Biegaczu idź się leczyć!


Bieganie winno być przyjemnością, relaksem a do tego ponoć to „samo zdrowie”. A ja jednak postanowiłem skorzystać z naszej „bogatej oferty NFZ” i przebadać się przed udziałem w kolejnym półmaratonie.

Śmieszne, ale przed każdym biegiem podpisuje się deklarację, że się jest w pełni zdrowia i nic nam nie dolega. Czy jesteśmy w pełni przekonani, że tak rzeczywiście jest? Badania dla biegacza jednak warto zrobić.


Bieganie jest szkodliwe

Temat możliwych powikłań związanych z bieganiem wyskoczył jeszcze w ubiegłym roku, gdy robiłem okresowe badania lekarskie do pracy. Co prawda dziwny to był „ośrodek badawczy” – pani pielęgniarka przy mierzeniu wzrostu uczyniła ze mnie nową nadzieję NBA (dodała przy mierzeniu chyba z 6cm – tak, tak, zapewne od czasu liceum niepostrzegalnie urosłem, wraz ze mną ubrania).

Zamierzała mi również zmierzyć ciśnienie na prawej ręce i do tego przez koszulę. Wynik wyszedł arcyciekawy – nadciśnienie. Od zawsze jestem niskociśnieniowcem, bywają dni, że mam ciśnienie dwucyfrowe i to po bieganiu. Bzdura po prostu.

Nawet kiedyś zrobiłem zdjęcie mojego „wysokiego ciśnienia”. To akurat jest po przebiegnięciu 10km i 15 minutowym odpoczynku.

Niskie ciśnienie

Później trafiłem w ręce pana lekarza, który okazało się ma też uprawnienia do badania sportowców. Po niezobowiązującym pytaniu o uprawiane sporty nieopacznie pochwaliłem się, że od wakacji biegam. Nastąpiła dziesięciominutowa tyrada o szkodliwości biegania dla układu krążenia, o przerostach serca, komplikacjach kardiologicznych i „panie ja nie takich pacjentów mam z powikłaniami od biegania”.

Już nie czułem się „skazany na sukces” poczułem się „skazany na śmierć”. Ale jeszcze wciąż żywy. Nieźle się z moich rozterek uśmiał niezawodny w takich chwilach mgr inż. Anioł.

Jeśli będziesz biegał, to będziesz miał takie mocne serce na emeryturze, że ZUS to będzie musiał przyjechać i ciebie dostrzelić, tak im statystyki zepsujesz.

Diagnoza krótka i na temat, tego mi było trzeba.

Bo do diagnoz lekarskich to mam bardzo ograniczone zaufanie. Dlaczego?

Cosik zepsuło się w nodze

Kilka lat temu – wcale jeszcze nie biegałem) coś mi przeskoczyło w nodze i chodzenie stało się udręką. Właściwie to mogłem skakać na jednym odnóżu nic więcej. Przy chodzeniu – paraliżujący ból w łydce.

Lekarz pierwszego kontaktu, skierowanie na konsultację ortopedyczną. Pojechałem do ośrodka, ustawiłem się w długiej kolejce. Po odczekaniu przydziałowych godzin zostałem skierowany na RTG. Przyszedłem do gabinetu ze zdjęciem, oddałem panu ordynatorowi, który się zasępił. Że na tym zdjęciu to on niczego nieprawidłowego nie widzi. Że gdzie to mnie boli. Ile mam lat. Hmmmm, to będzie w takim razie reumatyzm. Hm hm. To on mi może wypisze skierowanie. Ale to sobie poczekam z pół roku na reumatologa.

A póki co to mi wypisze leki przeciwbólowe. Tylko jak to się one nazywały – wyciągnął grube tomidło i zaczął otwierać je w losowych miejscach. Gdy mówił litery z drugiego końca alfabetu – otwierał książkę w przedniej części. Natomiast gdy mruczał litery początkowe – kopał w tylnej części tomiszcza. Po 10 minutach coraz bardziej nerwowego przerzucania stron zamknął z trzaskiem książkę – aż kurz się rozszedł na boki i stwierdził, że jednak mi niczego nie przepisze. W gruncie rzeczy i tak miałem szczęście, bo przecież mogli amputować. I to nie tę bolącą nogę, nieprawdaż? I to nie do końca jest żart, bo właśnie tamta placówka jest dość sławna z bardzo nieudanych interwencji chirurgicznych. No to wróciłem (pokuśtykałem)  jak niepyszny do pani doktor pierwszego (acz nieostatniego) kontaktu.

Której nie dawał spokoju mój „reumatyzm” – wypisała skierowanie „na cito” i kazała jechać do innego ośrodka. W którym przyjął mnie mój kolega z klasy licealnej, obecnie ortopeda. Obejrzał zdjęcie. Dotknął mnie w bolące miejsce po czym poprosił, żebym zszedł z żyrandola i przestał kurczowo trzymać się karnisza – bo już nic nie będzie bolało.

Zapytałem o diagnozę – zapalenie ścięgna achillesa. Tyle i tylko tyle. „Przecież to widać na zdjęciu”. Aha… „Ale jesteś pewien? Bo wiesz ordynator….” „A dotknął ci on chociaż tej nogi”? „No nie”. „A widzisz, a jak dotknąłem”.

Cóż, jak przez mgłę pamiętałem, że faktycznie coś jakbym ostrzegł ordynatora, że gdy dotknie mojej nogi to z bólu nie ręczę co mu zrobię.

I z tym nieszczęsnym achillesem cały czas mam problem, smaruję, masuję, ćwiczę, czasem coś tam boli, czasem nie. Życie.

Ale wróćmy do mojego biegania.

Badania dla biegacza

Po wizycie u lekarza kontrolnego nastąpiło kilka krótszych biegów na 10km, półmaraton w Żywcu, ale przed drugim półmaratonem postanowiłem się przebadać – ot, tak dla świętego spokoju. NFZ w osobie mojej lekarki przewidywał możliwość zrobienia EKG oraz – jako astmatykowi – spirometrii. Żeby zrobić UKG to by trzeba było zapisać się do kolejki. Dwuletniej – tak dowiedziała się znajoma, która tydzień wcześniej przyszła do lekarki z arytmią serca.
Bardzo to zbulwersowało kolegę biegowego mgr.inż. Anioła – u niego w firmie jest kanciapa z lekarzem bezpośredniego dostępu. I takie coś jak UKG, to lekarz wykonuje na miejscu, bez czekania i wszystkim chętnym. No ba, ale to jest „korpo” i mają prościej. Anielsko prościej.

Tętno spoczynkowe

Jeszcze przed wizytą w przychodni skorzystałem z magicznych opcji mojego nowego pulsometru Polar M400. Jest w nim opcja „testu wydolności”. Test można przeprowadzić kilka godzin po jedzeniu, będąc zrelaksowanym i nie po ćwiczeniach fizycznych. Nałożyłem pasek pulsometru, położyłem się wizualizując sobie nadmorskie plażowe chmurki i włączyłem test.

Na ekranie pojawił się wykres mojego tętna, które coraz bardziej uspokajało się, spadając w coraz niższe zakresy. 55 ud/min… 54 ud/min… Jeszcze nigdy nie miałem tak niskiego tętna! Okazuje się, że jednak uprawianie sportu, nawet na moim rekreacyjnym poziomie, wpływa na obniżenie tętna spoczynkowego. Proszę!

Tu przypomniała mi się opowieść kolegi mgr.inż. Anioła, który podczas pewnego wyjazdu z anielskimi kolegami na narty, nadzorował diagnostykę połamańca – którego Austriacy zagipsowali i podłączyli do aparatury.  Co kilka minut koledze drgała noga – co zaniepokoiło lekarza. Okazuje się, że tenże kolega – biegacz ultramaratoński – miał tak niskie tętno spoczynkowe, że każdy spadek pulsu uruchamiał alarm aparatury – stąd drgania.

Test wydolności

W każdym razie mój test spoczynkowy pulsometrowy (certified by Polar M400) wyszedł na „dobry”. Ciekawe co wyjdzie mi ze spirometrii.

poziom wydolności

Spirometria

Naumiałem się w internecie co mnie może czekać w związku ze spirometrią. O yes!

Dom wariatów, prawda? Zapowiadało się ciekawie. Rzeczywistość była jednak jeszcze weselsza.

Przybyłem na badania. Gdy miła pani pielęgniarka przeczytała, że ta spirometria to w związku z astmą, jej podejście do mnie zmieniło się z obojętnie profesjonalnego na współczująco-przestraszone. Pomogła mi wejść na leżankę. Upewniła się, że jeszcze nie umieram i że oddycham i że dam radę przeżyć niewygodę z elektrodami EKG na klatce piersiowej. Obciamproliła mnie żelem do EKG. Skomentowała stopień mojego podobieństwa do owłosionej małpy. Okręciła mnie kablami – bip, bip, bip, biiiiiiiiip – przeżyłem. Pierwsze badanie z głowy.

Przed spirometrią czekał mnie dłuższy wykład. Dowiedziałem się, że:

-był tu taki młody, wysportowany, zbudowany młody człowiek i paaaaanie, nic mu z tego nie wyszło,

-po nim był taki emeryt, który słuchał jej poleceń i oooooo jaki wynik wydmuchał, ze dwa razy większy niż ten młody (to jak dwa razy skoro chłopakowi nie wyszło? Zero x2 to nie jest zero?),

-u pana to może z racji astmy nic nie wyjść. Bo ja to raczej nie dam rady wydmuchnąć, do tego to trzeba dmuchać tak jak na planszy jest opisane. Bo to proszę pana nie jest lekkie badanie.

I przeprowadziła mi wykład teoretyczny:

No mniej więcej tak to wyglądało. A potem już było z górki. Pani wprowadziła wszystkie moje „dane techniczne” do aparatu. Przy „rasa kaukaska” dostała paroksyzmu śmiechu i długi czas nie mogła się uspokoić. No co…

Na koniec otwarła magiczną szufladkę, w której był cały zestaw jednorazowych ustników. Zmontowała przemyślną maszynerię i dalej już postępowałem wg instrukcji. Wdechy, wydechy i wreszcie kulminacja – maksymalny wydmuch.

Uuuuuu, „słabo”. Pani już chciała się poddać, ale stwierdziłem, że mogę dmuchać nawet do wieczora, znaczy się do skutku (no co, znowu macie jakieś nie takie skojarzenia?). Ja nie miałem. Skupiłem się na zadaniu i …. Ziuuuuuuuuuuu!

Pielęgniarka była pod wrażeniem – bo chwilowo podmuch przekroczył skalę. Pani zadowolona, ja zadowolony, tylko wydruk coś nie wychodzi. Już się bałem, że moje historyczne dmuchanie nie zostanie uwiecznione na stosownym dokumencie, ale (po rozkręceniu urządzenia) udało się przeprowadzić papier otworkiem wylotowym i bingo! Mam swoją dokumentację. W tekście niestety występuje też jakiś „nagły koniec” ale z moich poszukiwań internetowych wynika, że jakieś tam współczynniki są ok.

Spirometria Wyniki badania spirometrycznego

Ośmieliłem się zapytać panią pielęgniarkę jak się mają te moje parametry do tego jakie winny być. No i wyszło na to, że pani wie jak przeprowadzić badanie ale jakie są poprawne wyniki to ona nie wie (więc te opowieści o emerycie i o młodym chłopaku to takie były… no właśnie). Teraz pewno powstała nowa urban legend o takim astmatyku co dobrze dmuchał...

Mogę biegać

Dzień później pani doktor pierwszego acz nieostatniego kontaktu stwierdziła, że EKG OK, spirometria wręcz rewelacyjnie (10% powyżej średniej) dla wieku i moich parametrów, ciśnienie podręcznikowe – czyli co? Mogę biegać! Dalej biegać. Pamiętając rzecz jasna o moim małym komplecie leków na astmę…

W nagrodę dostałem jeszcze skierowanie na morfologię. Biedny NFZ… Będą znowu straty. Najpierw zamęczę NFZ. A potem ZUS. Bo przecież „biegam na złość ZUS”.

Tak więc z pewną taką przyjemnością przebiegłem VI Rybnicki Półmaraton Księżycowy nie obawiając się już szkodliwości biegania.

A o tym, jak kontynuowałem badania dla biegacza chcąc zrobić badanie UKG przeczytacie w kolejnym wpisie – Królowa Lodu i UKG czyli badania dla biegaczy.

 

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

32 komentarze

  1. Zaniczka pisze:

    Obciamproliła – o jacieszpierdziele :) cudowne słowo :)
    kurde to jak na tak chorego to Ty całkiem zdrowy jesteś i tak trzymej chopie :)

  2. Mariusz Jasiński pisze:

    Panie Kolego wszystko fajnie i pięknie. Ale zapomniałeś napisać: Czy dostałeś naklejkę „Dzielny Pacjent” ????

  3. Mariusz Jasiński pisze:

    Panie Kolego wszystko fajnie i pięknie. Ale zapomniałeś napisać: Czy dostałeś naklejkę „Dzielny Pacjent” ????

  4. Pomysłowa pisze:

    O matko, jaka ta kobieta od spirometrii ekspresyjna. Parsknęłabym śmiechem w trakcie badania, jakby tak przy mnie komenderowała i pewnie miałabym wynik mocno poniżej średniej :-D Ale jeśli tylko po bieganiu człowiek ma takie zarąbiste wyniki u lekarza, to chyba naprawdę wrócę do tego biegania. Pamiętam, że prawie dosłownie czułam, jak mi się pojemność płuc zwiększyła, gdy biegałam 3 razy w tygodniu – mogłam zrobić taaaaaaki wdech… Tylko co Ty robisz, żeby Ci się nie nudziło w trakcie tych kilkudziesięciu minut? Bo ja jestem znudzona już po pierwszych dziesięciu, nagle muzyka w telefonie już nie taka, krajobraz zbyt wolno się zmienia… Nie wiem, sprinty powinnam ćwiczyć czy co? :-D Ogólnie jakoś tak wolę bardziej się pomęczyć, ale w krótszym czasie, czyli jak do tej pory to raczej wolałam ćwiczyć jakieś tabaty i interwały, niż taki typowy spokojny trening. Na spokojnie to tylko sobie lubię na rowerze pojeździć, wtedy mogę jeździć i z 5 godzin, i mi się nie nudzi :-)

    • Bookworm pisze:

      Patrz jak się schował Twój wpis, przepraszam, że dopiero teraz odpisuję :) Wiesz co robię, z muzyki zrezygnowałem więc albo po prostu kontempluję otoczenie albo slucham audiobooków. I to drugie polecam, bo bardzo wciąga :)

  5. BasiaK pisze:

    Ja też dostałam paroksyzmu śmiechu. :-D Nie mogę z Tobą. :-D A diagnoza mgr inż. Anioła najlepsza. :-)

  6. nie martw się o nfz. morfologia jest tania ;)

  7. Wszystko można, co nie można, byle z wolna i z ostrożna. :))) Czyli, jeśli się nie przesadzi z treningami trzy razy dziennie, a bieganie sprawia przyjemność to dlaczego nie?

    • Bookworm pisze:

      Jestem mistrzem biegania z wolna :D bo – tak to zawsze tłumaczę – biegam dokładnie ;) Ale żeby trzy razy dziennie, może lepiej raz a dobrze? :DDDD

  8. monotema pisze:

    A przed chwilą przeczytałam artykuł o dziewięciolatce ( naszej rodzimej ) biegającej 5 km. specjaliści biją na alarm. Rodzice zadowolenie, bo dziecię samo z siebie chce i wcale nie musi. A pediatrzy też nie mają nic przeciw. I co? Biegać czy nie biegać? Nie biegać, bo nie lubić. Pozdrawiam i zdrówka życzę, bo kasy w NFZ musi starczyć dla mnie. Właśnie zgłosiłam się do poradni ze złamanym żebrem, po miesiącu. Oj działo, się działo ;)

    • Bookworm pisze:

      Ciekaw jestem bardzo Twojej historii jak i zaproponowanego przez NFZ sposobu leczenia. W moim przypadku skończyło się na RTG i propozycji leków przeciwbólowych – bardzo budżetu NFZ nie nadszarpnąłem ;)

      • monotema pisze:

        U mnie takoż ;) Sama z konieczności poszłam na drugą wizytę, bo ból dokuczał, a środki przeciwbólowe się skończyły. A cóż ja tu mogę? – rzekł pan doktor wypisawszy kolejną receptę z błędami w nazwie leku. W aptece zaproponowano mi realizację recepty pod warunkiem, że zapłacę 100%. Zapłaciłam.

        • Bookworm pisze:

          Z błędami? Miałem ciekawszy przypadek. Wiedziałem jaki lek mi lekarka przepisała. Ale pani aptekarka stwierdziła, że ŻADNA litera w nazwie jej się nie zgadza. Wydzwoniła przychodnię (ale już bez lekarki). Rejestratorka wyciągnęła moją kartotekę czyta i … „Proszę pani ja też nie potrafię odcyfrować nawet przybliżonej nazwy leku”. A historia moich „żeber” poniżej: http://bwotr.pl/opowiesci-pogodne/latajace-paczki-odkurzacze/

  9. Z tą służbą zdrowia to jest różnie – jedni chętnie wysłuchają a drudzy to….hm… wypaleni albo wszechwiedzący :) Fajny tekst :) Pozdrawiam i idę … pobiegać :)

  10. Zenja pisze:

    Świetnie napisana historia! Ale się uśmiałam! Mam opór, aby czytać dłuższe teksty, a tutaj przepadłam! Wsiąkłam :) Odnośnie służby zdrowia, to unikam jak ognia. Czasami się bardzo zmuszam… Z takich ciekawych wizyt, to miałam jedną, podczas której rozmawiałam z lekarzem raz po polsku, raz po niemiecku. Głównie o drugiej wojnie światowej i życiu w Niemczech i USA :)

    • Bookworm pisze:

      Dzięki! To w takim razie przemyślę długość tekstów, same tak jakoś się zaczynają od krótkich, po czym kończę jak na załączonej stronie widać :) Gaduła jestem i tyle…
      Z ciekawych wizyt to w Doniecku z wrażenia przypomniałem sobie rosyjski i rozmawiałem z lekarzem po rosyjsku a nie angielsku :)

  11. LIFESTYLERKA pisze:

    Ja to w ogóle chyba nie mam ciśnienia;). A morał z opowieści wyciągnęłam taki, żeby biegać, a lekarzy szerokim łukiem omijać;).

    • Bookworm pisze:

      O to właśnie chodzi! Niech oni robią co do nich należy (mają wątpliwości, przemyślenia, widzą problemy z różnych stron) a my sobie przez ten czas „szybką dyszkę” zaaplikujemy :D

  12. gin pisze:

    Ja też mam ciśnienie świeżego trupa ;) Przed operacją pani pielęgniarka tak się zachwycała, że w ogóle się nie denerwuję, bo ciśnienie takie niskie, a mi już przecież skoczyło jak szalone ;)
    W Danii jest inaczej – na przeziębienie – gorąca herbata, na anginę – penicylina, no… I to by było na tyle ;) Niech żyje selekcja naturalna!

  13. gin pisze:

    Ja też mam ciśnienie świeżego trupa ;) Przed operacją pani pielęgniarka tak się zachwycała, że w ogóle się nie denerwuję, bo ciśnienie takie niskie, a mi już przecież skoczyło jak szalone ;)
    W Danii jest inaczej – na przeziębienie – gorąca herbata, na anginę – penicylina, no… I to by było na tyle ;) Niech żyje selekcja naturalna!

    • Bookworm pisze:

      W Belgii ponoć za to chorych faszerują zawsze i wszędzie antybiotykami, to już wolę naturalne metody leczenia :) Za to na Ukrainie w ciągu 1 dnia mnie lekarz postawił na nogi lekami, które polska lekarka określiła jako używane w latach 80-tych. Tylko oni bardzo dbają o to, żeby nie uodparniać bakterii na antybiotyki :)

  14. Jak dobrze trafic w takich sytuacjach na kolege z klasy, ktory zyczliwiej na Ciebie spojrzy i przynajmniej nie bedzie bal sie Ciebie dotknac. A ja myslalam, ze lekarze robia to na codzien i nie maja przed tym oporow. POzdrawiam serdecznie Beata

  15. :)
    Ja ostatnio jak postanowiłam zrobić badania kontrolne, i to nawet nie angażując NFZ, usłyszałam od lekarki, że ona nie wie, po co mi te badania, bo wszystko jest ok. Poczułam się więc jak hipochondryczka i teraz już się boję prosić o jakiekolwiek skierowanie :)

    • Bookworm pisze:

      Jasnowidzka z tej lekarki, ot co! A NFZ niestety normalnym nie jest – lekarka kiedyś mówiła jakie wymagania musi spełnić (bo kontrole są), żeby mogła wystawić receptę ze zniżką na antybiotyk. Pacjent zdąży do tego czasu trzy razy przepłynąć Styks.

  1. 15 sierpnia 2018

    […] rok temu w tekście „Biegaczu idź się leczyć” opisałem moje boje ze służbą zdrowia, która ma bardzo ambiwalentne podejście do mojej chęci […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.