Chudy Wawrzyniec 80+ relacja


To było moje trzecie starcie z Chudym. Za pierwszym razem, przed dwoma laty, był to mój pierwszy bieg na dystansie ponadmaratońskim. Moją relacje z biegu i film możecie zobaczyć tu. Rok później wróciłem, niestety zmyłka na trasie i po raz drugi skończyłem na dystansie 50+. Tym razem, do Rajczy i Ujsoł przyjechałem zdecydowany, by pokonać najdłuższy z dystansów na tych zawodach.

Drugi rok z rzędu nocleg zarezerwowałem w Hotelu Beskid w Milówce. Szybko załatwiłem sprawy w biurze zawodów. Nie dało się odczuć, że bieg ma nowych organizatorów. To doświadczona ekipa i byłem pewien, że świetnie sobie poradzą. A obecność Krzyśka Dołęgowskiego na stoisku Inov8 sprawiała wrażenie, że wcale nie zmieniło się tak wiele.

To był mój piąty długi bieg na zawodach w tym roku. Po mokrej SUT50, startowałem jeszcze w Beskidzkim Toporze, Maratonie Madryckim i Visegrad Ultra. Potem jednak był długi odpoczynek na urlopie i tylko dwa trzydziestokilometrowe treningi w Beskidach. Byłem jednak pewien, że z dystansem sobie poradzę, choć pierwszy raz w życiu miałem uczestniczyć w zawodach dłużej niż 9 godzin.

Żywienie, żywienie, żywienie, powtarzałem sobie w myślach przed startem. Zastanawiałem się, co jeszcze oprócz posiłków na punktach odżywczych sobie sprawić. Chciałem jak najmniej używać żeli i innych sztuczności. Wpadłem na pomysł, który się sprawdził — duży andrut, zrobiony z suchych wafli i słonego karmelu, pokrojony na 8 długich porcji. Zamierzałem też pospać, choć kilka godzin przed pobudką o 2:30, ale jak zawsze emocje przedstartowe zmieniły noc w wieczne kręcenie się w pościeli.


O 3:40 zameldowałem się w Rajczy. Zrobiłem sobie jeszcze fotkę z Krzyśkiem, który po raz pierwszy stanął wśród nas, na starcie. Później chwila w skupionym tłumie i start przy odpalonych racach oraz kilka pierwszych kilometrów po asfalcie.

Potem zaczęło się wzniesienie, zmierzaliśmy na Rachowiec i po raz pierwszy Chudy okazał się łaskawy i pokazał piękne góry o świcie. Dwa lata temu była burza, rok temu mgła, a w tym roku aż chciało się zatrzymać i fotografować.

fot. ze strony organizatora

Biegłem spokojnie, teraz już wiem, że zbyt zachowawczo. Ale postanowiłem zachować dużo sił na drugą połowę trasy. Spokojnie zatrzymałem się na lemoniadę i kawałek ciasta w schronisku na Wielkiej Raczy, a później ruszyłem w kierunku Przegibka, gdzie znajdował się pierwszy punkt żywieniowy. Pamiętam, że… ziewałem. Tak wiem, dziwne. Też nie przypuszczałem, że da się zwiewać biegnąc, ale widać byłem mocno niewyspany. Ten kawałek trasy dłużył mi się nieco, dla mnie ten bieg miał się zacząć dopiero od rozdzielenia dystansów na Wielkiej Rycerzowej.

Z czasem 5:48 zameldowałem się na punkcie na Przegibku, to był 36 kilometr i z radością pokosztowałem przysmaków, jak co roku czekających tu na biegaczy. Zwłaszcza jagód z bitą śmietaną.

Po odpoczynku ruszyłem zdobywać Wielką Rycerzową. Założyłem sobie, że na szczycie powinienem być z czasem 7 godzin, mając godzinę zapasu nad limitem. Gdybym biegł dystans 50+ byłbym tu pewnie godzinę wcześniej, ale tak jak już wspominałem, z pokorą podchodziłem do tego, co czekać mnie będzie na drugiej czterdziestce.


Jak postanowiłem — tak zrobiłem, z czasem 7:01 informowałem stojących na punkcie rozdziału tras, że ruszam na 80+ i pognałem w dół. O wiele mniej zawodników było na trasie, szybko znalazłem się na dole i zaczęło się bardzo strome, lecz krótkie (130 m) podejście.

W głowie jednak miałem już Oszusta. Dużo się nasłuchałem o tym szczycie i mocno nastawiałem się na niego. Właściwie to wiedziałem, że za nim, już nic mnie nie zatrzyma. Od tego momentu zacząłem raz po raz kogoś doganiać. Do końca trasy wyprzedził mnie już tylko jeden biegacz, a ja minąłem kilkunastu, może nawet dwudziestu.

Trasa w drugiej części generalnie nie była łatwa, ze względu na wiatrołomy. Masa przewróconych drzew wymagała to obejścia, to przejścia nad lub nawet pod leżącym pniem. Wielkie ukłony dla organizatorów za wspaniałe oznakowanie tych miejsc. Owszem, trzeba było zwolnić, zatrzymać się, ale dzięki znakom, nie trzeba było eksperymentować, którą drogę wybrać.

W końcu dotarłem pod Oszusta! I faktycznie, podejście zacne. Strach pomyśleć co by było, gdyby było tu błoto. Ale na suchej nawierzchni wystarczyło spokojnie napierać, by po kilkunastu trudnych minutach wdrapać się na szczyt.

Tu rozluźniłem się i zacząłem radośnie zbiegać. Chwila nieuwagi podczas pociągania wody z soft-flaska, odwrócony wzrok, jakaś gałąź na drodze i ani się obejrzałem, wywinąłem orła z przewrotką w przód. Ale szczęśliwie były tylko otarcia i naciągnięty nadgarstek. Nic to, trzeba zbiegać w dół.

Wkrótce dopadł mnie kryzys. Był może 57 km. Oczywiście wiem, skąd się wziął. Żywienie, żywienie, żywienie. Wafle i żele to było za mało. Byłem głodny i opadałem z sił. Puściłem sobie w słuchawkach Wolną Grupę Bukowina i postanowiłem nie myśleć, jak się czuję, ale jak najszybciej dotrzeć do 60 km i punktu żywieniowego numer 2 na przełęczy Glinka. Czas 10:35, a więc 1,5 godziny przewagi nad limitem. Ucieszyłem się, bo to znaczyło, że nie tracę, tylko nadganiam.

Gdy tam dotarłem, zdecydowałem, że muszę porządnie zjeść. Pochłonąłem 3, słownie trzy, bułki z serem i kiełbasą. Zjadłem kilka kawałków kabanosów i wypiłem chyba litr coli. Generalnie później wyliczyłem, że na całym dystansie wypiłem około 12-13 litrów płynu. Nie odwodniłem się, bo w ciągu tego dnia 3 razy stawałem na siku i poza tą chwilą głodu, ani przez moment nie czułem się słabo. Podczas jedzenia zdjąłem buty i dałem chwilę odpocząć stopom.

Po około 25 minutach postoju poprosiłem o wylanie na głowę paru litrów zimnej wody i z uśmiechem na ustach ruszyłem w górę. To był super moment. Czułem się świetnie, nogi dawały radę, po jedzeniu wróciła energia, przede mną było już tylko około 23 km i wiedziałem, że tylko upadek czy kontuzja może mnie powstrzymać przed dotarciem do mety.

Podejścia kolejno pod Hrubą Buczynę, Trzy Kopce i Halę Lipowską. Przepiękne widoki i wciąż dużo siły. Chyba najfajniejszy moment biegu.

fot. ze strony organizatora

Ani się obejrzałem, zaczął się około siedmiokilometrowy zbieg do mety. Miejscami trasa super łatwa, to znów trochę luźnych kamieni. Nogi miałem zaskakująco mocne, powoli mijałem innych zawodników, czasem zamieniając kilka zdań po drodze. Z kolegą z Warszawy zrobiliśmy sobie nawzajem fotki na 80-tym kilometrze.

W głowie wyliczyłem sobie, że jeśli trasa ma faktycznie 82 kilometry, to dobiegnę poniżej 15 godzin. Ale wiedziałem, że zegarek jak zwykle jest optymistą i pokazuje nieco więcej. Gdy więc na drzewie zobaczyłem znak 4 km, a u mnie było już powyżej 80, wiedziałem, że będzie nieco gorszy czas. Ale pędziłem, ile umiałem, wypatrywałem kogoś z przodu i doganiałem, nawet na ostatnich 500 m, gdy było już widać kościół w Ujsołach. Dziewczyna przy drodze krzyknęła, że koniec blisko, odkrzyknąłem, że szkoda. I faktycznie, było mi szkoda, że ten bieg się kończy. W tamtej chwili czułem, że gdyby trzeba było biec kolejne 20 km i zrobić 100 km, dałbym radę.

Chwilę potem, trzeci rok z rzędu wbiegłem na mostek przed metą. Pierwszy raz jako uczestnik biegu 80+. Czas końcowy 15:05, miejsce 103. Jak na pierwszy tak długi bieg, chyba wstydu nie ma. Z perspektywy wiem, że godzinę mogłem urwać, bo na mecie nie czułem zmęczenia większego niż po innych biegach. Następnym razem zrobię to szybciej.

fot. ze strony organizatora

Bieg jak co roku świetnie zorganizowany, trasa bardzo różnorodna i urozmaicona. To dobre zawody by zacząć spotkania z biegami ultra. Bo to, chyba już było prawdziwe ultra.


A na koniec historyjka. Skończyłem bieg o 19:05. Wypiłem 3 szklanki pysznego kompotu, nie chciało mi się jeść ani odpoczywać. I już 19:15 postanowiłem dostać się do Rajczy, gdzie przy starcie miałem samochód. Autobus powrotny miał być o 20:00, więc nie chciałem czekać. Pomyślałem, że wyjdę na drogę i pomacham, może ktoś weźmie biegacza.

Kilka kroków i widzę wyjeżdżający z parkingu samochód, kierunkowskaz włączony w stronę Rajczy. Podbiegłem i pukam do okna. W środku dziewczyna i chłopak, z tyłu pusto. Pytam „Jedziecie do Rajczy?”, „Tak”, „Weźmiecie mnie?”, „Weźmiemy!”, „Ale jestem cały mokry i śmierdzę”, „To nic, jesteśmy przyzwyczajeni”.

Chwilę potem jedziemy, dziewczyny nie widzę, bo siedzę za nią. Chłopak pyta, co biegłem, mówię, że 80km, on też ma na ręce czarną opaskę. Potwierdza, że biegł 80, a Ewka wyjątkowo 50. Wtedy Ona opowiada, że trasa 50 mniej urozmaicona niż 80. Pytam skąd są, mówią, że z Krynicy. Mówię, co biegnę następne, chwilę rozmawiamy. W Rajczy wysiadam i dziękując obiecuję, że przy następnej okazji ja Ich podwiozę.

Po powrocie do domu, oglądam pierwsze zdjęcia i doznaję olśnienia. To byli Ewa Majer i Bartek Gorczyca! Każdy, kto biega w górach, wie kto to i nic więcej nie muszę pisać. Wybitni zawodnicy i przemili ludzie.

Dzień później napisałem do Ewy na FB, że nie poznałem, czyli jednak byłem zmęczony. Ewa odpowiedziała, że fajnie było tak pobyć incognito. A ja odpowiem, że fajnie było z nimi porozmawiać, jak biegacz z biegaczem. Góry łączą, niezależnie czy jesteś mistrzem, czy przeciętniakiem, świetnie być na takich trasach razem!


mgr inż. Anioł

...tak zostałem "ochrzczony" po jednym z biegów. Mgr inż. jestem prawdziwy. Anioł ze mnie żaden :-) Zostałem zarażony przez przyjaciela pisaniem o swojej pasji i od czasu do czasu popełniam jakiś wpis związany z bieganiem i tym co wokoło i przy okazji.

Może Ci się również spodoba

3 komentarze

  1. Adaś S. pisze:

    Narracja – jak to u Tomka – na wysokim poziomie. Zawsze w trakcie czytania tych relacji czuję jakbym to ja biegł i przeżywał te emocje.

  2. mariusz pisze:

    Jak zwykle świetna relacja z biegu, chociaż tym razem „za mało przygód”…taki mały żarcik……
    Gratulacje z tak dobrej formy i dobrego wchłaniania ….

  1. 18 października 2019

    […] pierwszej połowie sierpnia pobiegłem Chudego Wawrzyńca 80+, miałem w planach jeszcze Leśnik Maraton trzy tygodnie później. Pojawiłem się na starcie, ale […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.