Kilka dni przed startem „Chudego Wawrzyńca”, zobaczyłem nagranie wideo rozmowy z Magdą i Krzyśkiem Dołęgowskimi, którzy opowiadali dla kogo stworzyli ten bieg. I choć zapisany na niego byłem już od dawna, to słuchając opowieści poczułem, jakby był stworzony dla mnie. Nie za długi, nie za trudny, w pięknym miejscu, w sam raz by zarazić górskim bieganiem maratończyka „szosowego”. Za metą poczułem się już „chory na góry” i dwa dni później niczym wygłodniały wilk szukający kolejnej ofiary, zapisałem się czym prędzej na długi górski bieg we wrześniu. Ale po kolei.

Do biegu nie przygotowywałem się specjalnie. Po solidnym trenowaniu między innymi do wiosennych maratonów w Rzymie i w Kopenhadze oraz przebiegniętym po raz drugi półmaratonie na Babiej Górze pozwoliłem sobie na wakacyjną przerwę w trenowaniu. Biegałem na luzie, traktując start w Chudym jako przygodę i odpoczynek od ścigania się z minutami.


„Chudy” Wawrzyniec 50+, relacja

W upalny dzień poprzedzający start, wraz z biegowymi przyjaciółmi Piotrem i Michałem wyruszyliśmy w drogę do Ujsoł. Bez problemu odszukaliśmy biuro zawodów, przy którym powitała nas mapa przypominająca, że łatwo nie będzie.

Szybko odebraliśmy numery startowe oraz pakiety, bardzo konkretne i bez zbędnej makulatury. Jeszcze tylko spaghetti w przy rondzie i chwilę później szykowaliśmy już ekwipunek w małym pensjonacie w Zwardoniu, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg.

Nieskutecznie próbowaliśmy zasypiać, kibicując naszym lekkoatletom na mistrzostwach świata. Za to skutecznie postawiły nas na nogi budziki i na czas zameldowaliśmy się na starcie. W powietrzu czuć było atmosferę biegowej przygody i zbliżającej się burzy.

Ale żadne słowa nie opowiedzą Wam tego co było dalej tak, jak obraz. Więc tych, którzy mają ochotę w przyśpieszonym tempie przebiec ze mną Chudego 50+ zapraszam do obejrzenia mojej wideo relacji (również w wersji z napisami dopisanymi przez Pawła, dla osób niesłyszących).

Daliście radę obejrzeć ? Jeśli tak, to opowiem jeszcze o tym, o czym nie był mowy w filmie.

Bieg, mimo że dużo dłuższy niż półmaraton na Babiej, mnie wydał się łatwiejszy. Trasa była bardziej zróżnicowana, przez to jakby mniej żmudne było jej pokonywanie. Nie było, przynajmniej na dystansie 50+, bardzo stromych podejść, ani zwłaszcza karkołomnych zbiegów, z którymi sobie kompletnie nie radzę.

Bardzo podoba mi się pomysł z ograniczoną liczbą punktów żywieniowych. Góry to góry, a nie stołówka, więc słusznie, że między schroniskami jesteśmy zdani na siebie. Za to poczęstunek na Przegibku nagradza cierpliwych. Nigdy nie przybiegłem tak głodny na pit-stop! Dwie drożdżówki wciągnąłem od razu, potem trochę owoców i orzechów, a na koniec jagodowe delicje. Właściwie mógłbym tam zostać i zjeść wszystko, takie było dobre :-)

Trasa była bardzo dobrze oznaczona, mimo że wrzuciłem track do zegarka, to tylko raz musiałem na niego spojrzeć rozwiewając wątpliwości biegnącego obok chłopaka.

Warunki były trudne, ale bez przesady. Dużo gorzej byłoby biec w upale, więc mnie osobiście deszcz nie przeszkadzał. No może trochę błoto, zwłaszcza na wąskich i stromych ścieżkach.

fot. Fotomaraton.pl

 

fot. Fotomaraton.pl

Za metą czekały mnie dwie niespodzianki. Po pierwsze gratulujący mi Krzysiek! Gość, który wbiegł na Babią 6x i jeszcze zmieścił się w limicie. Dla takiego przedszkolaka ultra jak ja – po prostu idol :-)

A zaraz potem gulasz marzenie. Albo był tak pyszny, albo ja tak głodny, a najprawdopodobniej i jedno i drugie. Trochę zawodów już przebiegłem, ale tak dobrego posiłku regeneracyjnego jeszcze nie jadałem.

Później „Mycie wstępne”. Świetna zabawa :-) Młodzi i starzy, szybcy i wolni, ale wszyscy tak samo ubłoceni i uśmiechnięci.

I tylko szkoda, że nie ma pamiątki z biegu, która mogłaby zawisnąć obok innych. Nie chodzi o medal, ale choćby o symboliczny kawałek drewna, jak ten z Babiej, który można umieścić między tymi z innych zawodów. Żeby przypominał jak świetnie jest na Chudym.  Za rok przyjadę na pewno i to już na dłuższy dystans. Chętnie wpłacę i na cel charytatywny i na pamiątkę na sznurku.

Na koniec podziękowania dla organizatorów, wolontariuszy i współbiegaczy. Dobrze było Was spotkać i powalczyć na trasie. Może wkrótce się spotkamy w Radkowie, na Łemkowynie lub na jakimś, tym razem szosowym, maratonie ?