerami był formalnością. W pakiecie znaleźliśmy to, co najważniejsze — czip do wplątania w sznurowadła, który nie cieszy się sympatią biegaczy (po biegu trzeba się zatrzymać, rozplątać sznurowadła i oddać czip), za to można było sprawdzić jego działanie przy czytniku (mój oczywiście — nie wiedzieć czemu – nie chciał działać po przesunięciu nad padem laptopa, dopiero po chwili zrozumiałem, w czym tkwił mój błąd).

Żelki
Sex żelki

Za to obecność erotycznych sex żelków w pakiecie bardzo ociepliła atmosferę przedstartową — rzućcie okiem, jakie dostaliśmy fajne żelki, prawda?

W autobusie

Kilka mgnień oka później zapakowaliśmy się do darmowego autobusu, aby dotrzeć nad Bulwary Wiślane, skąd startował dystans 10 km. Półmaraton nigdzie nie musiał być wywożony, wszyscy mieliśmy się spotkać pod biurem zawodów, gdzie ustawiono linię startu półmaratonu i mety obu dystansów.

W środku pojazdu dominował dobry humor i przeróżne opowieści biegowe — oczywiście najweselsze serwował Kamil, może kiedyś wyda książkę o bieganiu, to na pewno nie będzie suchy i smutny podręcznik biegowy…

Bulwary Wiślane i start!

Po wyjściu przy Bulwarach rozpoczęliśmy spokojny i dostojny spacerek nad Wisłę, mieliśmy unikalną okazję sfotografowania relaksującego się buta biegowego przy jednym z murków (ostatecznie wydelegowaliśmy Mariusza, jako najodważniejszego, do zrobienia zdjęcia i sprawdzenia, czy ewentualny biegacz przyczepiony do buta żyje). Żył i miał się dobrze.

Po krótkiej rozgrzewce oddaliśmy ubrania do przewoźnego depozytu. Ja postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę, choć było chłodno, wybrałem koszulkę bez rękawów, budząc powszechne zdziwienie. Po uregulowaniu kwestii wodno-kanalizacyjnych i honorowym oddaniu nadmiaru płynów ustrojowych za pomocą toi-toiów, ustawiliśmy się przed startem.

Zgodnie z radą Kamila przebijałem się mocno do przodu, choć i tak nie stanąłem wystarczająco blisko startu — jest to zdecydowanie nauczka na przyszłość.

Sporo nas było, to rzut oka wstecz — po prawej mobilny depozyt, z fotografem na dachu.

Z niewielkim opóźnieniem wystartowaliśmy. Zaczęła się walka o dobry czas…

Kolka

Na pierwszym podbiegu na wał prawie utknąłem w tłumie, kilka rzędów biegaczy ściśniętych do wąskiej dróżki spowodował korek, obiegałem go bokiem, ale trudno było się przebić, miałem wyjątkowo rwane tempo. Drugi kilometr ciągnąłem równo, niestety z początkiem trzeciego oddychałem już ciężko, ze zdziwieniem obserwując tętno powyżej 170 ud/min. Na trzecim dopadła mnie kolka — stały ból pod prawym łukiem żeber wyhamował mnie. Nogi jeszcze niosły, ale musiałem zwolnić i zastanowić się co dalej.

Zwolniłem na tyle, aby jeszcze jako taki oddychać, ból wyłączył oddychanie przeponą, nie miałem żadnych szans na dobicie do ustalonego z trenerem tempa. Przy tym tętno też było dalekie od idealnego, ale jakie to już miało znaczenie? Kilometry mijały szybko, po prostu musiałem bieg ukończyć.

Z jednej strony byłem wściekły, że tyle przygotowań i biegnę na 80% założonego tempa, z drugiej pozostała mi walka, nie wolno było mi się poddać, to pozwoli zachować choć odrobinę satysfakcji na mecie.

Biegacze, których wcześniej wyprzedziłem, powoli wyprzedzali mnie i znikali za zakrętami trasy. Niektórzy nie robili tego powoli — Bartek śmignął przy mnie z gracją TGV nabierającego pędu — meta wynagrodziła to piękną życiówką 42:44!

Obok mnie, w bardzo podobnym tempie, biegł triathlonista (tak był „opisany” na koszulce), który dyszał i jęczał dużo mocniej, niż ja (w duchu) czyniłem. Raz z przodu byłem ja, na kolejnym kilometrze — on. Walka trwała, choć satysfakcji z niej nie miałem żadnej.

Meta

Niewiele zapamiętałem z trasy. Pamiętam Wawel, bruk, na którym świetnie sprawiły się moje nowiutkie, czerwone Asicsy. Pamiętam szalone zakręty i kluczenie po centrum Krakowa. Na ostatnim kilometrze wykrzesałem z siebie resztkę mocy, schodząc z tempem poniżej 4:30 min/km — bolało, biegłem skrzywiony i zrezygnowany, ostatnie 400 metrów to była już po prostu tortura.

Widziałem z daleka zegar wyświetlacza, który był częściowo przysłonięty, widziałem tylko jego trzecią cyfrę — siódemkę. Czyżbym miał przybiec z czasem 47 minut, albo i więcej? Jakoś nie wpadłem na to, że odliczanie czasu rozpoczęło się ze startem półmaratonu, a nie dychy.

Wpadłem na metę ciężko łapiąc powietrze, zatrzymałem zegarek: 45 minut 18 sekund! To był mój DRUGI czas na 10 kilometrów, a właściwie to pierwszy na atestowanej trasie! Więc było źle, ale całkiem dobrze… No trzeba było znaleźć jakieś pozytywy.

Za metą czekał na mnie całkiem zadowolony Kamil, który nabiegał 36 minut, a było to jeszcze z zapasem mocy. Chwilę po mnie usłyszałem spikera informującego, że metę przekroczył Wiesław (45:31), który pewno, gdyby przyspieszył, bez problemu by był przede mną.

Dostało mi się przy okazji, całkiem słusznie, za zbagatelizowanie roli rozgrzewki przed startem. Przy mojej uroczej towarzyszce biegowej astmie, ja muszę robić mocną, konkretną rozgrzewkę, żeby ukrwić dobrze oskrzela przed biegiem, a nie dogrzewać się podczas zawodów. Najprawdopodobniej przy tak mocnym starcie wywołałem kolkę na skutek lenistwa…

Poczekaliśmy na Tomka M. (47:41) oraz Mariusza (47:37 – 12. miejsce w kategorii!), którzy przybiegli razem. Pozostała nam już tylko konsumpcja całkiem smacznego żurku oraz oczekiwanie na półmaratończyków.

Tłum biegaczy schodzących z mety był wszechogarniający. Ulica rozdzielająca biuro zawodów była wypełniona powolutku przeciskającymi się pojazdami, znowu od alejki finiszu, przechodziły setki zawodników.

Spokojnie zrobiłem dwa kroki, aby przejść ulicę i usłyszałem gniewnie rzucone: -Panie! stanąłem nos w nos z policjantem, który z optymizmem przypisanym do swej profesji starał się zapanować nad przepływającym tłumem. – Przepraszam! – rzuciłem, będąc już w uniku, starając się wyminąć i przedstawiciela władzy, i finiszerów półmaratonu, którzy nie bacząc na policjanta przechodzili, tak jak i ja w niedozwolonym przez policjanta momencie.

Zdzwoniliśmy się z Tomaszem, który wykręcił całkiem zgrabny wynik 1:35:42. Żeby było śmieszniej, jego czas na 10. kilometrze był o sekundę lepszy (45:17), niż mój na mecie dyszki (45:18). Gdyby przycisnął, byłby pewno dużo szybciej — cóż, jeszcze sporo pracy przede mną.


A później zostały nam już tylko inne kulinarne przyjemności, choć to zupełnie odrębna (ale jakże smakowita) historia…

Manzana Kraków wnętrze
Manzana, ole!

Na pocieszenie została mi bardzo fajna fotka, fotograf ustrzelił mnie, zanim dopadła mnie kolka (bo zdjęcie z mety jest z kategorii: „niech mnie ktoś dobije…” i takowego Wam nie pokażę).

fot. Robert Stelmach

Bieganie - porównaj na Ceneo.pl

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén