Będę ścinał rogi


Czasem człowiek jest tak zdeterminowany, że rzuca się do działania jak dziki, nie bacząc na konsekwencje. Po czym, tak gdzieś w połowie dystansu, zdaje sobie sprawę, że … jeszcze jakoś trzeba wrócić. I nie zamęczyć się na śmierć. I o tym jest ten wpis.


Raport pogodowy

Najpierw miało nie padać. Potem popadało, a właściwie postraszyło deszczem. Gdy wyjeżdżałem z pracy dzień wcześniej, na szybie samochodu zaobserwowałem dziwne zjawisko. Krople wody. Czyżby to ta opisywana w prasie anomalia pogodowa zwana … deszczem?

deszcz

Koniec końców nad moją miejscowość nadpłynęła groźna chmura i lunął deszcz. Padało i dużymi kroplami, i małymi, z prawa, z lewa a do tego wiało. Po godzinie nawilżania spragnionej gleby przestało. A ja zyskałem wspaniałą sposobność, żeby wreszcie ruszyć pobiegać.

Pryzma nawozu

Przygotowuję się do udziału w BMW Półmaratonie Praskim, do którego zostało mi już tylko 17 dni. To za mało, żeby wyćwiczyć jakąś spektakularną formę, ale wystarczająco, żeby przypomnieć organizmowi czym jest dłuższy wysiłek biegowy.

Trenuje do BMW Półmaraton Praski

No to poszedłem biegać, licząc na niższą, podeszczową temperaturę i świeże, poburzowe powietrze.

Dobrze, że przed wyprawą przygotowałem się odpowiednio, czyli zabrałem swój bidon o pojemności 0,6l wypełniony izotonikiem domowej roboty. Szef kuchni wypełnił wnętrze wodą, solą oraz „wykręconą” pomarańczą. I łyżką miodu. W sekretnie przetestowanych i chyłkiem dorzuconych proporcjach.

Pierwsze kilometry przebiegłem w niemym zdumieniu. Było bardzo, bardzo duszno i parno. Temperatura mi nie dokuczała, ale duchota – bardzo. Z rozgrzanego asfaltu unosiły się smużki pary, ciekawie wyglądały w smugach reflektorów samochodowych. Jakby asfalt się smażył. Skręciłem w polną drogę, tam dopiero było ciekawie. W dolinach stały słupy pary, a polne zapachy atakowały nos bogactwem użytych nawozów. Od kilku miesięcy w jednym punkcie na polu zrzucona jest pryzma naturalnego nawozu.

Przed wbiegnięciem w obszar nawaniania zawsze sprawdzam kierunek wiatru. Na tym odcinku zwiększam tempo, pomimo oddychania ustami i tak zapach morduje i powoduje nieplanowane zawroty głowy. Jeszcze tak z miesiąc i nawóz wykształci wewnętrzną inteligencję i sam odpełznie w kierunku najbliższego lasku, w stronę cienia i chłodu.

Bieg „na tętno”

Zapomniałem napisać, że wziąłem sobie do serca porady treningowe i spróbowałem magicznej taktyki biegu na tętno. To znaczy postanowiłem nie gnać niczym rączy jeleń na rykowisko, tylko ograniczyć prędkość kontrolując tempo. Byłem ciekaw jak to wpłynie na mój zasięg i na pobiegowe zmęczenie.

Tak właściwie to taka przymiarka do półmaratonu z taktyką „negative split” czyli  pierwsza część wolniej, druga szybciej. No i do tego potrzebowałem odpowiedzi na pytanie czy ja umiem oszczędzać siły na później i czy to cokolwiek daje.

Pierwsze 5km hamowałem się zerkając na ekran tempomierza, ale później zablokowałem czwartą strefę tętna (142-162) na sztywno, dopasowując tempo biegu do strefy tętna. Mordęga. Co chwilę puls wskakiwał ponad 163 uderzenia/minutę. Wtedy zegarek wydawał pisk, no to zwalniałem. Po pewnym czasie jednak sytuacja stabilizowała się. Może oprócz kilku ostrych podbiegów i skoków tętna. Ale biegłem dalej.

Tyle tylko, że byłem już cały mokry, wilgotność dawała się we znaki. Izotonik szybko uzupełniał stracony płyn (mniam, mniam). Po pewnym czasie dobiegłem do parku rozrywki, wiedząc, że wykręciłem już jakieś 6km. Znana biegaczom zasada mówi, że dotychczasowe 6km to automatyczne 6km na powrót. I jeśli wbiegnę do parku z 12 km szybko zrobi się więcej. Więc… Wbiegłem do parku. Trudno, powrót będzie ciężki.

Drążki

Pobiegłem parkowymi, pofałdowanymi alejkami. Za te podbiegi i niespodziewane zakręty polubiłem park. Jak i za sprzęt treningowy ogólnodostępny.

Cała dolina była doliną mgieł – tu również jakąś godzinkę wcześniej przetoczyła się nawałnica. I wszystko było mokre i od deszczu, i od pary. Ale na ławeczkach wszędzie siedziały romantyczne parki, ścieżkami rowerowymi majestatycznie przejeżdżały narzeczeni trzymający się za rączki.

Park noca

A ja? Ja wyglądałem jak potwór z bagien. Cały spocony, z rozwianą grzywą włosów, z chlupiącym rytmicznie bidonem w ręku i ubłoconymi butami. Cóż, zaliczyłem po drodze ślizg kontrolowany, gdy mijałem się na wąskiej polnej drodze z traktorem. On omijał kałużę, ja również, niestety nie wpadłem na to, że kałuża posiada również jakieś niewidoczne w świetle księżyca odnogi.

Dobiegłem do mojego ulubionego miejsca w parku – do drążków do podciągania się. Też były mokre, ja miałem mokre ręce, niełatwa sprawa podciągać się i nie stracić zębów. Mi się udało, ale dwóm „pakierom” ta sztuka perfekcyjnie nie wyszła. Jeden z nich szybko rozluźnił uchwyt (ale zęby uratował), drugi na ten widok zaklął szpetnie – no i poszli dalej.

A ja stałem się jedynym wariatem w parku, który przebiegł ponad 6km (w jedną stronę), żeby kilka razy się podciągnąć na drążkach.

Zbudowany tym faktem, ruszyłem w stronę powrotną. Tym razem człapałem wzdłuż drogi powiatowej (po chodniku) pilnując granic tętna. Co chwilę pisk mojego pulsometru straszył przechodniów. Nie dość, że taki jeden tu biegnie, to jeszcze na nich piszczy. Zegarkiem.

Będę ścinał rogi

Na przebytą odległość nie patrzyłem. Na prędkość biegu również nie. Ale widziałem czas biegu i patrząc na niego, już wiedziałem, że bezpieczniej będzie oszczędzać siły. I nie „nabijać” zbędnie odległości. I tak jak to bywa podczas intensywnego wysiłku fizycznego, oszołomiony endorfinami umysł przedstawił mi jedyne słuszne rozwiązanie. Tak, też się z niego teraz śmieję.  No co, biegnąc, będę ścinał rogi. Zakrętów.

To jest taka bardzo sprytna strategia niektórych biegaczy na skracanie przebytej odległości przy biegach dalekodystansowych. Biegnie się niczym kierowca formuły 1 – po „idealnym torze jazdy”. Lekko zygzakiem, ścinając zakręty. Jaki jest zysk? Przy atestowanej trasie… żaden. Bo osoba sprawdzająca trasę też jedzie po takiej linii. Zyskuje się jedynie na tym, że nie dokłada się nadprogramowych metrów na całym dystansie.

No więc ja tak pobiegłem. Kolejne minuty (i kilometry) mijały, bidon robił się coraz bardziej pusty. Parno duszno i … jednak gorąco. Gdy wbiegałem do swojego miasta, dostałem smsa, to moja latorośl zaczęła się martwić czy wszystko OK.

Po wyjęciu smartfona okazało się, że powtórzyła się sytuacja, którą zdarzyła mi się uprzednio podczas urlopu w Hiszpanii. Smartfon był tak mokry, że nie mogłem go odblokować i odpisać na smsa. Oczywiście znowu nie miałem przy sobie niczego suchego do wytarcia ekranu. Ale OK. Po minucie (nierównej) walki dałem radę.

Powrót przebiegł spokojnie, dosłownie tuż przed moim blokiem zegarek „odbzyczał” zakończenie kolejnego „okrążenia” czyli kilometra. Fiu fiu, okazuje się, że przebiegłem 15km (i 100 metrów). I wcale jakoś specjalnie się nie zmęczyłem. Choć niestety czas, w którym przebiegłem ten dystans, nie jest uroczy. Trudno. Nie można być równocześnie pięknym i inteligentnym. Ponoć.

Dystans

Z kąpielówek ze spodenek do biegania wycisnąłem z pół szklanki wody – choć to siateczka. 0,6l izotoniku wypiłem podczas biegu i nawet nie wiem gdzie zniknęło (wlewałem do gardzieli, płyn robił bul-bul i wsiąkał). Jedyna uwaga na przyszłość to konieczność zmiany składu izotonika – z pomarańczy na cytrynę. Wolę pić lekko kwaśne napoje, niż czuć smak słodkiego owocu.


Czy zyskałem coś na ścinaniu rogów? Tak. Wracałem tak prostą trasą, jak tylko się dało, bez żadnego obiegania uliczek czy przechodzenia drogi prostopadle na pasach. Pewno oszczędziłem z 50m a to się przekłada, hoho, Pewno na jakieś 20 sekund wcześniejszego przybycia do domu. Opłacało się, nie?


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

14 komentarzy

  1. Kant pisze:

    Skoro wszyscy chcą biegać to może warto zorganizować się i pobiegać wspólnie o tej samej godzinie w kilkudziesięciu miejscach… Ja gwarantuję bieganie z ławki

  2. Blogierka pisze:

    Ale fajnie piszesz! Mnie wcale nie dziwi biegniecie tyle zeby sie podciagnać/porobic brzuszki i wracać – #normalisboring ;). Z tym biegiem na tetno to ciekawa sprawa- ale trudna. Ja chyba wole na tzw.wyczucie uprawiać sport a nie sugerować się urzadzeniem ktore czesto nie jest idealnie dobrane. Inna sprawa to jesli ktos trenuje dla zgubienia tluszczu-no dobra wikeszosc, ale dla mnie sport to codziennosc i fajnie by bylo gdyby ten belly fat zniknal-ale z dieta bywa roznie..;).
    Pytanie kluczowe- na półmaratonie bedziesz biegł z pulsometrem?

    • Bookworm pisze:

      Cieszę się, że Ci się wpis podobał :) Tak, oczywiście, pobiegnę z pulsometrem. To działa zupełnie jak obrotomierz w samochodzie. Choć poprzednią, rybnicką półówkę przebiegłem całą na bardzo wysokim tętnie 170-180, jakoś tego nie odczuwając – bardziej zastanawiałem się czy to tak się da. Dało się :) Bardziej oddechu mi brakowało.

  3. Nielubiediesli pisze:

    Najgorsza w podciąganiu jest pamięć. Bo pamiętam, że jeszcze kilka lat temu bez problemu podciągałem się z 20 razy. Ba, potrafiłem się podciągnąć jedną ręką. A ostatnio na plenerowej siłowni udały mi się raptem dwa podciągnięcia. Byłem autentycznie w szoku. Biegać co prawda nie mogę, ale czas wziąć się za siebie.

  4. BasiaK pisze:

    Może mnie te Twoje wpisy zmotywują do biegania. Bo na razie w mojej głowie jest tylko takie maciupeńkie ziarenko pomysłu pt. „może by zacząć biegać”. A jak czytam Twoje wpisy, to się kiełki na ziarenku pojawiają. ;)

  5. Mnie zastanawia jedno – ile razy dasz radę podciągnąć się na drążku jednorazowo? Do izotonika, potwierdzam trenując robiłam miksturę z wody, miody, cytryny i soli, a teraz dodaję jeszcze garść świeżej mięty dla finezji :) Bardzo fajna relacja, ot niby zwykłe bieganie, a ile przygód po drodze :)

    • Bookworm pisze:

      Dzięki :) Coś z tym izotonikiem muszę jeszcze pokombinować. Druga wersja, z cytryną, trochę była zbyt kwaśna. To już sam nie wiem :( a pić się chciało non stop.
      Z podciąganiem? Nie przyznam się, bo wstyd. Tylko kilka razy, za to w dwóch seriach. Mam zakaz demolowania mieszkania za pomocą drążka, no i z podciąganiem to jest lipa :(

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.