Zwykle w naszych biegowych relacjach opisujemy starty w imprezach wszelakiej maści. Jednak zawody, to tylko zwieńczenie treningów, bo przecież bieganie to głównie treningi. Wybiegania, tempówki, rytmy, interwały, podbiegi i co tam jeszcze trener wymyśli. Biegając zwracamy uwagę na to, co mówi do nas własne ciało. Czujemy zmęczenie, czasem jakiś ból, albo kończy nam się oddech na finiszu czy podbiegu. Są też parametry, które monitorujemy. Nasze zegarki i pasy zakładane na klatkę piersiową, pozwalają nam mierzyć tętno czy częstotliwość oddechu.

Jednak faktycznie, o tym co fizjologicznie dzieje się z naszym ciałem, wiemy nie wiele.  Znając swoje tętno spoczynkowe i maksymalne, aplikacje do rejestracji danych z zegarka wg tabel próbują oszacować nasze progi wysiłku tlenowego i beztlenowego. W ten sposób określamy nasze zakresy treningowe. Zegarki potrafią też, wg mniej lub bardziej udanych algorytmów, oszacować nasze zmęczenie, aby potem zasugerować nam wymagany odpoczynek, albo wyliczają VO2MAX (czyli maksymalną ilość tlenu, jaką nasz organizmy jest w stanie pochłonąć w jednostce czasu).

A co gdybyśmy chcieli dokładniej sprawdzić przy jakim tętnie nasz organizm przechodzi kolejne progi ? Określić koszt fizjologiczny (ilość mililitrów tlenu na kg masy ciała jaka musi być wydatkowana aby pokonać jeden kilometr) i sprawdzić jak ze wzrostem obciążenia zakwaszają się nasze mięśnie ?

Do tego potrzebne jest specjalistyczne badanie wydolnościowe, przygotowane pod kątem danego typu wysiłku sportowego. Kiedyś takie badania były dostępne wyłącznie dla sportowców, sprzęt miał olbrzymie gabaryty i był bardzo drogi. Teraz też jest drogi, ale już na tyle mały, że można go przywieźć w dowolne miejsce i z użyciem mechanicznej bieżni przeprowadzić badania.

Pod koniec listopada Paweł napisał mi, że rybnicka Inżynieria Biegania organizuje testy wydolnościowe wspólnie ze SportsLab, w klubie BestFit. Nie zastanawiałem się ani chwili, od dawna takie badania chciałem wykonać. Zaproponowana cena 350 zł wydała mi się adekwatna, ze względu na bardzo dobry sprzęt na jakim badanie miało być wykonane. Po zgłoszonej chęci uczestnictwa otrzymałem wkrótce mail, z informacją, że 13 stycznia, w sobotę, o godzinie 13.45 mam przyjechać do klubu, przywieźć strój sportowy i być gotowym na test.

Bardzo się ucieszyłem, gdy Paweł wyraził chęć pojechania ze mną. Z jednej strony by zobaczyć jak takie badanie wygląda, a z drugiej przygotować materiał foto i video. To dzięki Niemu ta relacja nie jest tylko opisowa.

A ja się ucieszyłem, że Tomasz skorzystał z okazji przejścia testu, który od dawna mnie frapował. Dużo o nim czytałem, niestety dla mnie barierą była do tej pory konieczność dojazdu do Krakowa lub Katowic, no i sam koszt. Przy moim poziomie wytrenowania uznałem, że to jeszcze nie jest moment na test. Za to podczas gdy Tomasz biegał, ja mogłem pytać, obserwować i fotografować. 


Badanie wydolnościowe

Na miejscu zostałem wprowadzony w zasady, wg których miał przebiegać test, przez znanego mi z wielu zawodów rybnickiego biegacza Dawida Malinę, ubiegłorocznego halowego Mistrza Polski na dystansie 3000m, ze wspomnianej już Inżynierii Biegania.

Przyjrzałem się biegnącemu właśnie w trakcie testu Mateuszowi.

Trochę się przestraszyłem, że ja też będę musiał aż tak zapierniczać. Dawid uspokoił mnie tłumacząc, że to zawodnik. Odetchnąłem i ze spokojem przeczytałem oświadczenie, które należało podpisać przed testem. Coś w stylu, że to z własnej woli przyszedłem się tu zmęczyć i pozwolić sobie upuszczać krwi :-)

Następnie poznałem fizjologa ze Sportslab dr Szczepana Wiechę. Od razu przypomniałem sobie, że czytałem pisane przez Niego artykuły wyjaśniające znaczenie tych wszystkich magicznych symboli i parametrów. Zainteresowanym polecam zapoznanie się z jednym z nich tutaj.

Najpierw za pomocą specjalistycznej wagi został określony skład mojego ciała (ile tam tłuszczu, mięśni itd), a następnie przez 10 min rozgrzewałem się na bieżni. Po rozgrzewce na twarz została mi założona maska, umożliwiająca badanie wdychanego i wydychanego powietrza. Wyglądałem zabawnie, mina robiącego mi zdjęcia Pawła nie pozostawiała co do tego wątpliwości :-)

Trudno ukryć, że ja się bawiłem świetnie. Widok Tomasza w masce skojarzył mi się z Hannibalem Lecterem, no tak, w domu na mnie czekał obiad, a ja zacząłem być już dziwnie głodny po porannych 14 kilometrach. 

Następnie fizjolog zapytał mnie o moją życiówkę na dychę. 43 minuty z hakiem obligowały mnie do rozpoczęcia testu od prędkości 9 km/h. Co trzy minuty prędkość miała być podwyższana o 1 km/h. I tak długo, aż podniosę rękę, oznajmiając w ten sposób, że mam dość.

Po raz pierwszy pobrano mi krew z palca, a następnie co 3 minuty, przed zwiększeniem prędkości miało to być powtarzane.

Ruszyłem. 9, 10, 11, 12 km/h… od tempa regeneracyjnego, poprzez takie, które stosuję przy długich wybieganiach. Na luzie, bo póki co wyzwania nie było. Paweł krążył w koło, zagadywał, fotografował, a mnie humor dopisywał.

Tomek biegł lekko, taśma szumiała monotonnie  – mi się przypomniała moja przygoda z bieżnią, która po godzinnym bieganiu wyraźnie przytarła się i czułem zapach podgrzanego oleju. Tu nic takiego się nie działo, prowadzący test przed każdym zawodnikiem oliwił rolki bieżni. 

Biegnąc oglądałem czasem monitor, na stojącym obok sprzęcie diagnostycznym. Widziałem krzywe tętna i zakwaszenia, ale nie byłem w stanie dostrzec żadnej liczby. Próbowałem się dowiedzieć jakie mam tętno, ale Szczepan słusznie powiedział, że mam biec, a nie kombinować.

Wchodząc na tempo 4’00 (prędkość 15 km/h) poczułem, że moja strefa komfortu się skończyła. Oddychałem coraz szybciej, a wykres na monitorze szedł w górę. Te 3 minuty były już dla mnie wyzwaniem. Wyglądało to mniej więcej tak.

Widziałem, że dojdę do tempa 3’45” (prędkość 16 km/h) i spróbuję go utrzymać jak najdłużej. Miałem ambicje dotrwać do tempa 3’32” (17 km/h) i dopiero tam zakończyć test. I gdybym widział jakie mam tętno, zrobiłbym to. Na zawodach nie raz dochodziłem na poziom 190 uderzeń na minutę i dawałem radę. Tu jednak nie wiedziałem jak szybko bije serce. Nogi dawały radę, ale oddechu już brakowało. Poprosiłem Pawła o ręcznik, bo pot lał mi się do oczu.  W głowie pojawiła się myśl – a co jeśli już masz więcej niż 190 ? I to głowa sprawiła, że podniosłem rękę do góry, po około 2 minutach tego zakresu testu. Gdy dowiedziałem się, że tętno wynosiło dopiero 177 od razu żałowałem, że się wystraszyłem.

Niemniej fizjolog zapewnił mnie, że zebrane dane wystarczą by sporządzić dla mnie raport, który miał odpowiedzieć na nurtujące mnie pytania. Spokojnie więc zacząłem na bieżni się schładzać. Chwile później dowiedziałem się, że pełny raport z testu otrzymam w czwartek.

Nawet nie wiem kiedy minęło prawie dwadzieścia trzy minuty, podczas których Tomasz biegł. Końcówka była dla mnie emocjonująca, widziałem szybujący wykres zakwaszenia, obserwowałem prędkość bieżni, Tomek co prawda nie stracił płynności biegu ale oddychał coraz intensywniej – maska na pewno mu nie ułatwiała pobierania tlenu. Już po kilkudziesięciu sekundach po zejściu wyglądał rześko i był zdolny do przebiegnięcia jakiegoś górskiego maratonu ;) 

Tymczasem do testu szykował się Adam, który podobnie jak Tomasz pół godziny wcześniej również pilnie wypełniał rubryki formularza. Fajnie było spotkać kolejnego znajomego z tras biegowych.

Pożegnaliśmy się ze Szczepanem i Dawidem, a następnie po krótkiej wymianie wrażeń razem z Pawłem opuściliśmy klub.


Wyniki testu wysiłkowego i interpretacja

Wkrótce nastał czwartek. Otrzymałem oczekiwane wyniki! Bardzo profesjonalnie zinterpretowane, zrozumiale dla biegacza amatora. Dzień później dostałem ofertę Inżynierii Biegania, co do możliwości przygotowania planu treningowego na podstawie wyników.

Najważniejsze były dla mnie następujące dane:

  • próg tlenowy AT przy tętnie 136 ud/min
  • próg beztlenowy RCP przy tętnie 163 ud/min
  • VO2MAX – relatywne 49,1 ml/kg/min i absolutne 3,8 L/min
  • koszt fizjologiczny biegu – 187 ml/kg/min

Jeśli spojrzycie do tabel z artykułu dr Wiechy, zobaczycie, że parametry te, jak na moje 45 lat są dobre, bądź bardzo dobre.

Bardzo użyteczne dla dalszego treningu były zalecenia dotyczące zakresów treningowych, wraz ze szczegółowym opisem jak powinienem trenować, w każdym z nich.

Otrzymałem też dane dotyczące składu mojego ciała. Tych nie będę pokazywał :-) waga niby ok, wszystko się zgadza, ale mimo że pokonuję miesięcznie 250-300 km wciąż jestem tłusty jak na maratończyka. Oczywiście to już nie to, co kiedyś. W przeszłości ważyłem ponad 100 kg, więc teraz moja licealna waga między 75 a 77 to sukces. Ale procent tkanki tłuszczowej nadal do korekty. Challenge accepted, za miesiąc na Zimowego Janosika zrzucę kilogram fetu, słowo !


Podziękowania

Na koniec podziękowanie dla organizatorów badania za profesjonalizm, organizację i uśmiech. Z pewnością w przyszłości będę chciał takie badanie powtórzyć, żeby sprawdzić czy treningi idą w dobrym kierunku. I oczywiście podziękowania dla Pawła za jego niezastąpione towarzystwo, wsparcie i zdjęcia.

Dla mnie to była przyjemność spotkać się z Tomkiem i towarzyszyć mu podczas testu, miło było również uścisnąć dłoń Dawida i pogratulować mu jego sukcesów biegowych, przy okazji po raz kolejny potwierdziło się, że rybnicki Bestfit to fajne miejsce do szlifowania formy i że jego instruktorzy potrafią biegać, o czym świadczyły przeróżne trofea. 

I tak sobie myślę, że jeśli Inżynieria Biegania ściągnie ponownie SportsLab do Rybnika to i ja wejdę na bieżnię żeby dowiedzieć się odrobinę więcej o moich słabych i mocnych stronach biegowych.