Czasem ciekawych biegów szukamy daleko, a mamy je na wyciągnięcie ręki. Tak było w przypadku III RAFAKO Półmaratonu Racibórz. Czytałem pozytywne relacje z dwóch poprzednich edycji biegu – widziałem, że jest to bieg nagradzany i chwalony przez uczestników. Ale żeby w nim wystartować? Nie ciągnęło mnie, dość upału zaznałem na trasie półmaratonów w Warszawie oraz w Ołomuńcu.

Aż tu nagle pojawił się konkurs w Lidze Biegowej (o której więcej w tym tekście: Liga Biegowa), w którym można było wygrać pakiet startowy w Raciborzu. Przed oczyma przewinęła mi się wesoła historia z pakietem, który w Lidze wygrałem w Półmaratonie Praskim w 2015 roku, ale czy historia miała szansę się powtórzyć? Szybko zrymowałem kilkanaście wersów mojego „podania o pakiet” i… wygrałem go! Pozostało więc już tylko wystartować.

Jako rozgrzewkę proponuję moją relację „na gorąco” nagraną podczas powrotu z półmaratonu. Czy zauważycie jeden szczegół w moim wyglądzie, który wystąpił po raz pierwszy?

Pakiet startowy i wielofunkcyjny numer

Zacznijmy jednak zgodnie z chronologią zdarzeń.

Pakiet pojechałem odebrać w przeddzień startu. Zabrałem ze sobą Juniora, zawsze taka wyprawa do miasta oddalonego o całe 15km od Pszowa to rozrywka. Biuro zawodów odnaleźliśmy błyskawicznie, nie było kolejki do odbioru pakietów – szybko otrzymałem mój. A co w pakiecie?

Bardzo pomysłowa koszulka techniczna (facebookowi złośliwcy pytali czy te dwie postaci to Beavis i Butthed), piwo z lokalnego browaru (mniam, mniam), makulatura oraz numer startowy, który mnie zauroczył swoją funkcjonalnością.

Pamiętacie w ilu biegach otrzymywaliśmy kupon na posiłek po biegu? I zawsze pojawiał się problem, gdzie ten kupon wsadzić, żeby oddać go po biegu w stanie umożliwiającym odczytanie. Wielokrotnie chowałem go do kieszonek w pasie biegowym, lub spodenkach i wyciągałem po biegu czysty kartonik, bo napisy „się sprały” na skutek przemoczenia.

A tu co znalazłem? Rubryczki do zaznaczenia z których świadczeń biegacz skorzystał: pasta party, koszulka, posiłek po biegu. Do tego, po dołożeniu się do zbiórki na leczenie i rehabilitację Michałka otrzymywało się naklejkę do naklejenia w specjalnym miejscu na numerze. Fajne rozwiązanie.

Odbiór przebiegł tak błyskawicznie, że Junior nie mógł wyjść z podziwu nad sprawnością organizacji. 

Mogłem się więc skupić na przygotowaniach do startu.

Przed startem

Wieczorem przeanalizowałem mapę biegu w poszukiwaniu parkingów. Część ulic miała być zablokowana od 8.30 do 15.00, gdy start półmaratonu następował o 10.00. Ale bez najmniejszego problemu zaparkowałem na pustym parkingu pod jednym ze sklepów – jedyne 700 metrów od miejsca startu. Szybko zacząłem ubierać osprzęt i… niech to raciborska gęś kopnie, jeden z szwów kieszonki przy bidonie, na pasie biegowym, trzymał się na jednej nitce. Cóż, nie wożę ze sobą zestawu nici, tak jak i nie miałem żadnej agrafki ze sobą ponieważ numer miałem przymocowany do koszulki „bookwormikami” czyli specjalnymi klipsami. Nolens volens udałem się do biura zawodów wysępić kilka agrafek – najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze. Tylko trzy razy się ukłułem, jak na mnie kolejny życiowy sukces.

Wokół biura zawodów trwała radosna impreza przy miasteczku biegowym. O godzinie 9.00 ruszał bieg charytatywny na 2109 metrów. A ja rozpocząłem podziwianie samego miasteczka. Szczególnie pod kątem nielimitowanego dostępu do wody.

Było specjalne stoisko, na którym panie serwowały spragnionym w tym upale wodę z cytryną, bądź z pomarańczą. Dostępne były rzędy umywalek oraz „wodopoje” (na pierwszym planie).

Przy biurze zawodów widziałem sporą kolejkę biegaczy do toalet (kilku narzekało na długość kolejki) tymczasem na bocznym boisku był ustawiony cały zestaw toi-toiów! A przed nim kolejna umywalnia. Organizacja i dbałość o detale robiła wrażenie.

Upał narastał, wiedziałem, że bieg będzie ciężki, zerknąłem na kurtynę wodną ustawioną w wydawałoby się nielogicznym miejscu. Komu miała przynieść chłód? Ziuuuuu – dzieciakom!

 

HYABAK

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów (a brałem udział już w ok. 40 zawodach biegowych!) wystartowałem w półmaratonie w soczewkach kontaktowych.

Dlaczego do tej pory nie biegałem w nich? Próbowałem, ale przy moich wiecznie zmęczonych od komputera oczach (zespół suchego oka się kłania) soczewki już po kilku godzinach drażniły mnie, czymkolwiek oczu bym nie zakraplał.

Udział w półmaratonie, to minimum cztery do pięciu godzin przebywania w soczekwach kontaktowych (dojazd, odbiór pakietu startowego, bieg, powrót), w tym dwie godziny intensywnego wysiłku. Bieg w soczewkach to było dotychczas spore ryzyko, że będę na trasie musiał soczewki zdjąć. Do  tej pory wybierałem więc prostszą opcję – biegałem w okularach. Ale… dlaczego o tym piszę?

Bo nareszcie mogłem wystartować w okularach przeciwsłonecznych! Takie okulary to rzecz oczywista dla osób bez wady wzroku, lub osób, które dobrze tolerują soczewki kontaktowe. Ja kiedyś używałem przyciemnionych szkieł korekcyjnych w okularach – tylko tu niestety (grubość szkieł) pojawiały się kolejne problemy. A tak? No po prostu rewelacja! Słońce nie razi, wszystko takie kolorowe i ostre! Pełna wygoda.

Tak więc przez kilka dni regularnie aplikowałem sobie do oczu krople nawilżające HYABAK, w niedzielę założyłem soczewki – zakropiłem oczy jeszcze raz przed startem, no i jak widać na poniższym zdjęciu – pełen zadowolenia pobiegłem w okularach przeciwsłonecznych. I dobiegłem w tym upale (28’C!) nie stwierdzając żadnych problemów z soczewkami.

Krople HYABAK nie zawierają konserwantów, dodatkowo – jako jedyne na rynku posiadają filtr UV, działają długo i skutecznie – (na maraton też wystarczą), a buteleczka po otwarciu musi być zużyta w ciągu… trzech miesięcy! Można skorzystać też z opakowań jednorazowych (minimsy), niemniej ja wolę większe opakowanie.

Widząc mnie czy to podczas zawodów, czy na okolicznych ścieżkach biegowych nie bądźcie zaskoczeni widokiem niżej podpisanego biegacza bez okularów.

A jeśli ktoś miewał podobne problemy do moich z przemęczonymi oczami, czy potrzebujecie komfortu przy codziennym używaniu soczewek kontaktowych – polecam krople nawilżające HYABAK.

Ale wróćmy do relacji z trasy III RAFAKO Półmaratonu Raciborskiego.

Start

Przeprowadziłem szybką rozgrzewkę. Po drodze spotkałem jeszcze Sebastiana, za to nigdzie nie mogłem dostrzec Edyty i Grzegorza, z którymi miałem się spotkać przed startem. Ustawiłem się więc przy pacemakerach biegnących na czas 2:00:00, bo tak sobie założyłem.

We wszystkich półmaratonach, w których biegłem w upale, zawsze zaczynałem zbyt szybko i umierałem od dziesiątego kilometra. Teraz chciałem zacząć powoli i ewentualnie przyspieszyć po pierwszym okrążeniu. Czy to się uda?

Na zegarku dochodziła godzina 10.00, czas zsynchronizować się z GPS a tu na wyświetlaczu wyskoczył komunikat, że kończy się bateria w pasku pulsometru! Najpierw mocowanie bidonu, teraz znowu zegarek… Cóż, wystartowaliśmy.

I tu czas na kolejne „po raz pierwszy” – dawno, naprawdę dawno nie pamiętam tak luźnego startu. Podczas którego się nie jest ściśniętym niczym sardynki w puszce. Start był szeroki, bez problemu (ale z wielkim zdziwieniem) przeszedłem do tempa docelowego i nie musiałem robić szaleńczego slalomu pomiędzy biegnącymi wolniej!

Po kilkuset metrach usłyszałem głos Edyty rozmawiającej z Maćkiem Mrozkiem, a więc jednak spotkaliśmy się :)

Pierwsze okrążenie

Po raz pierwszy rozpocząłem półmaraton w tempie konwersacyjnym, mając za partnerów znajomych biegaczy. Maciej to doświadczony maratończyk, Edyta to zapalona biegaczka, mama trzech uroczych dziewczynek – biega odrobinę wolniej od swojego męża Grzegorza, za to nieraz już mi uciekała na finiszach różnych zawodów biegowych.

Przypuszczałem więc, że nasze pogaduchy biegowe długo nie potrwają. Myliłem się. Biegliśmy we troje w równym tempie (nadawanym przez Edytę, naszą pacemakerkę) rozmawiając o bieganiu, o biegach, o rodzicielstwie, o udzielaniu pierwszej pomocy i o organizacji Półmaratonu Raciborskiego w tej i w poprzednich edycjach. W tym o wodzie.

A ta występowała w każdej możliwej postaci. Co kilka kilometrów były punkty nawadniania, wolontariusze dwoili się i troili dostarczając biegnącym kubeczki z chłodną wodą. Sprawnie i nie zatrzymując się w biegu porywałem kubek – dwa, kilka łyków wody, reszta na czapkę i na buff zawiązany na ręku. Dzięki temu mogłem co chwilę przecierać twarz i kark mokrym, chłodnym materiałem, to przynosiło dużą ulgę.

Ale największą przyjemnością były fontanny wody z węży strażackich. To był strzał w dziesiątkę, nie mówimy tu o kurtynach wodnych, które tworzą mgiełkę i o których się zapomina sto metrów dalej. Strażacy ustawiali węże pryskające strumieniami wody. Przebiegnięcie przez taki zimny prysznic natychmiastowo chłodziło biegaczy od czapki po skarpetki. Cudowne orzeźwienie wystarczało na kilka minut biegu, po których znowu byłem suchy jak pieprz.

Doping

Byłem zachwycony dopingiem. Może nie był to doping na miarę wielkich imprez biegowych jak w Wenecji czy w Ołomuńcu, ale miałem wrażenie, że półmaraton był wydarzeniem i rozrywką również dla mieszkańców – w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Prócz zorganizowanych stanowisk dopingu, które to walczyły o nagrodę na najlepszy doping imprezy, przy trasie zawodów dopingowały nas całe rodziny, świetnie się przy tym bawiąc. Dzieci przybijały piątki, kąpały się w strugach wody tryskających z węży strażackich. Dorośli dopingowali z okien, sprzed klatek schodowych, zza płotów domków jednorodzinnych. Machali, grali na wuwuzelach, trąbkach, dopingowali imiennie odczytując imiona z numerów startowych. Starsi raciborzanie siedzieli statecznie na stołeczkach i krzesełkach przy ulicach, uśmiechali się promiennie i  zapewniali, że to już nam niewiele zostało do mety.

Jako biegacz wreszcie nie czułem się intruzem, przez którego zostało zablokowane na kilka godzin miasto, raczej byłem mile widzianym gościem, niosącym odrobinę rozrywki w to upalne niedzielne przedpołudnie.

Drugie okrążenie

Dziesiąty kilometr minął niepostrzeżenie – nadal rozmawialiśmy z Edytą i Maciejem, do rozmowy – jak to podczas biegów bywa – włączały się też towarzyszące nam biegaczki i biegacze. Czas było się posilić, ja miałem swój bananowy żel z High5 (mniam, jak gładko się wciągnął), Maciek pochłaniał banany a Edyta dekstrozę. Trasa była śmiesznie pozawijana, ale bardzo sprytnie pomyślana, bo kilkusetmetrowe odcinki prowadziły zacienionymi ulicami, co niosło wielką ulgę w połączeniu z powiewami wiatru i nieocenionymi fontannami lodowatej wody.

Ja stale delektowałem się dopingiem, tym że biegnę w okularach przeciwsłonecznych (rewelacja!), że już prawie piętnasty kilometr i że biegnie się świetnie. Choć wiedziałem, że na mecie nie ujrzę cyfry „1” na początku mojego rezultatu, bo pacemakerzy na 2:00:00 wyprzedzili nas i pognali utrzymując równe tempo.

Niestety na osiemnastym kilometrze pożegnałem się z towarzyszami, musiałem zwolnić i przejść do marszu – upał mnie zmęczył. Nogi jeszcze chciały truchtać, tętno przyzwalało, ale gorzej z głową. Ewidentnie przegrzała się a moja motywacja do zmiany wyniku na mecie o kilkadziesiąt sekund na moją korzyść – wyparowała. Chciałem już tylko ukończyć bieg.

Meta

Zawsze miewam problemy z końcowymi kilometrami. Te nieustające pytania czy znacznik „20km” oznacza, że ten dwudziesty kilometr się skończył czy że dopiero zaczyna? Czy to znaczy, że do mety już tylko 1195 metrów czy może 2195 metrów? Pytanie jest absurdalne, wiem, ale po dwóch godzinach biegu w upale aktywność mózgowa zawiesza się, pozostaje tylko wytrwałe gonienie tych co nam uciekają, bądź ucieczka przed tymi, co nas gonią…

Usłyszałem metę. Byłem szczęśliwy, że to koniec, śmiałem się widząc czerwony dywan wyłożony przed skrętem na metę. Uniosłem ręce w geście zwycięstwa (nad sobą rzecz jasna) i zatrzymałem odmierzanie czasu na zegarku. Zdjąłem czapkę przed młodzieżą wręczającą piękne medale. Przyjąłem kubek wody od usłużnego wolontariusza. A wyglądało to tak – Edyta, dzięki za zdjęcia!

 

Czyżbym się wtedy śmiał?

Na mecie natychmiast znalazła mnie Edyta i Grzegorz – tak, kolejny wspólny bieg przeszedł do historii.

Jeszcze zdjęcie z medalem, w lustrzanym odbiciu:

bookworm bez okularów III Półmaraton Raciborski relacja

Nawet nie domyślacie się jaką radochę mi sprawiło przebiegnięcie półmaratonu w soczewkach.

 

W oczekiwaniu na losowanie auta

Podczas biegu piłem na każdym stanowisku po kilka łyczków wody. Niestety mój żołądek nie lubi większych ilości płynów podczas wysiłku, za metą zawsze muszę odczekać kwadrans przed uzupełnianiem płynów i przed konsumpcją stałych pokarmów.

Tu wody było pod dostatkiem, na którą jakoś nie miałem ochoty do momentu, gdy nie ujrzałem dystrybutora z wodą gazowaną! Uwielbiam ją, przez dobry kwadrans spacerowałem od namiotu, gdzie konsumowano grochówkę,

do dystrybutora po kolejny kubeczek wody z bąbelkami. Przy okazji serdecznie pozdrawiam panie, które poiły spragnionych biegaczy wodą z cytrusami i miętą.

Ostatecznie ustawiłem się w ogonku po wspaniałą grochówkę. Rewelacyjną!

Dołączyłem do Edyty i Grzegorza oraz Aleksandra – charytatywnego biegacza prowadzącego profil „Po dobrej stronie biegania” na FB. Jeśli chcecie wspomóc jego działania charytatywne zerknijcie na profil akcji #biegamdobrze w ramach Maratonu Warszawskiego. Rok temu Aleks uzbierał 7100zł na szlachetny cel, może w tym roku dołożysz się też?

Po dłuższej przerwie nastąpiły dekoracje zwyciezców w licznych kategoriach. Pełne wyniki półmaratonu możecie sprawdzić na stronie Datasportu.

Zwyciężył  BIWOT Wycliffe Kipkorir z Benedek Team z czasem 01:04:40. Pierwszą kobietą na mecie była BARSOSIO Stellah Jepngetich (01:15:05).

Z wszystkich dekoracji na mnie największe wrażenie wywarli seniorzy w kategorii M70 (!).

Obaj przybiegli przede mną. Patrząc na tych krzepkich panów pozostaje mieć nadzieję, że własnie taki jest sens naszego biegania. Utrzymać się w sprawności jak najdłużej. Czerpać radość, ale też siłę z aktywności fizycznej.

Pewno nie stanę nigdy na żadnym podium (jak to mój maratoński brat kiedyś stwierdził: może za trzy-cztery kategorie wiekowe, nie prędzej), ale bardzo mnie cieszy, że spotykam tylu ciekawych ludzi podczas imprez biegowych, odwiedzam tyle ciekawych miejsc, właśnie dzięki bieganiu – i wcale w tym celu nie muszę wybierać odległych biegów. Pot, zmęczenie i satysfakcja mają bardzo podobny smak w każdym z biegów.


A samochód? Samochód nieoczekiwanie wylosował Mateusz Wolnik – pierwszy Polak na mecie półmaratonu – taki wybór losu przypieczętowaliśmy gromkimi brawami. Należało mu się!

Racibórz jest świetnym miejscem do biegania, wszystkim polecam cztery biegi organizowane w Raciborzu, bo to miasto wie jak organizować biegi na najwyższym poziomie – z wielką przyjemnością będę głosował na III RAFAKO Półmaraton Racibórz we wszystkich nadchodzących konkursach.

Kłaniam się nisko organizatorom, a biegaczom życzę tylu pozytywnych przeżyć podczas kolejnych startów. Gratuluję wszystkim mety. I dziękuję raz jeszcze Edycie i Maćkowi za przesympatyczne towarzystwo podczas półmaratonu. Do następnego razu!