Droga do 31 Venice Marathon


[Paweł] :

No i stało się. Za 9 dni, czyli 23 października o godzinie 9.40 stanę na starcie maratonu w Wenecji. Z każdym dniem napięcie rośnie; gdy patrzę na siebie rano w lustrze, widzę w oczach nieme pytanie:

Czy dam radę?

I zastanawiam się jak do tego doszło, że w dwa lata od rozpoczęcia biegania zmierzę się z królewskim dystansem. Choć moment. Chyba już wiem! Od początku, od samego momentu zapisu na maraton tłukło mi to się po głowie i wreszcie zeskoczy na klawiaturę. Otóż w przedszkolu, choć zachowywałem się jak aniołek, jedna z salowych ochrzciła mnie mianem „Półdiablęcia weneckiego”. Nie wiem za co, może to jednak na cześć powieści Kraszewskiego?

[Tomasz]:

Skoro Paweł stanie na starcie to, jak można się spodziewać, ja również :-) Jestem dużo spokojniejszy, bo będzie to mój czwarty bieg maratoński. Za to bardzo skupiony na wyniku, który chcę osiągnąć, pełen wiary w to, że dziesiątki godzin treningów i setki przebiegniętych podczas przygotowań kilometrów przyniosą skutek w postaci mocno poprawionego rekordu życiowego. Wiem co mnie czeka, wypatruję chwili by pokazać samemu sobie, że znów mogę więcej.


Maraton, dlaczego „tak?”

Powodów by stanąć na starcie takiego biegu jest wiele. Napiszę o tych, które dla mnie są najważniejsze. Części z tych argumentów używałem kusząc Pawła by towarzyszył mi w tym wyzwaniu, aby wspólnie przekroczyć granicę, która kilka lat temu wydawała się nam obu nieosiągalna.

Dochodząc do chwili, gdy pokonanie 10, 15 czy 21 kilometrów staje się niemal codziennością, potrzeba wyzwania, które sprawia, że na mecie pojawia się radość i duma z samego siebie. Wyznaczenie takiego celu motywuje później każdego dnia. Sprawia, że chce się wyjść na trening w ciemny deszczowy wieczór, albo z bolącym ścięgnem, po ciężkim dniu, czy nie przespanej dobrze nocy.  I nie ma przebacz, i nie da się być „miętkim”, bo przecież gdzieś tam w przyszłości widać CEL.

Są tacy, którzy przebiegają maraton raz w życiu. Chcą sprawdzić czy potrafią, realizują zadanie, ale więcej do tego nie wracają. Ja stałem się nałogowcem. Chwile na 38 kilometrze gdy w głowie kłębią się myśli „po co Ci to durniu!”, od tych za metą, gdy zaczyna się tęsknić za tym, co przed chwilą się skończyło, dzieli od siebie kilkanaście minut. Właśnie na te kilkanaście minut warto czekać.

Gdy w kwietniu tego roku wróciłem z maratonu w Paryżu, poczułem tak mocny głód kolejnego celu, że nazwałem to opisaną na blogu depresją biegacza. Wtedy zjawił się w głowie pomysł by kolejny raz zmierzyć się z dystansem 42195 m jesienią. Szukałem atrakcyjnego biegu w ciekawym mieście, w klimacie, który na przełomie października i listopada będzie sprzyjał biegaczom. Tak padł wybór na Wenecję, jedno z miast, które podczas wcześniejszych wizyt mnie urzekło i które wydaje się wręcz stworzone, by NIE umiejscowić w nim finiszu maratonu. Bo niby jak? Na wodzie? :-)

Od razu też, zacząłem podkopywać pewność Pawła, że to dystans nie dla Niego. Widziałem jak biega połówki, byłem pewien, że odpowiedni trening sprawi, że będzie gotów również na dystans dwa razy dłuższy. Długo nie trzeba było go namawiać i miło było patrzeć z jakim entuzjazmem zaakceptował ten pomysł oraz z jakim zapałem i zaangażowaniem trenował.

Ucieszyłem się. Fajnie będzie mieć przyjaciela maratończyka :-)

Maraton, dlaczego „nie”?

Bez wątpienia tak było, jak opisał to mój czcigodny przedpiszca. Mój pierwszy start na 10km był przemyślany. Ale już żeby zmierzyć się z półmaratonem, musiałem zostać zmotywowany. Tomek dokonał tego w sposób perfekcyjny, ani nie miauknąłem, gdy pojawiłem się na starcie półmaratonu w Żywcu. Raz już ten dystans treningowo przebiegłem, wiedziałem, że dam radę i oficjalnemu. Ale przebiec 42 km? To potrafią tylko herosi, tacy z filmów Marvela. Tu przypomnę, że takim herosem jest właśnie mgr inż. Anioł – oto zdjęcie z ubiegłorocznej „Moczki i makówek”. Voila!

Bieg po moczkę i makówki relacja

Dlatego bardzo długo* opierałem się myślom o starcie w maratonie. Ja? I maraton? W życiu! To przecież „zabawa dla dużych chłopaków”. Biegaczy. Profesjonalistów! Przecież przebiegnięcie maratonu to w moim wypadku dość wymyślna próba samobójcza.

Ale Tomasz bardzo umiejętnie potrafi siać motywujące ziarenka niepewności, które chytrze kiełkują i podważają moje, wypracowane latami, postanowienia. Ani się obejrzałem a pancerz moich „nie” zniknął. Pozostały tylko wokół pordzewiałe blachy. A że w planie miała być Wenecja, w której jeszcze nigdy nie byłem (ba, nawet nie było mnie w słonecznej Italii!), co było robić? Pozostało się zapisać. I wziąć się do konkretnej roboty.

Potrzebowałem: dobrego planu treningowego i … pisemnego pozwolenia na bieg. Tak się składa, że Włosi, przy wszystkich biegach długodystansowych, wymagają albo licencji lekkoatletycznej, albo zaświadczenia o stanie zdrowia. Pisemnego!

Działania wdrożyłem dwutorowo. Podczas, gdy Tomek ćwiczył w zapamiętaniu swoje bardzo ambitne plany biegowe ja trenowałem z Inżynierią.

* ) to zdanie pokazuje, że czas naprawdę jest względny :-)

Treningi Bookworma

Co prawda Tomek był gotów podjęcia się trenowania mnie, na bazie swoich planów, ale ja wcale nie byłem pewien czy ja to przeżyję. Wybrałem lżejszą opcję (tak mi się wówczas wydawało) i udałem się do Inżynierii Biegania. Z tego powstał całkiem fajny cykl wpisów, choć nie tak porywający jak „kroki” Tomka na drodze do maratonu w Paryżu – było ich piętnaście i stanowią jeden z najciekawszych cykli opowieści biegowych, jakie znam.

Inżynieria Biegania w osobie Radka tworzyła coraz to nowe plany, sięgałem wysiłkowo coraz dalej i dalej, budując wytrzymałość i układając sobie bieganie w głowie. Uczyłem się biegać powoli ale wytrwale. Uczyłem się też biegać szybko. Na stopniowanym zmęczeniu. Przy okazji poprawiłem też kilka życiówek, ale to zupełnie mimochodem. Poważnie zacząłem wierzyć, że mam szansę ukończyć maraton, dopiero po starcie w biegu górskim 1/2 Sky Marathon Babia Góra. Byłem na trasie ponad 4 godziny. 1450m pod górę, 23,5km w nogach. Od 18km na bardzo zmęczonych nogach. Czasowo to akurat maraton.

Ostatnio też zauważyłem, że trochę mnie ubyło. Po raz pierwszy od czasów liceum moja waga zaczyna się od cyfry „7”.  Nie wiem czy to tak dobrze, bo skutkowało to kosztowną wymianą garderoby – ubrania biegowe nie są zgodne z dress code w firmie, w której pracuję. A tylko one leżały dobrze.

Treningi mgr. inż. Anioła

Czwarte podejście do maratonu. Pierwsze to była zagadka. Tylko 9 miesięcy od pierwszego przetruchtania 5 km.  Myśl w głowie, że kilkanaście miesięcy wcześniej ważyłem o 20 kg więcej. Chciałem wtedy tylko sprawdzić czy potrafię. I potrafiłem. Choć 4 h 38 min, nawet na trudnym Silesia Marathon nie było wynikiem porażającym.  Pół roku później w Pradze było już o 40 min lepiej i przybiegłem poniżej 4 godzin. Następny rok to wzloty, upadki i znów wzloty, zakończone startem w Paryżu i wynikiem 3 h 48 min.

Wciąż nie jest to wynik, z którego byłbym dumny. Zatem po lekkim dwumiesięcznym rozluźnieniu, w lipcu zabrałem się do pracy. W ciągu 3,5 miesiąca przebiegłem blisko 850 km, odbyłem dziesiątki treningów na dystansach krótkich i ponad 30 kilometrowych. Biegałem szybko i wolno. Interwałowo i regeneracyjnie. Ćwiczyłem na siłowni i macie.  Odwiedzałem tydzień w tydzień gabinet masażysty, starałem się jeść to co zdrowe oraz w sensownych ilościach i doszedłem do najniższej od wielu wielu lat wagi 76 kg. 

Podsumowując, jestem gotów. Wiem na co mnie stać, znam swoje słabości. I zamierzam zrobić co się da, by każdy kilometr maratonu przebiec o 15 sekund szybciej niż wiosną. Czy uzbieram w ten sposób 10 minut ? Dowiem się za 9 dni :-)

Certificat medical

Nieoczekiwany opór napotkałem ze strony mojej pani doktor. Odmówiła mi podpisania zaświadczenia bez następujących po sobie badań spirometrycznych i to jeszcze miałem osiągnąć założony przez nią pułap wydolności oddechowej. Ja, astmatyk!

A przecież już nawet przyniosłem badanie UKG – oczywiście zrobione prywatnie. NFZ nie finansuje przecież bardziej skomplikowanych badań dla takich, co mają fanaberię uprawiać sport. Wyniki pierwszych badań nie były, zdaniem pani doktor, wystarczające, no i przy moim nazwisku, na liście startujących w Wenecji, wciąż widniał czerwony krzyżyk – „blocking problem”. Doprowadzający mnie do frustracji.

rozpiska stref

Ale ostatecznie, po wielu badaniach, wyszarpałem zaświadczenie. Taki astmatyk jak ja może startować! Voila, upragniony zielony „ptaszek” przy moim nazwisku. Ależ byłem dumny!

Zwróćcie tylko uwagę, że jako nowicjusz zostałem przydzielony do ostatniej różowej strefy – dla celujących w czas powyżej 4h 30 min.

strefy

Ja miałem prościej. Posiadałem ważny certyfikat z Paryża, który organizatorzy we Włoszech zaakceptowali. Na szczęście nikt nie przygląda się mojej lewej stopie z zapaleniem przyczepu ścięgna Achillesa :-) A ja sam powtarzam sobie, że to nic i do mety na pewno wytrzyma. Będę startował w niebieskiej strefie i ścigał się z pacemakerem na 3:40.

Aha! I potwierdzam, że astma Pawła jest prawdziwa, a nie norweska :-) Co nie zmienia faktu, że poruszony wydarzeniami ostatnich dni, pilnie będę obserwował czy w słonecznej Italii nie używa kremu na popękane wargi, tego od Therese Johaug :-)

Trasa

Wg opisu trasa jest płaska i szybka z kilkoma krótkimi podbiegami pomiędzy 25-35km.

trasa

Start znajduje się w Stra (małej wiejskiej miejscowości około 25 km na zachód od Wenecji). Początkowo pobiegniemy wzdłuż „Riviera del Brenta”, w pięknej okolicy, nad brzegiem rzeki, gdzie bogaci Wenecjanie zbudowali w XVIII wieku swoje wakacyjne rezydencje.

Venice marathon

http://www.venicemarathon.it/en/venicemarathon/extra-vm/gallery

venice

http://www.venicemarathon.it/en/venicemarathon/extra-vm/gallery

Przebiegniemy przez centrum Marghera i Mestre, następnie przez ponad 2 kilometry wewnątrz parku San Giuliano. Do Wenecji dostaniemy się niespełna czterokilometrowym Mostem Wolności (Ponte Della Libertà). Następnie miniemy odnowiony wenecki port i wbiegniemy do niesamowitego i wyjątkowego centrum miasta.

venice1

http://www.venicemarathon.it/en/venicemarathon/extra-vm/gallery

venice3

http://www.venicemarathon.it/en/venicemarathon/extra-vm/gallery

Przebiegniemy przez 170 metrowy most pontonowy, zbudowany w noc przed startem (który zostanie rozebrany w wieczór po biegu). Na ostatnich trzech kilometrach napotkamy 14 drewnianych mostków, wyłożonych specjalnymi pochylniami – żebyśmy nie musieli używać schodów. Przebiegniemy przez Plac św. Marka i dotrzemy do mety przy nabrzeżu Riva Sette Martiri.

Nic dodać nic ująć, Paweł dobrze zapoznał się z opisem trasy. Osobiście obawiam się tych mostków na koniec. Wiem, że w czwartej godzinie biegu nawet krawężnik irytuje i stanowi wyzwanie, a co dopiero mostek! Wąskie uliczki i woda o kilkadziesiąt centymetrów od krawędzi trasy nie będą sprzyjały zmęczonym nogom. Liczę jednak, że magiczna atmosfera miasta, jego niepowtarzalny klimat, zaczarują nas, dodadzą sił i sprawią, że zapomnimy o wspomnianych wyżej utrudnieniach.

Wenecjo, nadchodzimy!

Teraz, nieco ponad tydzień przed startem wiem, że jestem przygotowany do startu i fizycznie (przebiegnięte ponad 1200km od kwietnia!) i psychicznie (tanio skóry nie sprzedam). Pytanie tylko, co się będzie działo, po 30km. To jest dla mnie terra incognita. Obawiam się kontuzji, jakiś sensacji żołądkowych. Ale w gruncie rzeczy moim celem jest osiągnięcie mety. A tę, choćby spacerem, zamierzam osiągnąć.


I wiem, że za metą uzyskam odpowiedź na dręczące mnie pytanie.

Jak to jest ukończyć maraton.

Co się wtedy czuje. I boję się, bardzo się boję tego, że zrozumiem, dlaczego biegacze startują w kolejnych maratonach. Tak. Bo właśnie tu tkwi pies pogrzebany.

Tak właśnie! NadchodziMY! :-) Po raz pierwszy we dwóch :-) Wyruszamy w piątek, czeka nas długa podróż zakończona przejęciem zarezerwowanego apartamentu, odebraniem pakietów startowych i wspólną pizzą z Piotrem, który jako wielokrotny maratończyk, będzie na kolejnych zawodach mocno uciekał nam do przodu.

W sobotę zwiedzimy Wenecję, poruszając się głównie wodnymi tramwajami vaporetto i oszczędzając nogi. Wieczorem ugotujemy wieeeeelkie porcje makaronu, położymy się wcześnie wmawiając sobie, że na pewno spokojnie zaśniemy :-)

A w niedzielę, mój maraton potrwa dłużej, niż czas jaki będzie mi potrzebny na osiągnięcie mety. Będzie trwał dopóki nie przybiegnie Paweł i skończy się w chwili gdy wspólnie uniesiemy ręce w górę !


A o tym jak nam poszło w Wenecji poczytacie w trzyczęściowej relacji z naszego startu:

venice-marathon

Tomasz i Paweł

Autorów dwóch: mgr inż. Anioł czyli Tomasz, Bookworm czyli Paweł. We wpisie wspólnym, podwójnie podpisanym.

Może Ci się również spodoba

45 komentarzy

  1. Blogierka pisze:

    Szczęście? To znalezc w życiu bratniego Oszołoma :D
    Wormie- Ty jesteś CHUDY!!
    Panowie wielki szacun za to- ja bym umarła :)
    I czekam na relacje z biegu!

  2. Justyna Rolka pisze:

    Jestem z Ciebie dumna! No właśnie Paweł, co czujesz po przebiegnięciu maratonu? Z niecierpliwością czekam na Twój wpis;)

  3. halmanowa pisze:

    Jestem przekonana, że pokonasz sam siebie i z ogromną satysfakcją wparujesz na metę :) Trzymam kciuki za to, byś dobił cały i zdrowy. Powodzenia!

  4. Narwany pisze:

    Z Was to naprawdę są wariaty jakich mało :D

  5. Narwany pisze:

    Z Was to naprawdę są wariaty jakich mało :D

  6. Trzymam za Was kciuki! Powodzenia! :)

  7. Monika Fiszer pisze:

    kurka wodna, samo zwiedzanie Wenecji (tam mnie jeszcze nie było) chętnie, ale maraton jest nie dla mnie. Trzymam kciuki za dobiegnięcie bez większych kontuzji (małe w stylu otarcie naskórka są dopuszczalne i wręcz normalkowe). Także ten, zwiedzajcie, napawajcie się, pogoda Wam ma sprzyjać…

  8. Monika Fiszer pisze:

    kurka wodna, samo zwiedzanie Wenecji (tam mnie jeszcze nie było) chętnie, ale maraton jest nie dla mnie. Trzymam kciuki za dobiegnięcie bez większych kontuzji (małe w stylu otarcie naskórka są dopuszczalne i wręcz normalkowe). Także ten, zwiedzajcie, napawajcie się, pogoda Wam ma sprzyjać…

  9. Zaniczka pisze:

    Ojaacieszpierdziele myślałam że Ty tak rekreacyjnie i tego a to harówa no chłopie dałeś się podejść :) :D)
    Kurde fajnie mieć marzenia :) Trzymam kciuki dobiegnijcie razem :) :)

    • Bookworm pisze:

      Dałem się. Totalnie i znienacka :) Dzięki za kciuki, no dobiegniemy razem ale w pewnych ratach czasowych :) Tomek szybciej, ja później. Oby w zdrowiu na mecie :)

    • mgr inż. Anioł pisze:

      No nie? Nieźle się Paweł przyczaił :) ja jestem „w strachu”, że kiedyś mnie też nie powie i się zapisze na jakieś ultra 100 km :) i niech mi nikt nie mówi, że to niemożliwe !

  10. Lifestylerka pisze:

    Paweł, na pewno dasz radę:). Kurcze, ale Ci zazdroszczę tej cudownej weneckiej scenerii:). Powodzenia!:).

  11. Normalnie już teraz mam łzy w oczach z emocji! 23 października miałam biec swój pierwszy trailowy / crossowy półmaraton, ale nie biegnę, więc będę mogła Was podglądać online (o ile Włosi uruchomią taką opcję).
    Ale Wam fajnie! Życzę wielkich sukcesów! Trzymam kciuki!!!

  12. Mihone pisze:

    Powodzenia. Trzymam kciuki. Nie biegnij pierwszego na czas tylko dla funu a będzie ok. Pewnie jak skończysz to się wkręcisz. Choć na pierwszy maraton nie jechałbym tak daleko (dla mnie Dębno było za daleko). No i czekamy na relację. I znów Bieg po moczkę i makówki w Twojej relacji :)

  13. Monika Dudzik pisze:

    Trzymam mocno kciuki za udany start:) No i Wenecja… Kiedyś chętnie tam wrócę;)

  14. Musi być dobrze!
    Nie ma co się stresować na zapas i przejmować jakimś tam 30-stym kilometrem ;)
    Widać, że obydwoje sumiennie przykładacie się do treningów. Z takim zaangażowaniem ściana Wam nie straszna! :)

  15. BasiaK pisze:

    Uwielbiam te Wasze opowieści biegowe. :-) Fascynują mnie i wzruszają. Wasza przyjaźń też jest niesamowita.
    Info o udziale Pawła w maratonie trochę mnie zaskoczyło, ale tylko tym że to już, bo że kiedyś to nastąpi byłam pewna. :-) A Tomek.. no cóż po prostu maratończyk pełną gębą. :-) Wenecja – świetny pomysł. Będę mocno trzymać kciuki za Was obu.

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Obiecujemy, że opowieść po powrocie będzie dużo ciekawsza :) sam się zastanawiam na ile sprawdzi się to co zakładamy. Dzięki za wsparcie i oczywiście kciuki się przydadzą :)

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję :) Gdy przeczytałem, co Tomek napisał, też się wzruszyłem. A z maratonem, wcześniej czy później to musiało nastąpić. Bardzo się cieszę, że w bardzo dobrym towarzystwie :) Choć to „towarzystwo” pogna z prędkością dźwięku pół godziny przede mną :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.