Park Narodowy Gór Stołowych to kolejne przepiękne miejsce, w którym miałem przyjemność pobiec w ultramaratonie górskim. Tym razem 16 września w Radkowie, stanąłem na starcie Garmin Ultra Race, biorąc udział w biegu na dystansie 53 km. Bieg był częścią dwudniowej imprezy,  na którą składały się również zawody na dystansach 24 km i 9 km oraz biegi Garmin Ultra Kids organizowane na trzech dystansach, dla dzieci w różnym wieku.

Miejscem mojego stacjonowania podczas całego weekendu była Polanica Zdrój, a w Radkowie pojawiłem się wieczorem w przeddzień startu. Nad Zalewem Radkowskim rozmieszczone było biuro zawodów, gdzie sprawnie i szybko odebrałem pakiet startowy oraz koszulkę z napisem Król GUR. Jak się domyślacie, nikt nie zrobił błędu ortograficznego, ale wykorzystano zabawną grę słów GUR – czyli Garmin Ultra Race.

Wieczór poprzedzający zawody spędziłem spożywając lasagne bolognese i szykując ekwipunek.

Trasa zapowiadała się niezwykle ciekawie, wiodła bowiem wokół Parku Narodowego Gór Stołowych. Mieliśmy również biec przez terytorium Czech.

Jako, że z ponadmaratońskim dystansem miałem się zmierzyć po raz drugi, moje plany były już bardziej ambitne niż na Chudym Wawrzyńcu, gdzie startowałem 12 sierpnia. Tam był debiut i niewiadoma. Bieg o podobnej długości i nieco większych przewyższeniach pokonałem wtedy w 8 h 22 min. Tu postawiłem sobie cel ukończenia zawodów z czasem poniżej 7 h.


Pobudka o 5:00, szybkie, lecz niezbyt obfite śniadanie i ruszyłem w drogę na start. Nad zalewem byłem w sam raz by zrobić rozgrzewkę. Poranek był rześki, nad górami unosiły się tajemnicze mgły, ale nie padało. Organizatorzy zapowiadali deszcze na godzinę 11:00, a więc gdzieś w połowie trasy.

Ruszyliśmy planowo i po przebiegnięciu mostka niebawem wspinaliśmy się pod górę. Biegło mi się dobrze, mijały kolejne kilometry, okolica raczyła nas pięknymi widokami.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Nie będę opisywał szczegółów biegu, ponieważ tak jak poprzednio integralną częścią relacji jest krótki film, który mam nadzieję pozwoli czytelnikom poczuć atmosferę tych zawodów. Link do filmu znajduje się na końcu wpisu.


Skupię się natomiast na dwóch przygodach, które spotkały mnie po raz pierwszy. Przygodach, a raczej błędach, które popełniłem i za które zapłaciłem na trasie.

fot.Piotr Naskrent / Maratomania.pl

Jak już pisałem to mój drugi tak długi bieg, bo sześć maratonów szosowych to inny rodzaj biegania. Na pierwszy zaopatrzyłem się mocno w żele energetyczne (6 szt), paczkę daktyli, wypiłem przed startem carboloadera, a na dwóch punktach startowych solidnie zjadłem pyszności przygotowane przez organizatorów. Skutkiem tego 2 żele dowiozłem ze sobą do mety.

Tym razem stwierdziłem, że skoro 6 było za dużo, to 4 będzie ok. I to by jeszcze dało się zrozumieć. Ale reszta moich decyzji co do żywienia, mogła być tylko skutkiem jakiegoś całkowitego zaćmienia umysłu. Śniadanie zjadłem słabe, carboloadera nie wypiłem, nie miałem nic poza 4 żelami. A ponadto ruszyłem całkiem żwawo. Na punktach odżywczych szkoda mi było czasu, więc tylko chwytałem ćwiartkę banana w biegu. I do około 35 km było super. W dwóch trzecich dystansu miałem czas 4:04, dużo lepszy niż zakładałem.

fot.Piotr Naskrent / Maratomania.pl

Ale potem zaczęły się schody. A raczej podbieg na Ostrą Górę. Ponieważ żele zjadałem co godzinę to w tym miejscu miałem już zjedzone wszystkie.  Pozostała mi tylko woda w bukłaku, a następny punkt odżywczy był dopiero na 46 km, do którego był długi podbieg.

Byłem coraz słabszy. Właściwie pierwszy raz w ciągu 4 lat biegania zdarzyło mi się poczuć, że jestem blisko ściany. Zupełnie opadłem z sił. Tętno mi spadało, oddech był jakiś płytki i czułem się źle. Do tego stopnia, że gdy zaczął się zbieg walnąłem jak długi na kamienie. Z lekko obitym kolanem i łokciem oraz co zabawne szczęką (tak, walnąłem pyskiem w kamienie) wstawałem nieśpiesznie. Zatroszczył się nawet o mnie przebiegający obok zawodnik, którego chwilę potem po upadku – niesiony jakąś adrenaliną –  wyprzedziłem.

Później było znów było podejście i adrenalina już nie wystarczyła. Byłem słaby jak mucha i przeszedłem do marszu. I to niezbyt szybkiego. Możecie sobie tylko wyobrazić jak byłem wściekły, gdy uciekały mi kolejne minuty. I wtedy minął mnie ten sam biegacz, który pomógł mi wstać po upadku. Spojrzał na mnie, spytał jak się czuję. Odrzekłem, że licho jakoś. Spytał czy chcę żel, dał mi go i pomknął do przodu.

Pierwszy raz tak rzuciłem się na żel. Prawie go rozerwałem i wylizałem do końca. O dziwo (nie wiem, placebo, czy też mózg tak działa gdy poczuje cukier) od razu ruszyłem szybciej w kierunku punktu żywieniowego.  Gdy dotarłem na miejsce, zjadłem 3 banany, wypiłem 2 kubki coli, wziąłem do rąk tyle paluszków ile dałem radę i zacząłem nadganiać stracony czas. Dużo było zbiegania pod koniec, na dodatek część asfaltem, więc biegłem ile sił w nogach.  O dziwo byłem w stanie biec całkiem szybko, mimo że w nogach było 50 km.

fot.Piotr Naskrent / Maratomania.pl

W dobrej formie dotarłem do mety jako 117 uczestnik biegu spośród 359, z czasem 6:45:38. Cieszyłem się, że tak fajnie szły nogi na końcówce. Ale pozostał niedosyt. Niedosyt, że zdechłem na podejściu i to nie przez niedotrenowanie, tylko przez własną głupotę i popełnione przy żywieniu błędy.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

Ale błędy są po to, by się na nich uczyć. I już wiem, że na następny bieg górski, a więc 48 km ŁemkoMaraton 14 października będę tak naładowany węglami jak trzeba. Na mecie spotkałem zawodnika, który dał mi żel.  Podziękowałem mu, że był moim aniołem stróżem. A On jeszcze zrobił mi fotkę Króla GUR.


Podsumowując, to były świetne zawody! Dobrze zorganizowane. Pogoda dopisała, bo lekki deszczyk w końcówce nie popsuł nam humorów. Następnego dnia z rodziną wybrałem się w góry, w okolice Szczelińca Wielkiego. Mogłem przy okazji pokibicować na trasie biegaczom startującym na 24 km. A przecież chwilę wcześniej mój synek wystartował w biegu dziecięcym. Było to zatem prawdziwe górskie biegowe święto. Dziękuję organizatorom i do zobaczenia za rok !

No i załączam obiecaną filmową relację z biegu, wybaczcie że trzęsie, biegania z kamerą też trzeba się nauczyć, mam więc co poprawiać.