Jesień to okrutna pora roku, dzień skraca się, noc nadchodzi po zachodzie słońca, który „gasi światło” już po godzinie szesnastej, mniej więcej w tym samym czasie ludzie wracają z pracy do domów i rozpalają ogień w piecach. Od godziny siedemnastej smog zasnuwa powietrze, powietrze zaczyna śmierdzieć spalenizną, z domu wychodzi tylko ten, kto musi. 

To jest ta pora, w której samochodem wracam z pracy, od kilku dni włączam wewnętrzny obieg powietrza, to jest lepsze niż wdychanie cuchnącego powietrza z zewnątrz. Światła samochodu rozświetlają drogę przez „mgłę”, wyraźnie widać gdzie zalega smog, gdy zjeżdżam ze wzniesień, smog gęstnieje, w wyższych partiach okolicy jest odrobinę lepiej. 

Zresztą spójrzcie na mapę Airly, jak to dziś wyglądało:

Rybnik smog w listopadzie
Źródło: Airly, poziom zanieczyszczeń w Rybniku i w okolicach

Jak biegać w smogu?

Być może tekst powinienem zacząć od odrobiny teorii o szkodliwości smogu – jeśli ktoś zechce poczytać, jak to wygląda od strony naukowej, polecam mój wcześniejszy tekst:

Smog zabija bieganie
Smog zabija bieganie

Ostatnie dwa treningi wykonałem w bardzo ograniczonym zakresie, starannie wybierałem trasę, ale i to nie pomogło przy treningu szybkościowym. Zawróciłem na pięcie i potruchtałem do domu, naciągając mocniej na twarz maskę filtrującą. 

Pamiętacie pewno moje eksperymenty z maskami filtrującymi (Totobobo oraz Naroo) jak i Tomka test maski Respro? Przy bieżącym poziomie smogu, sięgającego 1000% normy, to nawet wycięcie przez filtr 90% zanieczyszczeń pozostawia zbyt dużo cząstek zanieczyszczeń, by trening miał jakikolwiek sens. 

Wcześniejszy trening wykonałem biegając odludną drogą pomiędzy polami, która prowadzi przez górujące nad okolicą wzniesienie. To był dobry pomysł, choć drogi było raptem kilka kilometrów. Biegałem w obie strony, osiągając 14 z 18 kilometrów. Trudno, więcej nie będzie, ile razy można biegać w kółko?

Dzisiejszy trening miał polegać na rozgrzewce i cyklu szybkich kilometrówek z dwuminutowym odpoczynkiem. Pojechałem z ogromną nadzieją na stadion w Wodzisławiu, wyszedłem z auta i…zawróciłem na pięcie, uciekając przed smogiem do samochodu. 

Stadion był spowity dymem. Na jego terenie niemrawo truchtali zawodnicy na treningu piłkarskim, zdecydownie nie widziałem sensu w dołączeniu do nich. 

No to do lasu!

Pojechałem kilka kilometrów dalej, do lasu, w którym często wykonuję dłuższe wybiegania i w którym ukryte są ruiny grodziska Gołężyców. Błogosławiłem moją przezorność, że do worka z ubraniami biegowymi zapakowałem latarkę czołową, tę, której niezmiennie używam od lat (firmy Tiross). 

Cztery kilometry rozgrzewki przebiegłem w spokojnym tempie, korzystając z rozjaśnionego zachodem nieba. Jednak do interwałów włączyłem już sztuczne światło latarki. 7W dioda Cree „robiła robotę” wgryzając się agresywnym snopem światła w mroki lasu.

Już przy pierwszym kilometrze wiedziałem, że nie jest możliwe utrzymanie założonego „asfaltowego” tempa, bieganie w lesie rządzi się swoimi prawami, trasa jest pofalowana, bywają koleiny i zdradliwe, ukryte pod warstwą liści, błotniste obszary.

Dwukrotnie zatańczyłem niczym pingwin na lodzie, gdy szosowy but uślizgnął się na błocie, jednak równowagę łapałem za każdym razem. Już przy drugim powtórzeniu odpuściłem zerkanie na zegarek, kierowałem się oddechem, który wyraźnie rozgraniczał tempo możliwe, od niemożliwego. 

Czołówka sprawowała się genialnie, jej jasne, mleczne światło wydobywało wszystkie nierówności terenu, nastawiłem ją na szeroki snop światła, który pozwalał na wybór alternatywnej drogi, przeskakiwałem więc w biegu z prawej na lewą stronę drogi, wybierając optymalną trasę. 

Testowo wybiegłem z lasu, aby sprawdzić stan powietrza po jego drugiej stronie — choć zabudowań było niewiele — zawróciłem z obrzydzeniem po dwustu metrach. Stała ściana dymu, przed którą las doskonale chronił. 

W powietrzu krążyły ciekawskie ćmy, a ja biegłem pełną prędkością po znanych sobie z dziennych wypraw ścieżkach. I to mnie ratowało, trasę znałem na pamięć i gdyby nie to przy dwóch rozgałęzieniach miałbym niezły zgryz, którą odnogę drogi wybrać. 

Biegaj w lesie albo nie biegaj

Po krótkim schłodzeniu dotarłem pełen radości do parkingu i wskoczyłem do samochodu. Przy obecnym poziomie smogu albo się porzuci zupełnie bieganie, albo trzeba znaleźć ustronny las i izolować się w nim od cywilizacyjnej atmosfery. 

Można oczywiście jechać na bieżnię do klubu fitness, ale królestwo dla tego, który znajdzie taką salę, w której powietrze przechodzi przez filtry, a która nie jest wietrzona otwartymi na powietrze ze smogiem oknami. 

Swoją drogą to był idealny trening szybkościowy w zróżnicowanym terenie przed sobotnim startem w „Górskiej przygodzie” w Wiśle. Trasa, którą pamiętam z dwóch poprzednich startów, przypomina bardzo tę moją dzisiejszą, leśną.