Eilat Desert Marathon 2019 – relacja

Ahoj przygodo!

Maraton. Większości ludzi kojarzy się zapewne z wysiłkiem, przełamywaniem granic, pokonywaniem słabości. Zmęczenie, pot, odciski na stopach i jeszcze inne świadectwa tego, że ktoś podjął trud pokonania długiego dystansu. I często tak jest. Dziś opowiem jednak o zupełnie innej stronie startu w maratonie. O przygodzie, uśmiechu, zachwycie i radości z uczestnictwa w takim biegu.

Sezon 2019 był dla mnie obfity w starty, 6 długich biegów, w większości górskich, z których relacje mogliście czytać, do tego kilka krótszych. Ale już od marca wiedziałem, że koniec sezonu to będzie wisienka na torcie. Bieg w słonecznym Izraelu, na tajemniczej dla mnie pustyni Negew i na dodatek w fantastycznym gronie biegowych przyjaciół!

Już w moich założeniach miał to być start luźny, bez żadnego celu sportowego, połączony z kilkoma dniami wypoczynku. Trasa biegu zapowiadała się niezwykle ciekawie. Kamienie, piasek, temperatura i suche powietrze, a do tego 780 metrów przewyższeń łącznie, gwarantowały jednak, że zmęczyć się też uda. Bo co by to był za maraton bez wyzwania.

Trasa Eilat Desert Marathon – po lewej Egipt, po prawej Jordania, w środku pustynia Negew

Eilat

Do Izraela przylecieliśmy z Krakowa 26 listopada. Lot linii Ryanair trwał około 4 godzin. Dolecieliśmy koło 20:30 miejscowego czasu, ale już po wyjściu na płytę lotniska poczuliśmy otulające nas ciepło. Dla człowieka przybyłego z zimnej listopadowej Polski, na dodatek pokrytej śmierdzącym smogiem, było to przemiłe doznanie.

Wiedziałem, że Eilat to niewielkie miasto, zbudowane od zera do celów turystycznych, na wybrzeżu Morza Czerwonego, a dokładniej Zatoki Akaba. Wybrzeże należące do Izraela ma jedynie kilkanaście kilometrów, a miasto wciśnięte jest klinem, pomiędzy dwie granice – z Egiptem i z Jordanią.

Już wieczorny spacer pokazał nam, że nie zetkniemy się tu w pełni z miejscową kulturą czy obyczajami. Bo strefa hotelowa pozwala się czuć tak, jak czujemy się w Europie. Na ulicach oprócz hebrajskiego słychać język rosyjski. W tych dniach było też dużo polskiego, bo nasz samolot w połowie wypełniony był biegaczami i osobami im towarzyszącymi. Miasto jest zadbane, pełne hoteli, sklepów i restauracji. Jest też dość drogie, jak na kieszeń polskiego turysty.

Po wschodzie słońca zobaczyliśmy otaczające miasto góry. Po jednej stronie te, leżące w Jordanii.

A po drugiej, znajdujące się już za granicą z Egiptem.


Odpoczywamy

Całą środę i czwartek postanowiliśmy wykorzystać na odpoczynek. Bieg maratoński miał wystartować doperio w piątek 29 listopada o godzinie 6:00 rano.

Póki co, czas spędzaliśmy na plaży, przy hotelowym basenie czy w barach, próbując lokalnych specjałów, takich jak shoarma czy kebab w chlebku pita z dodatkiem humusu. Nie zapominaliśmy też o odpowiednim nawadnianiu się, nie koniecznie zgodnie „ze sztuką” z biegowych podręczników.

Znalazł się też czas na przebieżkę oraz zobaczenie pobliskiego miasteczka biegowego, gdzie już ustawiano strefę startu. Bieg był krótki, bo zaraz za strefą hotelową zatrzymała mnie…. granica państwa.

W czwartkowy wieczór, razem z Magdą, Bartkiem, Szymonem i Wojtkiem odebraliśmy pakiety startowe. Lider sportowy naszej ekipy – Piotr, miał dolecieć późnym wieczorem.

Uczestniczyliśmy jeszcze w powitaniu startujących, gali z flagami państw wszystkich zawodników oraz w prezentacji trasy i regulaminu zawodów.

Oprócz biegu głównego miał być rozegrany półmaraton oraz dystanse 10 i 5 kilometrów. Naszych rodaków miało startować łącznie 57. Natomiast wszystkich uczestników samego maratonu, według list startowych miało być prawie 400.


Pustynny maraton

O 5:30 rano jest chłodniej niż się spodziewałem, 16 może 17 stopni. Słońce jeszcze ukryte za horyzontem, ale wiem, że już wkrótce bardzo szybko wzniesie się na niebie. Robimy sobie wspólne zdjęcie, tym razem już całą, gotową do startu ekipą.

Od lewej ja, Piotr, Szymon, Magda, Bartek i Wojtek

Szybka rozgrzewka przed linią startu i jesteśmy gotowi.

Odliczanie, z którego nic nie rozumiem, a potem start. Pierwsze 4 kilometry wyprowadzają nas za miasto, następnie prowadzą wzdłuż zbiorników wodnych, które jak sądzę używane są do odsalania wody. Biegnę spokojnie, tempem 5’15, rozglądam się na boki, nie myślę o czasie, choć gdzieś z tyłu głowy jest cel, żeby mimo przewyższeń, zmieścić się w 4 godzinach.

Przebiegamy pod drogą szybkiego ruchu i zaczynamy wbiegać na pustynię. Trasa delikatnie, ale wciąż pnie się w górę. Chwilę potem naszym oczom ukazuje się piękny wschód Słońca.

Trasa nie jest trudna. Myślałem, że będzie więcej piasku. A może po prostu po naszych trudnych górskich biegach, wszystko wydaje się łatwiejsze, niż lepiące się do butów błoto?

10 kilometrów kończę z czasem 57:25. Nie napieram ze wszystkich sił. Jest tak pięknie, tak inaczej, że grzech nie rozglądać się, nie podziwiać, nie robić zdjęć. Po 13 kilometrach jest zawrotka, a więc mija mnie, biegnący w przeciwną stronę lider, za nim czterech zawodników i Piotrek. Krzyczę mu, że jest szósty, ale nie wzbudza to w Nim entuzjazmu. Odkrzykuje, że mu uciekli, ale jest walka! Gdy ja biegnę już w drugą stronę, mijamy się z resztą naszej ekipy. Magda, Bartek i Szymon biegną razem. Wojtek jest już wtedy na trasie półmaratonu.

Zaczyna robić się ciepło. Temperatura już mocno przekroczyła 20 stopni. Na szczęście co 2,5-3 km są punkty z wodą. Jest rozdawana w butelkach 500ml. Na każdym punkcie piję więc kilka dużych łyków, a resztę butelki wylewam sobie na głowę i na plecy. Chwilę potem butelka leci do postawionych kilkaset metrów za punktem pojemników. Zabawnie wygląda za to, stojący samotnie na pustyni toi-toi. Korzystam z niego, bo jakoś nie nie mam sumienia podlewać tych biednych karłowatych drzewko-krzaczków.

Trasa od zawrotki przez 4 kilometry łagodnie opada, aby później znów wznosić się, aż do koło 20 kilometra. Nawierzchnia robi się trudniejsza. Piasku jest więcej, nogi, zwłaszcza na podbiegach lekko grzęzną. Dobiegam do połowy dystansu, 1:59:14, czyli jest tempo na 4 godziny. Egzotycznie wygląda ten punkt odżywczy, dwa pojazdy, stoliczek, ale są woda i żele. Więcej nie trzeba.

Biegniemy lekko w dół, aż do drugiej zawrotki na 26 kilometrze. Słońce coraz bardziej daje się we znaki. Lekko zwalniam, wodę wylewam już także na nogi. Jest ciekawie. Widoki nadal magiczne. Ziemia i piasek w różnych kolorach, jasnych, ciemnych i czerwonych. Zawodników jakby mniej. Mozolnie doganiam kogoś, to znów ktoś, wyprzedza mnie.

Z daleka widzę biegnącego Bartka. Nie widzę Magdy i Szymona, ale spodziewam się, ze są razem, kilka minut za mną. Piotrek jak przypuszczam toczy już wówczas zażartą walkę o podium.

Na 28 kilometrze zaczyna się najtrudniejszy odcinek trasy. Prawie 4 kilometry prostej, lekkie wzniesienie, upał. Ma się wrażenie, że dystansu zupełnie nie ubywa. Próbuję nie patrzeć przed siebie, ale rozglądać się na boki. Tak dobiegam do 30 kilometra z czasem 2:50:23.

Zaczynam wątpić w złamanie 4 godzin. Teren znów jakby trudniejszy, a powietrze jeszcze bardziej suche. Teraz przez kilka kilometrów trochę się męczę. Wyprzedza mnie paru zawodników. Ja doganiam co najwyżej dwóch. Wieje w twarz dość ciepły wiatr. Wkrótce na horyzoncie widać już morze i Eilat. Zegarek pokazuje mi, że będzie 4:02. Walczyć? Nie walczyć? W końcu nie przyjechałem tu po wynik. Nie przyśpieszam.

Na 36 kilometrze znów przebiegamy pod drogą i dobiegamy do zbiorników wodnych. Piździ niemiłosiernie. Do mety 5 km. Jakoś nie umiem w sobie znaleźć zapału do finiszu. Ale znajduje go, gdy zaczyna mnie wyprzedzać o 2 głowy niższy zawodnik. Uciekam mu, dogania mnie, ja znów uciekam. I wtedy orientuję się, że tempo 5’20 przychodzi mi całkiem lekko. Czemu nie przyśpieszyłem wcześniej?

Cisnę do mety. Teraz się martwię, że zostały mi już tylko 3 kilometry. Ciut za mało, żeby nadrobić czas, przez który marudziłem. Na dodatek szkoda mi, że ten przygodowy i kolorowy bieg zaraz się skończy. Piotr już od dawna na mecie, z czasem 3:14:24 wywalczył czwarte miejsce w open i trzecie w kategorii! 10 minut za mną, w doskonałych nastrojach biegnie nasza trójka.

Widać już zatokę i hotele. Próbuję przyśpieszyć. Ale znów piasek i siły już nie te.

Mijam Piotra i naszych kibiców. Nie przybijam piątek, jeszcze walczę o te 4 godziny. Kończę z czasem netto 4:00:33.

Na mecie uśmiech, lekki żal do siebie, że nie finiszowałem wcześniej. Później fota z Piotrkiem i za parę minut, z biało-czerwonymi flagami finiszują Magda, Bartek i Szymon.

Super zawody, super atmosfera, trasa, warunki. Idealne wręcz zakończenie sezonu!


Jest dopiero po 10:00, przed nami więc cały dzień na basenie, leżakach, przy piwku i świętowaniu. Po południu idziemy na dekorację Piotrka, a ja dowiaduję się, że wygrałem w kategorii under 19! Wg organizatorów urodziłem się w roku 2012. Nie idę odebrać nagrody, nie wyglądam na siedmiolatka.

Dzień pomału dobiega końca, przed nami ostatnie kebaby i falafele. Idziemy po ciemku pożegnać się z morzem. Rano opuszczamy Izrael. Wywozimy świetne wspomnienie, wracamy naładowani Słońcem. Z samolotu, niedługo po starcie podziwiamy jeszcze raz pustynię Negew. Ale w mojej głowie, po cichu, czają się już myśli o styczniowym Zimowym Janosiku.

Na koniec zapraszam do obejrzenia filmu podsumowującego bieg, przygotowanego przez organizatorów.


mgr inż. Anioł

...tak zostałem "ochrzczony" po jednym z biegów. Mgr inż. jestem prawdziwy. Anioł ze mnie żaden :-) Zostałem zarażony przez przyjaciela pisaniem o swojej pasji i od czasu do czasu popełniam jakiś wpis związany z bieganiem i tym co wokoło i przy okazji.

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. mariusz pisze:

    No wreszcie Tomku Twoja fotorelacja ….gratuluje biegowego zwiedzania i tych widoków! Zdjęcia z zacięciem fotografa a nie biegacza maratońskiego, więc tym bardziej gratuluję i chcemy więcej takich egzotycznych zawodów na blogu…do zobaczenia gdzieś na leśnych ścieżkach wokól żorskiej Gichty i powodzenia na Janosiku!

  2. Anonim pisze:

    Już powinnam spać. A czytam i nie mogę się oderwać. Gość biega, pisze, fotografuje i tak błyskawicznie udostępnia. Gratuluję! Byłam z Wami myślami i jak zwykle sciskalo mnie w dołku. A byłam za miedzą w krainie faraonów ale w przeciwiensteie do Ciebie wciąż nie mogę uporządkować zdjęć. Życzę kolejnych takich wspaniałych przeżyć. Mama Bartka.

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Bardzo dziękuję za miłe słowa. Bieganie, zwłaszcza w takim towarzystwie i w takich miejscach to sama radość. Dlatego fajnie się o tym pisze :) Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.