Siedem tygodni po napisaniu relacji z Maratona di Roma, po raz kolejny korzystam z gościnności Bookworma, by podzielić się z Wami wspomnieniami z maratońskiego startu. Tym razem biegowe szlaki zawiodły mnie na północ, do Kopenhagi.


Pomysł na Kopenhagę

Był 21 marca tego roku, do startu w Rzymie pozostawały niecałe dwa tygodnie.  Wczesnym wieczorem przeczytałem mail i równocześnie informację na komunikatorze od moich dwóch biegowych przyjaciół – Michała i Piotra. Brzmiała ona w skrócie: „zapisaliśmy się na maraton do Kopenhagi, wynajęliśmy apartament, jedź z nami!”

Mamy za sobą kilka wspólnych startów i wiele przegadanych w swoim towarzystwie długich wybiegań. Obaj Panowie pojawiali się już w naszych relacjach. Piotr dla przykładu w tej z 31 Venice Marathon,  a Michał z niedawnego Półmaratonu Marzanny. Musielibyście ich poznać, by szybko zrozumieć, że biegu w TAKIM towarzystwie się nie odmawia :-) Wieczorem byłem już zapisany na start i miałem kupione bilety lotnicze z Krakowa do Kopenhagi !

Wkrótce potem dowiedziałem się, że do naszego grona dołączą jeszcze drugi Piotr, którego poznałem na maratonie w Paryżu oraz drugi Tomek. Pięcioosobowa ekipa gwarantowała świetną zabawę, sportową motywację, a dla mnie jako najmniej doświadczonego w tym gronie maratończyka miała być kolejną okazją do uczenia się od lepszych !


Dzień przed startem

Późnym wieczorem w piątek 19 maja wylądowaliśmy w stolicy Danii. Szybko przejechaliśmy do wynajętego przez Michała wygodnego apartamentu na przedmieściu. Przegadaliśmy resztę wieczoru, a rano po sutym śniadaniu wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta, połączone z odebraniem pakietów startowych.

Czas nas przedstawić.  Od prawej Piotr (którego by uniknąć dublowania imion będę nazywać Zygi), dalej Michał, Tomek, Piotr, no i na dole ja, czyli mgr inż. Anioł.

Kopenhaga zaciekawiła na od samego początku. Już środki transportu różniły się od tych widywanych na naszych ulicach. Stada podłączonych do internetu rowerów ze zintegrowanymi tabletami…

… metro poruszające się bez maszynisty…

…zaintrygowały nas na tyle, że Zygi próbował nawet dosiąść starej Vespy :-)

Ta jednak nie chciała odjechać i resztę drogi do biura zawodów przebyliśmy pieszo, mijając między innymi starówkę, katedrę pw. św Albana czy odwiedzając symbol miasta – Syrenkę.


Około 16:00 dotarliśmy na Expo. Odebraliśmy nasze numery startowe, wybraliśmy rozmiary koszulek Nike, będących w pakiecie i chwilę spędziliśmy na stoiskach sprzedawców.

Później jeszcze pizza we włoskiej knajpce, lody i powrót do apartamentu. Wieczorem każdy z nas odprawiał swoje przedstartowe czary, przygotowując sprzęt, rozciągając się i planując taktykę.

Trasa maratonu miała być dość płaska, z częścią pętli powtarzającą się na początku i na końcu biegu.

Wiedzieliśmy, że nie pobiegniemy wszyscy razem. Tomek zamierzał zrobić kwalifikację na Boston i pobiec w okolicach 3:10. Zygi, który nie traktował startu jako docelowy, zadeklarował, że poprowadzi Michała i mnie na pobicie życiówek, a więc wyniki w okolicach 3:40. Piotr z kolei zamierzał być aktywnym kibicem i zarówno Tomkowi jak i nam pomóc, dołączając jako pacemaker-motywator na ostatnich kilometrach biegu.

Umówiliśmy się z Zygim i Michałem, że pobiegniemy w tempie 5:05-5:10, żeby zrobić sobie nieco zapasu na chwile, gdy zabraknie sił w końcówce. Ustalenia zapadły przy talerzu pene z sosem pomidorowym. Mnie roznosiły emocje, wieczorem postanowiłem potruchtać jeszcze 3 km, próbując jednocześnie myśleć o wszystkim, tylko nie o maratonie.


Start biegu

Niedzielny poranek 21 maja powitał nas słoneczną pogodą. Zapowiadał się dzień cieplejszy niż sobota. Prognozy przewidywały temperatury w okolicach 16-18 stopni i raczej bezchmurne niebo. Zjedliśmy śniadanie, każdy według swoich zwyczajów i przyzwyczajeń. Potem jeszcze chwila kontemplacji i byliśmy gotowi.

Start był o 9:30, więc o 8:15 udaliśmy się na pobliską stację metra, każdy moment wykorzystując choćby na delikatne rozciąganie.

Przed 9:00 byliśmy na miejscu startu, położonym nad wodą.

Na niewielkim terenie, tłumy biegaczy oddawały swoje rzeczy do depozytu, rozgrzewały się lub pozbywały zbędnego balastu w toi-toiach. Pożegnaliśmy się z Piotrem i Tomkiem, po czym zajęliśmy swoje miejsca w strefach startowych. Nasza trójka pomiędzy pacemakerami na 3:30 i na 3:40. Atmosfera była bojowa, co widać na poniższym zdjęciu i krótkim filmie ze startu i pierwszych kilometrów biegu.

Przyznam, że biegnięcie za Zygim było prawdziwą przyjemnością. Nie trzeba było patrzeć na zegarek, wybierać najlepszej trasy, po prostu w komforcie przemierzaliśmy trasę w trójkę wymieniając się spostrzeżeniami.

O tym, czy udało nam się osiągnąć cele przeczytacie w drugiej części relacji.