Ostatni kilometr „Górskiej Przygody”, wbiegam na krawędź wzniesienia, za nim już tylko bardzo ostry zbieg, na którym pojawi się ostatnia szansa na zyskanie kilkudziesięciu sekund. Rzucam się w dół, biegacz w czerwonej bluzie, którego goniłem przez większość trasy, oddala się nieuchronnie — jest ode mnie dużo lepszy w zbieganiu, ale nie poddaję się i gnam szaleńczo w dół na złamanie karku. Na ostatnim zakręcie w prawo widzę przyczajonego fotografa, który celuje we mnie obiektywem aparatu — krzyczę „dziękuję!” i wystawiam do góry kciuk.

Kilkadziesiąt metrów przed słynnymi schodkami, za którymi jest hotel Podium i finisz biegu, widzę plecy Wieśka, który zwolnił zdziwiony ostrym zakrętem i podbiegiem. Ja ten widok pamiętam z poprzednich startów — wskakuję nieprzytomnie na schodki, frunę na bezdechu do góry, składam się w zakręt w lewo i wpadam na linię mety, ze zdziwieniem rejestrując czas na wyświetlaczu. 

Mój finisz nie był tak barwny, jak Pawła. Zrobiłem, co planowałem, zachowałem sporo sił na ostatnie kilometry. Buty na betonowych płytach trzymały świetnie, więc mogłem zbiegać odważnie. Ciekawostką było to, że na ostatnich metrach biegu minąłem dokładnie tego samego zawodnika, co na Orłowa Trail trzy tygodnie wcześniej.  Tam finisz był pod górkę, a tu wręcz przeciwnie. Znów z Panem Zbigniewem z Rybnika przybiliśmy piątkę za metą. Czekam już na kolejne spotkanie i rewanż z Jego strony.

Górska Przygoda po raz trzeci

Po raz trzeci zapraszamy do teleodbiorników monitorów tych, dla których bieganie w górach jeszcze nie jest codziennością. Górska Przygoda — jej piąta edycja — przyciągnęła na linię startu nie tylko Tomasza (a on mnie), ale również mojego brata oraz Wieśka, który zadebiutował tym samym w swoim pierwszym biegu górskim, po tegorocznym debiucie na trasie półmaratonu oraz dziesięciu kilometrów. 

Po dwóch startach w Górskiej Przygodzie (2015, 2016), wraz z Tomaszem trasę znamy bardzo dobrze, jak i jej nieskomplikowany profil. Początek to krótki rozbieg, później dwukilometrowe wspinanie się, odrobina wypłaszczenia, podbieg, górka i ziuuuu — możemy pędzić z górki na pazurki, próbując wyhamować na płytach betonowych przed sławnymi schodkami  prowadzącymi do finiszu, mety, medalu oraz makaronu (z mięskiem lub w wersji vege).

Trudno mi już zliczyć ilość startów w biegach górskich w tym roku. Ten w Wiśle miał być najkrótszym z nich. Ale mimo że dystans czy przewyższenie nie imponuje, to wracam tu z wielką chęcią. Po pierwsze, by sprawdzić się w przygotowaniach do dwóch kolejnych górskich maratonów, a po drugie, by porównać swój wynik z tymi sprzed dwóch i trzech lat. I to było celem na ten rok, urwać kilka minut z ostatniego wyniku  1:46, a może nawet zejść poniżej 1:40.

Przygotowania

Siła przekonywania Tomasza (oraz magia Górskiej Przygody) jest tak wielka, że gdy tylko rzucił hasło o swoim górskim starcie, zapisałem się. Co prawda ten bieg zupełnie nie pasował do mojego profilu przygotowań do barbórkowego startu w Rybniku, ale był na tyle odległy, że ich nie psuł przedwczesnym wystrzelaniem się z sił. Zresztą, każde bieganie poza obszarem mojego lokalnego smogu przyjmuję z ogromną radością. W górach jest tlen, w okolicach Rybnika jest smog i to przekraczający kilkanaście razy jakiekolwiek wyobrażenie o czymś takim jak normy czystego powietrza.

Tomasz, korzystając z dnia urlopu, wyruszył na środowy rekonesans trasy, z którego przywiózł bieżące prognozy oraz fotografię znanych i lubianych „krówek marki Milka”.  Jego zdaniem trasa była nie bardziej skomplikowana niż ścieżka w parku, krówki jak to mają w zwyczaju, kręciły mordkami w prawą stronę, a turyści łazili po górach w te i we wte. 

Tak jak pisze Paweł, faktycznie wybrałem się do Wisły w środę poprzedzającą start. Tak na serio to „odrabiałem” jeden zaległy górski trening, który nie wypalił z powodu fatalnej pogody w poprzedni weekend. Przypomniałem więc sobie uroki trasy i piękne widoki.

Pogoda

Górska Przygoda to bieg, który albo jest miłym pożegnaniem jesieni (tak było w roku 2015), albo który zaczyna zimę (edycje 2016 oraz 2017). Stąd niesłychanie istotne jest prawidłowe dobranie ubioru na trasę, inne warunki mogą być na dole, no i inne te 700 metrów powyżej. Ubiór zbyt gruby będzie skutkował zagotowaniem się na podejściach i podbiegach, zbyt lekki to pewne przewianie na terenach otwartych — tych w pierwszej części biegu nie brakuje. 

Dlatego brałem w góry dwie wersje ubioru, dwie bluzy, dwa podkoszulki, buffy – jednym słowem na miejscu, po odebraniu pakietu miałem ostatecznie wybrać zestaw startowy. 

Biuro zawodów i pakiet startowy

Biuro zawodów tradycyjnie mieściło się w hotelu Podium, w Wiśle. 

Wokół wszędzie znajome twarze, które w większości znaliśmy już z poprzednich edycji tego biegu.

Radlinioki oraz GB Luxtorpeda
Humory dopisywały

Pakiet był wyjątkowo oszczędny, nawet numer był numerem zwrotnym. Ale… czego więcej chcieć? Ciekawie rozwiązano ewentualną pomoc medyczną — przydzielono numer do ratownika. Przypiąłem go więc agrafką do numeru.

Halo? Spadam właśnie w przepaść na jedenastym kilometrze, halo?!

Organizacja wzorowa, wszystko jasno opisane, oznaczone, brak znaczących kolejek do toi-toiów czy do depozytu — mogliśmy spokojnie wrócić do auta przebrać się, rozgrzać czy też zająć się chrupaniem ciasteczek w celu doładowania energetycznego przed startem. 

Próbowaliśmy jeszcze odrobinę nastraszyć debiutującego na trasie Górskiej Przygody Wieśka, ale ten znosił nasze próby ze stoickim spokojem, mrużąc oczy na nasze opowieści o przepaściach, w których zniknęli rozpędzeni biegacze. W niedźwiedzie pożerające wolniejszych biegaczy również nie uwierzył. 

Na pół godziny przed startem rozgrzaliśmy się, choć każdy we własnym zakresie, niekoniecznie ustawiając się w kolorowym tłumie.

„Biegniecie na górę i na jednej nodze śmigacie na metę”

Nie zapomnieliśmy o pamiątkowej focie przed startem.

Dwaj bracia i Tomasz (ten najmniejszy)

Start

Punktualnie, po tradycyjnym odliczaniu ruszyliśmy na spotkanie górskiej przygody.

Pochylmy głowy nad zegarkami – sekundy przed startem

Tomasz pognał przodem, ja biegłem wraz z bratem, niedaleko biegł Wiesiek. Pierwsze kilkaset metrów biegu jest płaskie, tam gdzie zaczyna się las, 

czyha mordercze podejście, na którym do tej pory zawsze wyprzedzali mnie „nordikowcy” startujący kilka minut po biegaczach. 

Tu zaczynają się „schody” czyli ostre podejście.

Tym razem nordic mnie nie dopadł, natomiast z rosnącym zdziwieniem obserwowałem tempo mojego brata. Tam, gdzie ja podchodziłem, on podbiegał — dzięki temu z każdą minutą oddalał się coraz wyraźniej. Gdyby to był inny biegacz, mógłbym założyć, że i tak go dorwę podczas zbiegania, w drugiej połowie trasy. Tu tej nadziei mieć nie mogłem, nie przy jego doświadczeniu biegowym. 

Ja w tym czasie trzymałem się założenia — w górę podbiegam lub truchtam, nie przekraczając tętna 163 ud/min, w dół — ile fabryka dała.

Po bardzo ostrym podejściu następowały odcinki, na których można było biec.

chwila podbiegu… 

Problem w tym, że ja już na samym podejściu miałem tętno na poziomie 170 ud/min oraz zadyszkę. W pewnej chwili dogonił mnie Krzysztof z Radlinioków, który zdziwił się, że ja tak powoli biegnę. Hm, z tego, co mówiła jego żona, Kasia, on był po nocnej zmianie w pracy, więc jego rączość na podbiegach dobitnie uwypukliła mój brak przygotowania na bieg górski. Ale skoro było już po najtrudniejszym podejściu, to mogłem myśleć o przyspieszaniu, dla mnie dopiero teraz zaczynała się walka. 

wypłaszczenie, ale później podbieg

Gdzie się dało podbiegać, tam biegłem, na podejściach zwalniałem, kilkukrotnie przystanąłem aby zrobić zdjęcie a przy okazji uspokoić oddech. 

nareszcie jakby bardziej płasko. Podziwiacie widoki?
wody!

Jeszcze chwila wytchnienia na wodopoju, ja biegłem „na lekko” czyli bez wody w bidonach.

W pewnym miejscu naszym oczom ukazał się ciekawy znak… 

Sezon na polowanie dla biegaczy rozpoczęty!

Za szczytem mogłem rozpocząć to, na co czeka się przez pół trasy: szybki bieg. Z tego etapu już nie będzie fotek, z przyczyn oczywistych… W końcu uciekałem przed (ewentualnym) polowaniem…

Zbieganie

Bieganie w tempie 4:30 min/km to czysta przyjemność, ale dotyczy to biegania po płaskim. Zbieganie z góry i po kamieniach to zupełnie inna historia, prędkość utrzymywałem tak długo, jak się da, ale odskakujące spod butów kamienie dybały na moje kostki,  taka niestety moja technika biegu, że gdy depczę kamienie, one starają mi się odwdzięczyć, celując w kostkę (i niejednokrotnie boleśnie trafiając). 

To, co mnie irytowało maksymalnie, to były podskakujące na nosie okulary. Krok, drugi, trzeci — poprawienie na nosie oprawek, krok, drugi, trzeci — skok — okulary na nosie, ta procedura powtarzała się z upiornie męczącą powtarzalnością. Następny start będzie należał bezapelacyjnie do szkieł kontaktowych. 

Ja z kolei w najwyższym punkcie trasy sprawdziłem czas i byłem zadowolony. Wynik 51 minut był o 4 min lepszy niż ten sprzed dwóch lat. A czułem się świetnie i dopiero teraz miała się zacząć prawdziwa zabawa. Zbieg w Wiśle jest bardzo łatwy technicznie, zwłaszcza przy dobrej pogodzie. Zacząłem więc realizować plan, by zbiegać na maksa. Na pierwszych dwóch kilometrach zbiegu nie byłem jeszcze odpowiednio rozluźniony, jednak wraz z mijającym dystansem przyśpieszałem. Wiedziałem już, że bardzo wyraźnie pobiję cel, który przed sobą postawiłem. Ostatecznie przybiegłem z czasem 1:36:48 na niezłym 67 miejscu (pełne wyniki można znaleźć pod tym linkiem)

(fot. BikeLife.pl)

I po finiszu

Wpadłem na metę z czasem 1:43:48, ciesząc się z poprawienia czasu sprzed dwóch lat o kilkanaście minut. Za linią mety ruszyłem szukać Tomasza, najpierw jednak dognał mnie mój brat, ciesząc się z mojego tempa — pogratulowałem mu wyniku, był szybszy o około dwie minuty. 

Finiszowałem, rzecz jasna, „na jednej nodze!”. 

(fot. ZmierzymyCzas.pl)

Tuż za mną przybiegł Wiesiek, to była różnica dziesięciu sekund! Przed startem zapowiadał, że będzie truchtał w ogonie biegu, tu wykręcił wspaniały czas, gdyby nie zawahanie się na końcu, byłby również przede mną. Choć może z grzeczności odstąpił mi miejsce? Kto wie? 

Byłem szczęśliwy i… byłem głodny. Poszliśmy więc do biura zawodów odebrać medal i pobrać pyszny makaron. Oczywiście odmówiłem przebierania się w suche ubrania, przecież było mi ciepło — na całe szczęście Tomasz czuwał, w krótkich żołnierskich słowach powiedział, co o tym sądzi, tak jak stałem przy filarze, tak błyskawicznie, bez słowa zbędnej zwłoki, przebrałem, zrzuciłem mokre ubrania i ubrałem dwie bluzy. 

Na zewnątrz zaczęło robić się chłodno, Tomasz jak zwykle miał rację… Podczas przebierania się ręka utknęła mi w rękawie — a to z winy skręconego buffa, z wnętrza którego wyciągnąłem… dwa kubki plastikowe, których nie chciałem rzucać na trasę po wypiciu wody, teraz dopiero sobie o nich przypomniałem.

Ale to nie był koniec atrakcji tego dnia, nie mogłem skupić wzroku na makaronie, który błyskał do mnie radośnie tysiącami mieniących się przed oczyma punktów… Migrena… Zastanawiałem się, czy w takim razie jeść makaron, który z racji migreny może chcieć wydostać się z żołądka trasą, którą przybędzie, ale głód przeważył. To była jedna z lżejszych migren, bez objawów żołądkowych. Idąc za ciosem po konsumpcji, poszedłem jeszcze po kubek gorącej, przepysznej czekolady serwowanej tuż obok hotelu. 

Mmmm, pycha, kusiłem czekoladą i Tomasza, i Staszka i Wieśka — żaden nie dał się namówić na płynną, krzepiącą słodycz. A Wiesiek — sobie znanym sposobem — dostał porcję makaronu wege, którego z chęcią sam bym spróbował!

Czekaliśmy jeszcze na losowanie gadżetów, oczywiście nie mieliśmy szczęścia i choć to statystycznie mało prawdopodobne, nikt z nas niczego nie wygrał! (skandal, prawda?). Ja tymczasem uwieczniłem fotografa schodzącego z podwyższenia ;) 

Z lekką dozą rozczarowania zapakowaliśmy się do pojazdu Tomasza i powróciliśmy na łono rodziny. 

Podsumowanie

Górska Przygoda jest wspaniałym biegiem dla tych, którzy chcą sprawdzić, jak to jest biegać w górach. Jeśli kiedykolwiek przebiegłeś półmaraton, bez problemu poradzisz sobie z tym biegiem. Ale bieg sprawi też przyjemność doświadczonym biegaczom, można ścigać się z innymi, potraktować go jako trening zbiegania no i cieszyć się bardzo dobrą organizacją biegu. 

Ten bieg słynie również ze wspaniałych zdjęć. No sami powiedzcie, skąd ja taką fajną fotkę bym miał, jeśli nie z Górskiej Przygody? 

(fot. Bikelife.pl).