Łemkowyna Ultra Trail 70 km – relacja


„Co się odwlecze to nie uciecze”. Stare przysłowie sprawdziło się ponownie. Rok temu byłem zapisany na Łemko Maraton. Ślub w rodzinie zmienił moje plany. Więc, w tym roku pojawiłem się w Komańczy ponownie, ale już na dłuższym dystansie 70 km. Zanim jednak o samym biegu, kilka zdań o przygotowaniach, a raczej o ich braku.


Przygotowania do startu i nowe znajomości

W pierwszej połowie sierpnia pobiegłem Chudego Wawrzyńca 80+, miałem w planach jeszcze Leśnik Maraton trzy tygodnie później. Pojawiłem się na starcie, ale z zapaleniem rozcięgna podeszwowego. Myślałem, że jakoś przebiegnę. Jednak od początku biegłem z bólem, który zamiast „się rozbiegać”, nasilał się. Trasa była urozmaicona i trudna technicznie. Po połowie dystansu, na drugim punkcie żywieniowym zrezygnowałem z dalszego biegu. Pierwszy raz nie ukończyłem maratonu. Czułem porażkę, ale rozsądek szeptał, że to jeszcze nie koniec sezonu i że była to mądra decyzja.

Dzień nie był jednak stracony, bo nawiązałem nowe znajomości. Poznałem Grześka z Warszawy, z którym ciekawie przegadaliśmy przedstartowy wieczór oraz przebiegliśmy razem część trasy. Przed startem spotkałem też biegacza, którego twarz była mi znajoma. Choć nie wiedziałem od razu kto to, to pamięć podpowiadała dobre emocje związane z tą osobą. Po chwili już wiedziałem! To Krzysztof, mój nauczyciel z liceum. Jeden z tych pedagogów, których się pamięta, bo przekazywał młodzieży nie tylko wiedzę, ale i uczył życia oraz dawał dużo z siebie. Startował również Michał, mój dobry kolega z pracy, którego już spotykaliście w moich relacjach z poprzednich biegów, choćby z Beskidzkiego Topora.

Po powrocie na serio wziąłem się za rehabilitację stopy. To oznaczało również odpoczynek od biegania. Trzy tygodnie zabiegów i co najwyżej jazdę na rowerze.

Byłem zapisany na bieg Beskidy Ultra Trail 47 km. Początkowo chciałem zrezygnować, kiedy jednak dostrzegłem poprawę, zdecydowałem, że tylko zmienię dystans na BUT30. To miał być mój jedyny mocny trening przed Łemkowyną. Jednak huśtawka nastrojów trwała. Przyplątało się, chyba z braku biegania, zapalenie krtani. Antybiotyk, znów tydzień bez biegania. Nie wyglądało to dobrze. Przed zawodami odwiedził mnie Grzesiek, zamieszkał u mnie dwa dni i z tej bazy wypadowej z sukcesem pobiegł BUT47. Ja jeszcze wieczorem przed biegiem byłem zdecydowany, że odpuszczam. Jednak w dniu startu jakby się polepszyło i ostatecznie pojechałem do Szczyrku.

Okazało się, że to świetna decyzja. Nogi były wypoczęte, głowa i cała reszta biegacza stęskniona gór, wysiłku i współzawodnictwa. Od startu biegłem mocno, zupełnie nie czułem ani bólu w stopie, ani śladów choroby. Skończyłem zawody z dobrym dla mnie czasem 4:25 na 57 miejscu. A przede wszystkim powróciła wiara, że na Łemkowynie nie musi być źle z formą! Same zawody BUT oceniam bardzo pozytywnie. Organizatorzy to fachowcy, wiedzą jak zrobić trudną trasę, świetnie zadbać o jej oznaczenie, punkty żywieniowe i oprawę imprezy.


ŁUT70 – do Iwonicza Zdroju

Dwa tygodnie później, wraz z rodziną wybrałem się do Smolnika koło Komańczy. Domek pod lasem, który zresztą trudno było znaleźć, miał być moją bazą wypadową na ŁUT70. Po drodze odwiedziliśmy biuro zawodów w Krośnie. Wszystko zorganizowane było bardzo sprawnie i profesjonalnie. Nawet kontrola wyposażenia obowiązkowego była kompletna i skrupulatna. Ale dzięki odprawie on-line i znakomitemu race-book’owi, byłem przygotowany jak trzeba.

Wieczorem wybierałem ubrania na start. Nie było to łatwe, bo temperatura podczas zawodów miała być od 7 stopni rano, do 18 popołudniu. Wziąłem więc trzy warstwy, do wykorzystania w zależności od warunków. Przygotowałem izo, do bukłaka wlałem wodę kokosową i zabrałem domowej roboty wafle ze słonym karmelem. Do tego cztery żele na wszelki wypadek.

3:45 pobudka, a o 4:30 niezawodny szwagier, odwiózł mnie do Komańczy, gdzie miałem wsiąść w autobus jadący na start do Chyrowej. W autobusie zjadłem śniadanie i nawet chwile się przespałem. Chwilę po 6:00 byliśmy na miejscu. Toaleta, wiązanie butów, chwila walki z nowym Garminem 6X, którego jeszcze się nie nauczyłem i byłem gotów na spacer na start. Wtedy spotkałem Rafała, kolegę z pracy. Nie wiedziałem wcześniej, że startuje, więc bardzo miło było niespodziewanie zobaczyć znajomą twarz.

Założenia na bieg mieliśmy podobne. Ukończyć poniżej 10 godzin. Zaczęliśmy ubrani w kurtki i czapki, bo wiał dość zimny wiatr. Start nastąpił kilka minut po godzinie 7:00. Ruszyliśmy pod niezbyt stromą górkę, ale już po 2 km zatrzymaliśmy się rozgrzani na tyle, żeby zdjąć kurtki i czapki. Widoki były wyjątkowe, wstawało słońce, lasy mieniły się kolorami. Szczerze mówiąc, trudno mi wyobrazić sobie lepszą pogodę na takie zawody.

Rafał uciekł mi po kilku kilometrach, nie przyśpieszałem jednak. Biegłem założonym tempem i zgodnie z planem. Trochę dokuczał mi ból achillesa, ale pozostało mi go ignorować. Dość żwawo podszedłem pod Cergową z imponujących rozmiarów drewnianą wieżą, później, kawałek asfaltem, dobiegliśmy do Iwonicza Zdroju, gdzie był pierwszy punkt żywieniowy. Był to 21 km naszej trasy. Zameldowałem się tam z czasem 2:45. Szybkie uzupełnienie płynów w softflask’ach, wiadomość wysłana do rodziny, porcja wafli wyciągnięta z plecaka i byłem gotowy do drogi. W punkcie spędziłem równie 5 minut.


ŁUT70 – do Puław Górnych

Chwilę po tym, jak wybiegłem z Iwonicza, nastąpił tam start Łemko Maratonu 48 km. Wkrótce więc zaczęła nas doganiać i wyprzedzać czołówka tego biegu. Jedno podejście, jakiś czas potem drugie. Około 30 km dogoniłem i minąłem Rafała. Zamieniliśmy kilka słów, pomógł mi wyciągnąć posiłek z plecaka. Jadałem. Mimo, że nie byłem głodny, systematycznie co 30 min jadłem. Trasa była urozmaicona, trochę asfaltu, choćby w Rymanowie-Zdroju, trochę błota, bieg przez las, to znów przez urocze polany.

Kilkaset metrów przed punktem w Puławach Górnych, minąłem przygotowujących się do startu zawodników Łemko Trail 30 km. W punkcie zlokalizowanym na około 40 km zjawiłem się z czasem 5:19. Tu planowałem większy posiłek. Skosztowałem najpierw chwalonej przez wszystkich, jak się okazało słusznie, zupy dyniowej. Smakowała świetnie. Usiadłem i przed dłuższą chwilę popijając z własnego kubka (organizatorzy dbali o ekologię) delektowałem się jej smakiem. Przybiegł Rafał, porozmawialiśmy, nie udało mi się go jednak namówić na zupę. Poprzestał na napojach i czekoladzie. Ja w tym czasie poprosiłem o drugą zupę i ze trzy razy brałem po kilka pieczonych ćwiartek ziemniaków. Pycha.

Rafał pobiegł w trasę, a ja jadłem. Później odwiedziłem toaletę i przebrałem się zostając już tylko w biegowej t-shirtce. Było ciepło. Długo mi zajął ten postój, bo aż 17 minut. Ale założenie było takie, że stąd biegnę już do mety bez postojów na jedzenie. W mojej głowie to był punkt od którego miała zacząć się prawdziwa walka w tym biegu.


ŁUT70 – przez Przybyszów na metę w Komańczy

Postój mnie rozleniwił, jakoś nie mogłem się rozkręcić. Trasa zaczęła mi się dłużyć. Wiał silny wiatr, który na polanach przeszkadzał. Cieszyłem się jednak, że to wiatr przy 18 stopniach, a nie zacinający deszczem w okolicach zera. Mijały kolejne kilometry. Po jakimś czasie zacząłem doganiać zawodników z dystansów 30 i 48, którzy minęli mnie gdy siedziałem w Puławach.

Odcinek między 45 a 50 km był dla mnie mentalnie najgorszy. Jakoś nie umiałem odpalić szybszego tempa. Założyłem słuchawki, puściłem playlistę Wolnej Grupy Bukowina, specjalnie wybraną na biegnie po Beskidach. Zadziałało! Ruszyłem do przodu żwawiej.

Za wzniesieniem na 51 km zaczął się cudowny zbieg do Przybyszowa. Tego mi było trzeba! Zbiegałem lekko i szybko bo trasa była bardzo łatwa. Nieporównywalna z kamienistymi zbiegami w Beskidzie Śląskim, gdzie zwykle trenuje. To było dla mnie jak lot w dół. Radość, wolność, esencja biegania w górach i pozytywnych emocji.

Na punkt w Przybyszowie na 55 km wbiegłem z czasem 8:01. Szybko uzupełniłem colę i izo, chwyciłem kilka słonych ciastek i pognałem dalej.

Była moc. Do mety 14, może 15 km. I wreszcie biegło mi się świetnie. Nigdy tego nie pojmę do końca, czemu po 8 godzinach zawodów mogę czuć się mocniejszy niż w pierwszych godzinach po starcie? Może to bliskość mety? Może to świadomość, że raz po raz wyprzedzam zawodników z krótkich dystansów? Był też cel – dogonić Rafała. Nie wiedziałem gdzie jest, ale czułem, że jeśli utrzymam tempo przybiegnę poniżej zakładanego czasu, więc miałem nadzieję, że spotkamy się na trasie.

I tak się stało na 60 km. Dogoniłem Rafała w lesie, na błotnistej ścieżce. Zdążyłem się jeszcze zatrzymać, by zrobić koledze pamiątkowe zdjęcie z trasy.

A dalej była już tylko radość z biegania. Nagle nie bolało nic. Kilometry uciekały szybciej niż się spodziewałem. Na wzniesienia wbiegałem truchtem, na zbiegach wyprzedzałem ile mogłem. Udało się też dogonić kilku konkurentów z mojego dystansu. Widoki były piękne, popołudniowe słońce zmieniło odcienie kolorów. To była bajka. Taki moment, który chciałoby się zatrzymać, żeby się nie skończył.

W tym amoku zbyt głośno słuchałem muzyki. Nie usłyszałem, że ktoś prosi bym go przepuścił. Nie spodziewałem się tego, bo na tym odcinku trasy już nikt mnie nie doganiał. A tu nagle bardzo szybki biegacz, jak się okazało później Piotr Uznański, późniejszy zwycięzca ŁUT150. Chylę czoła i przepraszam za niefrasobliwość i nie dość szybie ustąpienie miejsca szybszemu.

Zawody powoli się dla mnie kończyły, wbiegłem na asfalt w Komańczy, pozostało trochę ponad kilometr. I było mi smutno, że to koniec, chciałem więcej, mogłem więcej. Równym tempem dobiegałem do mety, mijając tych, którzy już wracali z medalami i tych, którzy dobiegali do końca. Przybiegłem szybciej, niż zakładałem, o tyle, że rodzina nie zdążyła się ustawić przy mecie. Mój czas końcowy to 9:47:26 dał mi 158 miejsce w stawce około 370 startujących. Rafał przybiegł również poniżej 10 godzin. Podziękowaliśmy sobie za walkę na trasie i wspólną przygodę.

A tu fotka za metą z moim szwagrem, który support’ował mnie jako kierowca i wsparcie mentalne.


Podsumowanie

Kilka dni po biegu, a mnie wciąż trzyma atmosfera tych zawodów. Nie była to błotna Łemkowyna, pogoda była wyjątkowo łaskawa, nie wiem więc, jak jest tu w innych warunkach. Ale był to dla mnie jeden z najpiękniejszych biegów w życiu. Idealna organizacja, niesamowite, nieznane mi wcześniej tereny. Różnorodność dystansów. Wszystko czego można chcieć! Dziękuję organizatorom i zawodnikom na trasie. Wracam za rok, pewnie na setkę!

Teraz przede mną dwa krótsze biegi w Beskidzie Śląskim (Orłowa Trail, Górska Przygoda), które będą etapami przygotowań do listopadowego pustynnego maratonu w Eilacie. Bardzo jestem ciekaw czy magia trasy przebiję tą, z Łemkowyny? Poprzeczka jest ustawiona bardzo wysoko!


mgr inż. Anioł

...tak zostałem "ochrzczony" po jednym z biegów. Mgr inż. jestem prawdziwy. Anioł ze mnie żaden :-) Zostałem zarażony przez przyjaciela pisaniem o swojej pasji i od czasu do czasu popełniam jakiś wpis związany z bieganiem i tym co wokoło i przy okazji.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Sylwia pisze:

    Pięknie to, Tomku, opisałeś :) Powróciłam wspomnieniami do tego biegu sprzed 2 lat :) Pogoda była podobna, więc oczy nacieszyłam wtedy widokami. A sam bieg też mi się bardzo podobał.

  2. Anonim pisze:

    Tomcio. Nie tylko fachowiec ale i poeta!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.