Bieganie, Wakacje!

Bieganie na południu po południu

Bieganie na południu po południu

norgeTytuł tego wpisu wymyślił Tomek, który dla kontrastu (specjalnie to zrobił!) pojechał na północ, żeby móc opisać bieganie na północy o północy. Jemu to wyszedł wspaniały tekst, hojnie okraszony widokami, rybkami i niewiarygodnymi krajobrazami. W moim tekście jedynym zwierzęciem będzie leniwiec – czyli ja. Choć jeśli dobrze poszukacie może coś tam jeszcze na zdjęciach wypatrzycie.

Miejsce akcji: Hiszpania, północne wybrzeże Teneryfy, okolice Puerto de la Cruz…


Plany i plamy

Trener przekazał mi sierpniowy plan biegowy, na nim mnóstwo skomplikowanych cyferek i temp, w których miałem biegać. Oczywiście moje założenia biegowe były bardzo ambitne – że wszystko fajnie i grzecznie wybiegam. Na wszelki wypadek zapytałem, które wybiegania (w razie gdyby coś poszło nie tak) mogę odpuścić – w końcu urlop rządzi się swoimi leniwymi prawami. Trener podszedł do tematu urlopu bardzo ludzko.

„Przede wszystkim masz wypocząć, ale … żebyś długich wybiegań nie opuszczał”

Nie zamierzałem. Buty biegowe wylądowały w walizce jako pierwsze, koszulki, bidon – byłem spakowany. Małżonka zaintrygowana nagłą ewakuacją kotów z pokoju – weszła i pociągnęła nosem. No i stwierdziła, że moje obuwie biegowe wrzuci do walizki w ostatniej chwili, bo z racji wydzielanego przez nie zapachu istnieje uzasadnione podejrzenie, że pomimo bardzo starannego zafoliowania paczki z butami mogę narazić zdrowie i węch psów sprawdzających bagaże pod kątem kiełbasy i narkotyków.

Następny krok to sprawdzenie w internecie polecanych tras biegowych w okolicach wybranego przez nas hotelu – zastanowiło mnie, dlaczego biegacze biegali głównie w kółko wokół kilku ulic – no i biegali tylko krótkie trasy. Dziwne… Podejrzewałem, że oni dowiedzieli się na miejscu czegoś o czym ja jeszcze nie miałem pojęcia. Bezmiar mojego optymizmu określiła też nadzieja na dotarcie do stadionu lekkoatletycznego, który znajdował się ok. 4km od hotelu. Nadzieja matką… No właśnie.

Rzeczywistość na miejscu zderzyła się z moimi planami z siłą pociągu towarowego z ładunkiem śląskiego węgla. Przejechała się po planach i odjechała w kierunku zachodzącego słońca. Po prostu chęć wypoczynku wzięła górę. Nie wstawałem rano biegać. Nie znikałem wieczorem na długie godziny wybiegań. Cieszyłem się odpoczynkiem, obecnością rodziny. Jadłem tyle, na ile miałem ochotę. Z planów robiła się powoli plama i to taka, na którą nie poradzą żadne wybielacze.

Wreszcie po 48 godzinach od przylotu (i nieustannych wyrzutach sumienia) powiedziałem DOŚĆ. I poszedłem pobiegać…

Najpierw rozgryzłem układ okolicznych ulic. Z jednej strony urwisko i klify.

20160722_widokPoniżej czarne plaże. Powyżej – w odległości raptem 15 minut biegu autostrada. Za to wykryłem dosyć przyczajoną stację benzynową (co się potem bardzo przydało). Chwilę straciłem na miejscu na poszukiwaniu darmowego węża do polewania auta – pamiętałem ten patent z Majorki. Niestety węża brak, a liczyłem na orzeźwienie.

20160718_urbZachód miejscowości – wąskie chodniki, pochyłe ulice i samo zatłoczone centrum miasta. Choć i tam dotarłem…

Pozostało eksplorowanie wschodniej strony – gdzie zaczynały się bananowe gaje. O takie:

20160717_gaj

Lecz zanim dotarłem poza pierwszą bananową plantację pobiegłem… Ale może najpierw jeszcze jedno wyjaśnienie.

Czym jest wakacyjne bieganie

Otóż takie wakacyjne bieganie to żadne wyrzeczenie. To nie jest tak, że idę biegać zostawiając w hotelu zapłakaną rodzinę, która powiewa mi na pożegnanie z balkonu chusteczkami, a gdy wracam, rzeka łez sięga już blatu recepcji. Oni odpoczywają ode mnie a ja… A ja ładuję akumulatory energią natury. Bo to czysta ekologicznie energia i niczym nieskrępowana radość z biegania. Odkrywanie nowych miejsc. Sycenie wszystkich zmysłów nieznaną do tej pory przyrodą i widokami. Czasem doznania są tak silne, że aż się chce krzyczeć z radości.

To naprawdę trudno wytłumaczyć, ale gdy stoi się na szczycie klifu, gdy wicher stara się zerwać z głowy czapkę, a kilkadziesiąt metrów niżej ocean z całą mocą uderza o skały – wrażenia są bardzo silne. Sami popatrzcie i posłuchajcie.

Albo gdy niespodziewanie trafiam w duszny i parny gaj bananowy, jest to coś tak abstrakcyjnego i nowego, że dopiero mózg musi sobie to przetworzyć, zrozumieć i zaakceptować.

20160717_banany

I ta wolność. Biegnę w tę stronę, w którą chcę, robię zdjęcia, zatrzymuję się, odpoczywam i biegnę dalej, bo coś ciekawego na pewno kryje się za kolejnym zakrętem. Mijam uśmiechniętych wypoczywających ludzi, sam też się uśmiecham – biegnąc płynę w innym czasie i w innej, alternatywnej rzeczywistości. Do tego poznaję teren dużo dalej niż podczas najdłuższego spaceru. I śmiało mogę godzinkę po biegu grać rolę lokalnego przewodnika.

Rekonesans

Podczas pierwszego wybiegania zaatakowałem urwisko – pobiegłem aleją spacerową z dziesiątkami schodów i schodków – do centrum miasta.

Schodków było ponad 250 – rozkosz zbiegania i katorga podbiegu, ale to nastąpiło później, podczas powrotu. Po drodze zieleń… zieleń i jeszcze raz wszystkie kolory roślinności.

promenada

Kolejne wybieganie to droga asfaltową, przez półtunel (tunel z otworami od strony oceanu) do centrum.

Tunel

Z góry biegło się rewelacyjnie, niestety już w okolicach centrum pobocza były zastawione pojazdami – odechciało mi się tam biegać. Wizyta w centrum to nieustanne lawirowanie pomiędzy turystami – jednorazowa zabawa.

Powrotny podbieg stanowił spore wyzwanie, pot lał się ze mnie gęsto – spojrzenia kierowców – bezcenne. Zagubiony biegacz podbiegający poboczem w smażącym słońcu na zagubionej drodze. To ja!

Następny kierunek to gaje bananowe. Wąska droga, po bokach plantacje bananów z wszechobecnymi jaszczurkami.

jaszczurkaGdy zbiegałem po schodach musiałem uważać, bo te uwielbiały wygrzewać się na nagrzanych słońcem stopniach – groził mi poślizg lub potknięcie się o te co bardziej dorodne sztuki. Podręczniki biologii utrzymują, że te potwory jedzą owady. Nie byłem tego taki pewien, ich wielkość oraz to, że na mój widok oblizywały się znacząco wpędzały mnie w pewnego rodzaju zakłopotanie.

20160721_palma

Wybiegania liczyłem na czas aktywności a nie na odległość. Różnice wysokości były bardzo znaczące, wyciskały ze mnie ostatnie poty.

Dobiegałem do okolic hotelowych, zaszywałem się na jednym z parkingów i tam „odparowywałem” rozciągając się. Odkryłem dziwny fenomen czapki. Odprowadzała sobie znanym sposobem pot na koniec daszka, z którego – po pochyleniu głowy – woda kapała wielkimi kroplami.

Przed przytruchtaniem do hotelu za każdym razem starałem doprowadzić się wizualnie do stanu używalności, w końcu musiałem przejść obok recepcji, przez długi hall, wypełniony „odstrzelonymi” wczasowiczami, aż do schodów. Które pokonywałem kilkoma skokami – myk, myk – bezpieczny w pokoju. Się możecie śmiać nad moją ostrożnością, ale jakoś łyso się czułem pomiędzy wakacyjną rewią mody urlopowiczów, którzy zalegali tuzinami w okolicach recepcji (darmowy internet). Wyglądałem niczym przeteleportowany potwór z bagien. O zapachu godzinnego biegu z dwustumetrową różnicą wysokości.

Trzy plaże

Podczas wybiegań odkryłem kilka plaż. Rok temu opisywałem trzy plaże na Minorce. Teraz mógłbym również opisać trzy plaże – do których dotarłem (?) biegowo.

Pierwsza z nich była przy centrum miasta. Czarny piasek, kamienie, wysokie fale, ratownik. I masa radości z wejścia do lodowatej wody, która zmywała „brud” czarnego piasku. Bardzo dziwne wrażenie, gdy stopy zapadają się w czarnych ziarenkach – i jest to piasek.

Druga plaża to plaża, do której prowadziły długie zakręcone schody. Na plaży bar, sporo plażowiczów. Na pozór nic szczególnego – poza wypiętrzonymi klifami.

Ale pewnego dnia, gdy przebiegałem nad plażą usłyszałem przedziwny dźwięk pracującego rytmicznie mechanicznego urządzenia. Dwóch lokalsów obsługiwało „coś”, co było ukryte w pomieszczeniu, które (wydawało mi się) było śmietnikiem. Przypatrzyłem się i … szczęka opadła mi z wrażenia. Urządzenie umożliwiało napowietrzny transport artykułów spożywczych do baru, który znajdował się kilkadziesiąt metrów poniżej klifów. I tak oto sobie puste kegi po piwie wędrowały „piętro wyżej”. Kliknijcie w film to ujrzycie, co i ja zobaczyłem…

Bieganie ponad tą plażą niosło ze sobą wiele wrażeń – biegło się dróżką, która czasem była odsłonięta – dzięki czemu doświadczało się potęgi nadoceanicznego wiatru, czasem biegło się dziwnymi betonowymi pozostałościami po murach, czasem na skraju pól uprawnych.

20160722_kamienie Czasem również pojawiały się łączniki pomiędzy wiejskimi drogami a nadmorskimi ścieżkami. Trafiałem na strome, pozakręcane schody w dół, by po osiągnięciu najniższego punktu wbiegać po kolejnych schodach wyżej. Traktowałem to niczym treningi przed biegami górskimi – stromizny pozwalały mi – dzięki mojej masie i spadowi – osiągać spore prędkości zbiegania.

zygzaki

Kluczyłem, przeskakiwałem po kilka stopni, zmieniałem rytm, machałem rękami przenosząc środek ciężkości tak, by nie wyłożyć się jak długi na kamieniach. Budziłem tym spory podziw turystów ciągnących z kocami i ręcznikami na plaże. Gorzej z podbiegami – ale i tak przy ich pokonywaniu byłem najszybszy.

20160722_murki

Zastanawiały mnie pozostałości murów, betonowe podesty. Czasem biegłem „tunelem”, od brzegu klifu oddzielały mnie murki wzmocnione drzewami, których gałęzie tworzyły „dach”. Tam musiałem się z turystami synchronizować na „mijankach”, bo przejście było na jedną osobę.

20160722_ja

W jednym z miejsc trafiłem nawet na tajemniczy rurociąg, który prowadził do krawędzi klifu. Czyżby ktoś po cichu wpiął się do odwiertu oceanicznego z ropą? Niewykluczone.

20160722_rura

Kilka kilometrów od hotelu trafiłem na tajemniczą plażę. Tylko kilka ręczników – brak ratownika – bardzo szerokie łachy czarnego piachu. Chciałem tam dotrzeć!

20160721_1niedostepna7

Niestety, najbardziej oczywiste zejście prowadziło do ukruszonych zębem czasu i stopami lokalnych wandali schodów.

20160721_schodki

Odgrodzonych płotem i ostrzeżeniami o straszliwym niebezpieczeństwie. Bardzo ze sobą walczyłem, żeby tam nie wleźć. Bardzo. Jedyne co mnie ostatecznie powstrzymało to … obuwie. Moje kochane buty biegowe. Gdybym ja spadł, pal licho, medycyna by mnie pewno jakoś pozszywała choćby w wersji Frankenstein 2.0. Ale buty odpłynęłyby w siną dal…

20160721_zakazy

Drugą drogą była chyba taka napowietrzna na opuszczanych linach – ale o takie wyposażenie nie podejrzewałem nawet mieszkańców miejscowości obok.

Pozostawała jakieś tajne zejście na plażę lub tunel. Którego z klifów nie było widać. Bo zejście po połamanych schodach wystających ze zboczy wydawało się ryzykowne (potem okazało się, że niesłusznie). Tak więc biegłem i biegłem dalej i dalej.

Aż dobiegłem do końca świata i ostatniej plaży – krótkiej i głęboko osadzonej w masywie klifu. 20160722_plazunia

Tam pływali na deskach surfingowych ewidentnie lokalsi (vide napis na jednym z murków – ale pobiegłem dalej, w końcu od kilku dni też byłem „lokalsem”, nieprawdaż?)

20160722_only local
– nadzorowani przez ratownika, który siedział kilka pięter nad nimi (zerknijcie na fotce widać wyposażenie ratownika) To jest to co podziwiam u Hiszpanów – kawalątek oficjalnej plaży – i już instaluje się ratownik wyposażony w zestaw ratunkowy i … zestaw chorągiewek sygnalizujących poziom zagrożenia.

20160722_ratownik

Ostatecznie do tej tajemniczej plaży nie dobiegłem. Za to wyprawa badawcza trwała godzinę i 22 minuty. Sporo!

Mapka


Całość dziesięciodniowego urlopu zakończyłem z niewielkim „przebiegiem” – raptem 30kilometrów. Ale to co zobaczyłem, czego doświadczyłem i co odczułem – jest moje. Teraz podczas długich wybiegań wizualizuję sobie na powrót hiszpańskie odcinki tras, wyobrażam, że za górką trafię znowu na bananowy raj, lub wybiegnę na krawędź klifu. To tylko mentalna zabawa, ale ze zdziwieniem rejestruję, że w takich chwilach podświadomie przyspieszam. Ciekawe dokąd uda mi się pobiec za rok?


5 Comments

  1. Iza

    Pierwsze zetknięcie z czarnym piaskiem jest… dziwne. ;) Przywiozłam go sobie trochę i stoi u nas na jedynym parapecie jaki mamy w domu. Co dobiegania, to wiesz, że ja się skutecznie opieram, ale i bez testowania na własnej skórze zgadzam się ze stwierdzeniem „co zobaczyłem, czego doświadczyłem i co odczułem – jest moje”. :) I bez testów także powiem, że podziwiam Cię, że w ogóle wskoczyłeś w biegowe buty. Krajobrazy przepiękne, rozumiem, że ciągną, ale temperatura… pod tym względem (temperatury) mgr inż. Anioł miał chyba łatwiej. :)

    • Tak, było ciepło. Ale gdy się bez pośpiechu przemierzało te wszystkie cudowności to i upał nie przeszkadzał :) Niemniej Tomek faktycznie miał temperaturowo atrakcyjniej. I kto wie, widokowo chyba też!

      • Iza

        Wiesz, ja kocham Islandię i akurat tamte klimaty były podobne, ale wcale bym nie powiedziała, że „widokowo też”. Widokowo to obaj mieliście cudnie. :D

  2. Wniosek z Twojego tekstu nasuwa się sam: bieganie to najlepszy sposób na zwiedzanie. Zapamiętam. :-) Cieszę się, że miałeś udany urlop. :-)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén