Między 5 i 21 km

W pierwszej części relacji z maratonu w Kopenhadze mogliście przeczytać o dniu przed startem i rozpoczęciu biegu. Rozstaliśmy się po pierwszych 5km, które trójka biegaczy pokonała w czasie 25:50, nieco powyżej planu, ze względu na tłum na początku trasy.

Dalej biegliśmy zgodnie z założeniami, kolejny 5-kilometrowy odcinek pokonaliśmy w czasie 24:59, nadrabiając tym samym zaległości. Niedługo potem, na 12. km w okolicach starówki czekał na nas Piotr. Nie tylko żywiołowo nas dopingował, ale również zarejestrował nasz przelot. Zygi z radości zgubił telefon i był zmuszony wykonać figurę akrobatyczną w biegnącym tłumie :-)

Mimo, że robiło się coraz cieplej, trzymaliśmy tempo, kolejne 5 km pokonaliśmy odpowiednio w czasach 25:55 i 25:39. Na punktach z wodą, rozstawionych co 3 km nie tylko piliśmy, ale wylewaliśmy sobie na głowy po 2-3 kubki. W miejscach tych robił się spory tłok, biegacze nie zawsze przestrzegali zasady, by odejść od stołu, gdy już wzięli co trzeba stawali w miejscu i powstawały korki. Nasza trzyosobowa grupka gubiła się wtedy i zajmowało nam kilkaset metrów, by znów się odnaleźć i biec obok siebie. Na dystansie półmaratonu zameldowaliśmy się z czasem 1:47:48.

Oto krótki film z 20. kilometra. Nie dziwmy się, że Zygi biegnie tyłem w trakcie nagrywania. Dla Niego to już 31. maraton, na dodatek w tempie spacerowym, jak na Jego możliwości. My z Michałem sapaliśmy zdecydowanie bardziej, ale humory dopisywały :-)


Między 21. a 35. km

Niestety jakiś czas potem Michała dopadł lekki kryzys. Uzgodniliśmy z Zygim, że zostanie z nim, żeby pomóc mu przetrwać ten moment, a ja pobiegłem dalej sam, próbując utrzymywać tempo pomiędzy 5:05 – 5:10. Od razu poczułem jak wiele dawał „prywatny” pacemaker. Zacząłem myśleć, patrzeć na zegarek. Obracałem się do tyłu, szukając chłopaków wzrokiem. Nie byłem pewny czy dojdą mnie razem. Zakładałem, że tak czy inaczej Zygi przyśpieszy i dogoni mnie na tyle szybko, żeby jeszcze pociągnąć mnie na końcówce, a samemu zrobić wynik, o którym wspominał, a więc 3:33:33.

Ja tymczasem nadal czułem się dobrze. Nie było tych wszystkich przeciwności, które spotkały mnie w Rzymie. Tętno lekko przekraczało 150 ud/min, nic mnie nie bolało, poza dyskomfortem w rozcięgnie podeszwowym prawej stopy, na twarzy miałem uśmiech, który wciąż powodowali żywiołowo reagujący kibice. Niech Was nie zmyli stereotyp, że Duńczycy to zimni ludzie północy. Dopingowali równie głośno jak Włosi czy Francuzi, a na dodatek miałem wrażenie, że jest ich więcej. Wielokrotnie słyszałem z tłumu wołane moje imię i często podnosiłem ręce, bijąc brawo stojącym wzdłuż trasy ludziom.

Upał jednak dawał się we znaki, wielu zawodników słabło, ja wciąż przesuwałem się do przodu i, jak później zobaczyłem na oficjalnych wynikach, pomiędzy startem i metą przesunąłem się o prawie 850 pozycji w przód. Widziałem też osoby leżące przy trasie, którymi opiekowały się służby zabezpieczające maraton. Oto moje nagranie z 30. i 35. km biegu.


Końcówka i meta

Odcinek pomiędzy 25. a 30. km pokonałem w 25:14, następny już nieco wolniej bo 26:54. Zjadłem tym samym jedną z trzech minut zapasu jakie miałem. Im dalej tym było trudniej. Nogi stawały się sztywne. Nie zwalniałem jakoś dramatycznie, ale zaczęło się momentami pokazywać tempo w granicach 5:20-5:30, a za 37. km nawet 5:45. Zacząłem mieć obawy, czy zdołam dobiec, gdy na zegarze będzie jeszcze 3:40. To wciąż zadziwiające mnie uczucie, gdy nagle 7 km przed metą zaczynam zwalniać, choć wydolnościowo czuję się super. Nogi jednak, nie chcą już biec jak wcześniej.

Na 39. km czekał ratunek, dołączył do mnie Piotr, zdziwiony tym, że biegnę sam. Opowiedział mi o tym, że Tomek dobiegł do mety ze świetnym czasem 3:08 (później okazało się, że był najlepszym z Polaków startujących w tym biegu). Piotr biegł przede mną, podawał mi tempo, dopingował! Jednak ja nie potrafiłem utrzymać kroku. Zostało 2 kilometry do mety, gdy dogonił mnie Zygi. Widząc gdzie jestem i jaki jest czas zrezygnował ze swojego celu i w całości poświęcił się motywowaniu mnie. Piotr w tym czasie został by czekać na Michała i Go wspomóc.

Zygi wiedział jak ze mną postępować. W krótkich żołnierskich słowach przekazywał co myśli o tym, że jestem zmęczony,  nakazywał biec mimo wszystko, nie oglądając się na nic. Mój zegarek pokazywał wtedy nieprawdziwy czas, ponieważ podczas jedynego na trasie postoju na siku włączyła mi się autopauza i powstało kilkadziesiąt sekund różnicy. Zygi natomiast wiedział, że aby zdążyć poniżej 3:41 muszę na ostatnich metrach dać z siebie wszystko. Zrobił co mógł i nie wiem jakim cudem, ale rozpędziłem się na końcówce do tempa poniżej 4:20, mimo, że człapałem jak pokraka na drewnianych nogach.

Nagrania, które jest poniżej nie zapomnę nigdy, to ostatnie metry biegu, moja walka i doping Zygiego. Film jest dla mnie wzruszający, ale uwaga, jest przeznaczony wyłącznie dla widzów dorosłych :-)

Ostatecznie ukończyłem bieg z czasem 3:40:51, poprawiając życiówkę o ponad 3 minuty. Nie umarłem za metą, co pokazuje mini wywiad nagrany chwilę po jej osiągnięciu. Czułem się świetnie,  po raz pierwszy na mecie maratonu byłem uśmiechnięty.

Wiedziałem już, jak dużo dała pomoc Pani dietetyk, dzięki której, od czasu maratonu w Rzymie straciłem ponad 5 kg. Nieoceniona była pomoc przyjaciół na trasie. Po raz kolejny przesunąłem granicę, za którą nogi mi słabną, ale wierzę, że mam jeszcze dużo rezerw.


Po biegu

Parę minut po mnie, do mety dotarł Michał, niestety bez życiówki, ale o ile go już zdążyłem poznać, to tylko stan przejściowy. Jestem pewien, że w następnym starcie to mu się uda.

Chwilę odpoczęliśmy i zrobiliśmy pamiątkową fotę…

i na mecie Kopenhaga Maraton

…by niedługo potem, po kąpieli i przebraniu ruszyć w Kopenhagę i świętować nasze sukcesy.

Podczas rozmów ustalaliśmy kolejne plany. Z całą pewnością przed nami jeszcze wiele wspólnych startów.

Następnego dnia nadal zwiedzaliśmy miasto, podziwiając zabudowę, organizację ruchu dla rowerzystów….

…by wreszcie skończyć naszą trasę odpoczywając w pięknym parku.


Dzięki Panowie za ten wyjazd, za wsparcie i motywację ! Teraz przerwa w maratońskich startach na kilka miesięcy, ale nie przerwa w bieganiu. Już 10 czerwca wystartujemy z Bookwormem w 1/2 Sky Marathon Ultrababia, a dwa tygodnie później w półmaratonie w Ołomuńcu.