Bieganie

Maraton w Budapeszcie — moje pierwsze DNF

Budapest Marathon DNF

Mój start w maratonie w Budapeszcie skończył się około 24. kilometra trasy, w ambulansie, który przetransportował mnie do szpitala na bardziej szczegółowe badania. Tak oto urwał się zapis, gdy „zniknąłem z radarów” po ostatnim punkcie pomiarowym. 

A tak biegłem aż do ostatniego punktu pomiarowego.

Trudno mi było opisać tę historię kosztującą mnie, a przede wszystkim moich bliskich, sporo strachu oraz nerwów. 

Jednak brak tego tekstu zablokował naszą (pisaną wraz z Tomaszem) relację ze startu w maratonie w Budapeszcie. Czas więc zderzyć się z tym, co się wydarzyło za 24. kilometrem, na całe szczęście już teraz patrzę na ten start z uśmiechem, bogatszy o większą wiedzę o moim stanie zdrowia, jak i przyjmujący fakt, że maratony nie są mi do szczęścia biegowego potrzebne.

No i wreszcie empirycznie nauczyłem się, co znaczą trzy tajemnicze literki DNF. 

Miało być tak pięknie…

Nie cierpię dzielić skóry na żywym niedźwiedziu — nie przepadam za wieszczeniem wyniku na mecie z biegowych treningów i testów. Po ostatnim testowym wybieganiu wieńczącym półroczny czas przygotowań do maratonu wszystkie znaki na niebie i na śląskiej ziemi wskazywały na to, że nie tyle wreszcie zejdę z czasem na mecie poniżej czterech godzin, ile urwę jeszcze dobre dziesięć-piętnaście minut.

Oczywiście brałem poprawkę na humory żołądkowe, pogodę, słońce, migrenę, ale obiektywnie patrząc, byłem wybiegany, zmotywowany do startu, przygotowałem wszystkie detale i rzeczy ważne też, przeszedłem gładko przez najdłuższe wybiegania, których się obawiałem, a na linii startu pełen optymizmu i woli walki. 

Nawet sobotnie zwiedzanie Budapesztu było symboliczne, w nocy przed startem spałem jak dzidzia, utulony krzykami i odgłosami okolicznych imprez i libacji alkoholowych… 

Houston, coś tu nie gra

Zawsze w pierwszych minutach po starcie w głowie uruchamia mi się swoista procedura kontrolna testująca najważniejsze parametry biegu. Mój umysł przypomina czujne oko pilota boeinga pilnie monitorującego wskazania przyrządów pokładowych, zaraz po oderwaniu samolotu od płyty lotniska. 

Sprawdzam czy oddech jest w komfortowym zakresie, czy oskrzela nie świszczą, czy nie boli Achilles, jak jest z zasobem sił, pilnuję tempa i wskazań pulsometru, monitoruję czy coś boli i jak mocno dokucza. 

Jeśli wszystko jest w porządku, procedura działa gdzieś w tle, a ja spokojnie mogę rozkoszować się okolicznościami przyrody. 

Tu, zaraz po starcie, humor zepsuł mi pasek pulsometru, który się poddał, generując odczyty z zakresu od 80 ud/min aż po niemożliwe wskazanie: 220 ud/min. Po kilku kilometrach odczyt się ustabilizował, choć w wyższym niż przypuszczałem zakresie. Postanowiłem biec, nie zwracając nań uwagi, ale — utrzymując analogię z kokpitem pilota — zaświeciło się na nim jedno dyskretne żółte światełko ostrzegające o możliwej usterce. 

Tętno zepsuty pasek Polar
Na początku były cuda, na końcu również. 

Biegło mi się dobrze, choć gdzieś od około dziesiątego kilometra zdałem sobie sprawę, że nie do końca wszystko jest w porządku z oddechem. Oddychanie przychodziło mi z lekką trudnością, musiałem myśleć o oddechu, o pogłębianiu go, tymczasem powinienem oddychać podświadomie — ale tak czasami mam, to wina astmy.

Na kokpicie do świecącego się pierwszego żółtego światełka, dołączyło drugie, rytmicznie pulsujące. Nic się jeszcze złego nie działo, ale… 

Wciąż utrzymywałem tempo biegu, choć chwilami nie było to proste. Zastanawiał mnie już ustabilizowany odczyt tętna, które na to tempo (ok. 5:15 min/km) nie powinno być tak wysokie. Odpiąłem więc pasek pulsometru, który wywoływał podświadomy ucisk na klatkę piersiową — miało to pomóc, ale nie zmieniło nic. Biegłem dalej, uwolniony od jednego światełka ostrzegawczego.

Przy tym wszystkim czułem jeszcze niezdefiniowany niepokój, który utrzymywał się, jak sobie zdałem sprawę, od samego startu. Coś, jakbym miał ze zdenerwowania spięte mięśnie rąk, ramion, klatki piersiowej — setki delikatnych igiełek stymulowały skórę, tak to czułem. Coś takiego zdarzyło się po raz pierwszy, przecież zawsze biegam zrelaksowany, jeśli są nerwy, to przed startem. A tu przebiegłem raptem 10 kilometrów i nawet jeśli by to był stres, to już powinien ustąpić, bo biegłem lekko, tułów miałem rozluźniony. Ki diabeł? 

Do tego lawinowo narastało zmęczenie, miałem wrażenie, że nie wytrzymam tego tempa nawet do trzydziestego kilometra, a już na pewno nie dalej. Po piętnastym, maksymalnie dwudziestym kilometrze miałem podjąć decyzję czy przyspieszyć. A tu blokowało mnie pilnowanie oddechu, zmęczenie, no i to podejrzane spięcie klatki piersiowej. Ki czort? 

Nadal biegłem mniej-więcej planowo, nadal jadłem żele, popijając je wodą, tu wszystko było jak w rozpisce. Ale coraz mocniej dochodziła do głosu myśl, że z tym moim startem jest coś coraz bardziej „nie tak”.

Około dwudziestego kilometra zacząłem rozważać zwolnienie tempa biegu. Około 23. km zwolniłem, później przeszedłem do marszu, zatrzymałem się. Po chwili przerwy spróbowałem biec znowu, ale nie czułem się wystarczająco komfortowo, żeby biec dalej. Pamiętałem, że niedawno minąłem ambulans, postanowiłem wrócić się i poprosić ekipę, choć o zmierzenie ciśnienia i pulsu, coś było nie tak, ja nie wiedziałem co. Bieg nie miał sensu. 

Biegowo podziwiałem Budapeszt i Dunaj, aż do czasu…

Czułem się zdezorientowany, przy tym mi było kosmicznie głupio, bo właśnie poddałem się, nie walczyłem dalej ze słabościami. Czy tak postępuje maratończyk? Ten głos nakazywał wrócić na trasę i walczyć aż do ostatniego oddechu na mecie, drugi, ten odpowiedzialniejszy, gratulował decyzji i nakazywał skupić się na rozgryzieniu przyczyny złego samopoczucia, na bezpiecznym powrocie do miasteczka biegowego.  

Musimy pana zawieźć do szpitala na badania

Ze spuszczoną głową, powoli podszedłem do ambulansu i po angielsku poprosiłem o zmierzenie ciśnienia, tłumacząc, że źle się czuję. W pierwszej chwili… odmówili, ale ratowniczka (a może lekarka?) ostatecznie zaprosiła mnie do środka. Zaszumiały szeroko otwierane boczne drzwi ambulansu.

Po chwili miałem zmierzone ciśnienie (odrobinę zbyt niskie) i podpięte elektrody do EKG. Oczywiście ni w ząb nie rozumiałem, co pomiędzy sobą mówią ratownicy, ale gdy z drukarki wysunął się pasek EKG, nastąpiła zmiana nastroju i wyłapałem charakterystyczną wymianę spojrzeń. 

Czując, że coraz realniejsze wydaje się odseparowanie od biegaczy i wywiezienie mnie w nieznanym kierunku, zapewniłem, że już odpocząłem, czuję się świetnie, obiecuję, że spacerkiem wrócę na linię startu, która jest raptem kilka kilometrów w linii prostej od ambulansu, ale poproszę o informację, co widać na moim EKG. 

W odpowiedzi na moje dictum, sporych rozmiarów ratownik zatrzasnął drzwi do karetki i stanął w ich świetle — żebym przez przypadek nie miał zamiaru wybrać wolności. Bo musieli mi coś oznajmić… 

Nie podoba mi się pana EKG, musimy pojechać do szpitala na dalsze badania

Równocześnie rozpoczęło się żmudne wypełnianie druczków, do których potrzebne były dane mojego ubezpieczenia i paszport, których oczywiście nie miałem ze sobą. 

Na całe szczęście w gronie kibiców była Ania, żona Tomasza, której przezornie oddałem przed startem dokumenty, która już po chwili przesłała mi ich fotki upewniając się, że mam wszystko, co powinienem mieć (jak do dobrze, że posiadałem aktualny EKUZ). 

Na pytanie o czas diagnostyki w szpitalu dowiedziałem się, że góra 10-12 godzin, co uruchomiło mi w głowie lawinę wariantów, co ja teraz bidulek pocznę, gdy po tych 12 godzinach zostanę wykopany przed szpital z werdyktem, że jestem zdrowy jak ryba… 

Zadzwoniłem też do Żony, informując ją, że czuję się świetnie, ale się ratownikom moje EKG nie podoba, no nie powiem, żebym chciał przechodzić to, co Ona na miejscu zaczęła przeżywać i sobie wyobrażać. Fizycznie odczułem, że mi nie wierzy, że czuję się świetnie i nic mi nie jest — że pewno jest oczywiście dużo gorzej, a ja (tradycyjnie) ściemniam, robiąc minę pajaca do złej gry… 

W międzyczasie zapytałem ratowników czy mogę dostać choć łyka wody, cóż, na trasie piłem bardzo oszczędnie wodę, a po 24 km biegu już mnie suszyło. Nie dostałem wody, ale wpięto mi kroplówkę, żebym nie usechł na wiór. No i fajnie – po raz pierwszy w życiu miałem swój własny wenflon i kroplówkę. Nie bolało.  

Niestety, na domiar złego telefon wskazywał całe 50% naładowania, zazwyczaj nie biegam z powerbankiem czy ładowarką – musiałem przejść w tryb oszczędzania energii, bo będzie źle, gdy stracę kontakt z rodziną i Tomaszem.

Pojechaliśmy, po kilku minutach, z racji korków, kierowca włączył sygnał dźwiękowy. Ja sobie wesoło podskakiwałem na noszach w rytm kolejnych progów zwalniających i nierówności – szpital był o ok. 4km od miejsca, do którego dobiegłem. To jeszcze sobie na pamiątkę zrobiłem zdjęcie. Opanował mnie wisielczy humor, łagodzący odrobinę natłok myśli o tym, co dalej…

W ambulansie
Nie napiszę, że humor dopisywał, bo tak nie było. 

Na miejscu wysunięto mnie zgrabnie na noszach z kółkami i wtoczono do izby przyjęć. Poinstruowano, że mam siedzieć i nie wstawać, bo oczywiście sam chciałem wyjść, przesiąść się, ale nie. Tu były ważne procedury. 

Oni mieli swoje procedury, ja już knułem plan powrotu do domu, wysłałem więc cichaczem Tomkowi na jego telefon lokalizację szpitala. On co prawda dzielnie biegł do mety, ale wiedziałem, że jeśli trzeba mnie będzie zlokalizować, a mnie odetną od telefonu (bądź się skończy prąd), to wtedy ta lokalizacja mnie uratuje. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że Tomasz ma podpięty do telefonu zegarek biegowy i właśnie zaczyna go zastanawiać, dlaczego mu wysłałem jakąś dziwną lokalizację GPS…

Gdy ambulans dojechał pod bramę izby przyjęć, ja zmobilizowałem się maksymalnie, układając sobie w głowie gładkie słowa i zdania po angielsku, aby być jak najbardziej przekonującym, zdecydowanym i aby absolutnie nie wyglądać na jakąś niedotrenowaną ofiarę, co to w połowie maratonu schodzi z płaczem z trasy, bo jej się źle oddychało.

Obcy, w obcym węgierskim szpitalu

Ostatecznie pożegnałem się z załogą karetki, pięknie im dziękując za opiekę, oddałem im pustą już kroplówkę (wenflon został wbity w żyłę) i zostałem wwieziony do gabinetu lekarskiego przed oblicze miłej, młodej lekarki. Przed rozpoczęciem rozmowy pobrano mi krew tętniczą i żylną i zrobiono EKG. Byłem cały spocony po biegu, elektrody się odklejały, więc dopiero trzeci odczyt wyszedł poprawnie.  

Nastąpił szczegółowy wywiad, podczas którego zapewniałem, że jestem tu tylko dlatego, że moje EKG zaniepokoiło ratowniczkę. Że tak właściwie to jestem gotów brać mój cały dobytek (czapeczkę biegową i dwa żele energetyczne) i zmykać już nie narażając węgierskiego podatnika na wydatki diagnostyczne, no ale skoro już mam się poddać badaniom — jestem gotów. 

Pierwsze wyniki badań krwi wykazały, że nic mi się nie dzieje. Na drugie mieliśmy czekać dwie godziny. A co do EKG, no tu sprawa była trudniejsza. 

Zdaniem pani doktor przebieg mojego EKG może wskazywać na jedą z trzech opcji:

  1.  Stan przedzawałowy,
  2. Zapalenie mięśnia sercowego,
  3. … jest to mój normalny przebieg, po prostu tak mam. 

Wobec powyższych opcji musimy poczekać na wyniki badań, a ona skonsultuje EKG z kardiologiem. Przy okazji zmierzono mi raz jeszcze ciśnienie, zostałem dokładnie osłuchany, zanotowano nazwy leków przeciwastmatycznych, jak i częstotliwość ich dawkowania. 

Rozeznanie, dzięki mojej entuzjastycznej postawie (z lekką dozą zakłopotania) wypadło na tyle pomyślnie, że opuściłem gabinet już na własnych nogach, z telefonem i czapką w ręku. Zapytałem tylko, czy mogę prosić o jakąś wodę, bo suszyło mnie zdecydowanie. No więc wód dla maratończyków nie mieli, ale dostałem kubeczek i pozwolenie na użycie kranu. 

Ponoć w korytarzu jest bankomat i automaty z napojami i słodyczami. Jak się chwilę później okazało, bankomat był zepsuty, automaty do słodyczy były na monety, a rozmieniarka banknotów również nie funkcjonowała. Szach-mat głodny biegowy ciamajdo, przeszedłem więc do poczekalni i usiadłem, włączając mój tryb oszczędności energii i czekania.

Każdy może osiągnąć cel, jeśli potrafi myśleć, jeśli potrafi czekać i pościć.

Hermann Hesse, Siddhartha

Polak Węgier dwa bratanki… 

W poczekalni było dokładnie tak, jak w dowolnej poczekalni w izbie przyjęć u nas w kraju. Sporo osób oczekujących na pilną poradę lekarską. Wśród nich dwóch typowych meneli.

Jeden z nich, niestety, zaintrygowany moim wyglądem sportowym, bardzo starał się nawiązać konwersację. Szybko okazało się, że z otchłani pamięci wydobywał nie tylko angielskie słowa, ale nawet polskie! W tym tradycyjne – Polak Węgier dwa bratanki!

Gdzie słów nie starczało, tam ratowała go kartka, której zażądał od recepcjonistek (wraz z długopisem), aby mi opowiedzieć swoją historię, pisząc daty i rysując skomplikowane schematy. 

Niestety, pamięć miał bardzo zawodną, bo już po kilku sekundach skupionej uwagi tracił wątek, zapominał, co mówił wcześniej… Wtedy zamyślał się, wstawał, wołał „Cekaj, Paweł, cekaj!” i ponownie tracił rezon, patrząc gdzieś w dal, a może przypominając sobie Polskę i innych Polaków.

Próbował też namówić mnie na wyjście z nim na papierosa przed budynek (jakieś 15 razy, nie więcej), ale z oczywistych względów nie zamierzałem opuszczać poczekalni, w oczekiwaniu na wyniki i na wypis. 

I tu kilka słów o tym, jak się człowiek czuje w kraju, w którym w danym języku nie rozumie ani jednego słowa. 

Tak się składa, że dokądkolwiek mnie nie rzucały służbowe delegacje, to jakoś sobie radziłem. Ukraina, Hiszpania, Niemcy, Francja, Rumunia, Czechy, Wielka Brytania — lepiej lub gorzej, ale byłem komunikatywny, bądź coś z rozmów wyłapywałem. Pamiętam, jak to ponad dekadę temu w Doniecku, w oczekiwaniu na lekarza z wrażenia przypomniała mi się piękna rosyjska mowa, w której świetnie się dogadałem z lekarzem. A tu? Zgroza! 

Otóż Węgrzy mają tę przewagę nad resztą wszechświata, że mogą swobodnie się porozumiewać bez ryzyka, że ktoś te losowo wydawane dźwięki zrozumie. Podczas drugiej wojny światowej szyfrantami w amerykańskiej armii byli Indianie, których narzecze było nie do rozgryzienia przez niemieckich kryptologów. W przypadku nie daj Boże kolejnej wojny, przyjdzie kolej na Węgrów, tego akurat jestem pewien.

I jeszcze pal licho język mówiony, tu zawsze mogłem próbować dyskutować na migi, ale oni sobie rozwieszali jakieś kartki i ogłoszenia na okolicznych drzwiach. Nawet na toalecie (która nawiasem pisząc, stanowiła bazę mojego rozmówcy — suszył tam rozmaite części garderoby) wisiała kartka z kategorycznymi podkreślonymi nakazami i zakazami. I jak tu biedny Polak miał się do stosownych reguł i nakazów wdrożyć? Szczególnie gdy mój telefon miał już raptem 30% mocy baterii? 

Bez sił, bez ducha, gdzie tu rozum?

Tymczasem nastąpiło to, co nastąpić musiało, czyli karetki rozpoczęły przywozić biegaczki i biegaczy, którzy – patrząc na czas od momentu startu – padli za linią mety, lub w jej pobliżu. 

Pierwszy przyjechał biegacz z numerem… 4. Nie wyglądał na zmęczonego, krzepki, szczupły, ponad dekadę starszy ode mnie, o tanecznym kroku, wyprostowany — na pierwszy rzut oka wiedziałem, że to jest biegacz i to dobry biegacz (na mecie czas 3:11, kosmos!). 

Uśmiechnął się, widząc mnie, i spytał, czy ja również jestem odwodniony? Bo on (tradycyjnie) padł za linią mety, właśnie z odwodnienia. Pogawędziliśmy chwilę na miarę naszych językowych zdolności, on świetnie kojarzył maratony w Polsce, jak i biegi ultra. Po chwili przybyła jego żona, taktownie więc się wycofałem. To była mnie okazja do ponownej rozmowy z ekipą ambulansu, która mnie dostarczyła na izbę przyjęć, jako pierwszego. Ucieszyli się, że nic mi nie jest, choć zdziwili się, że nie zrobiono mi UKG. 

Natomiast kolejne dowożone przez ambulansy osoby już nie były w tak konwersacyjnym stanie. I ten widok zachowałem przed oczyma jako przestrogę przed przekraczaniem fizjologicznych granic mojego organizmu. 

Zszedłem z trasy, gdy moja wspomniana „procedura kontrolna” zaczęła sypać błędami i ostrzeżeniami wejścia w stan do tej pory nieoznaczony. Wielokrotnie zdarzało mi się dotychczas biec w maksymalnym wysiłku, przy kończącym się oddechu, na drewnianych nogach, przy zajechanych mięśniach, gdy jedyne co mnie ciągnęło do mety to świadomość, że i tak tam muszę dotrzeć. Nigdy nie miałem żadnych, omdleń, utraty świadomości, jedynie wyczerpanie ustępujące po kilku-kilkunastu minutach od zakończenia biegu. 

Na noszach wjechało dwóch biegaczy, czujnie obserwowanych przez ratowników. Nieruchomy wzrok, na twarzy wycieńczenie, niezborne ruchy głowy na boki. Przy nich bliscy, próbujący uzyskać kontakt. Na pewno od momentu skończenia wysiłku do chwili dostarczenia do szpitala minęło 15-20 minut, skoro nadal byli w takim stanie, zapaść była poważniejsza. 

Po chwili na wózku została wwieziona biegaczka, wokół niej jej koleżanki. Z dużą trudnością, przy ich pomocy przesiadła się na ławeczkę w poczekalni. Nie potrafiła ustać na nogach, które się pod nią literalnie uginały. 

Czyli czegokolwiek bym nie mówił, zdecydowałem o zejściu z trasy na tyle szybko, że nawet szczególnego zmęczenia nie odczuwałem, podczas gdy inni, wytrwalsi przekroczyli granice, za którymi jest już tylko dłuższy pobyt w szpitalnych murach. 

A ja czekam i czekam i czekam… 

Po dwóch godzinach od przyjazdu zaczęło mnie nosić po poczekalni. Zapytałem przechodzącą lekarkę, ile to jeszcze potrwa, prosiła o cierpliwość. Dobra wiadomość była taka, że kardiolog nie dopatrzył się w moim EKG szczególnie złego przebiegu, choć konieczne będą odwiedziny u lekarza po powrocie do kraju. Więc będę wypuszczony, ale po odpięciu wenflonu, no i po przejrzeniu przez lekarkę wyników badań krwi tętniczej. Trzykrotnie się pytała, czy będę czekał na te wyniki, bo jej kobieca intuicja podpowiadała jej, że jej pacjent może w każdej chwili powrócić na biegowe ścieżki… 

Biegacz z numerem cztery tymczasem zebrał konkretny ochrzan za pytanie, czy mógłby mieć wyjęty już wenflon. A co, miałem być gorszy? Też pytająco skinąłem w kierunku mojej ręki z tym ustrojstwem, pielęgniarka groźnie zmarszczyła brwi i odmownie pokręciła głową. Nie, to nie… Najwyżej sam wyjmę… Inżynier jestem, JA SOBIE NIE PORADZĘ?

Po kolejnej godzinie oczekiwania przyszły moje wyniki. To były dobre wyniki, choć świadczące o lekkim odwodnieniu. No ja myślę, 24. kilometr maratonu o kilkunastu łykach wody musiał pozostawić jakiś ślad.

Teraz pozostało czekać na wypis „in a couple of minutes”. Dostałem też info od Ani, że Tomek ukończył maraton, jadą do centrum odebrać bagaże i auto z parkingu i jadą po mnie! Czyli nie będę musiał sam ogarniać noclegu w Budapeszcie i późniejszego transportu do Polski… 

Czas mijał, nudziłem się sakramencko, nawet nowo poznany bezdomny jakoś przestał mnie namawiać na kolejne wyjścia na papierosa. Prąd w telefonie kończył się, coraz mocniej obawiałem się, że będziemy się z Tomkiem szukać na terenie ambulatorium. A wypisu jak nie było, tak nie było. 

Na scenę poczekalni wkroczyła nerwowa pielęgniarka, która demonstracyjnie naciągnęła rękawiczki jednorazowe i wyczytała nazwisko biegacza numer 4. Już po kilku jękach bólu on się pozbył wenflonu. Ja jednak wciąż miałem czekać. I czekać… 

Nieopodal mnie siedziała para młodych osób, on podtrzymywał ją, a ona miała wpiętą niewielką kroplówkę do wenflonu na dłoni. Tyle tylko, że rurka zaczęła się robić czerwona od krwi… Obok nich wielokrotnie przechodziły pielęgniarki, nie zauważając tego. Wstali, szukając pomocy, ale dopiero wracający do ambulansu ratownik z uśmiechem zakręcił kranik i wywołał pielęgniarkę, pokazując krwawy przewód.

Odsiecz nadciąga, a ja jestem twardzielem

Nareszcie dostałem sms, że Tomasz już jedzie w kierunku wskazanej lokalizacji, to ośmieliłem się również ponownie poprosić pielęgniarkę o wyjęcie wenflonu. Do akcji przystąpiła ta sama ostra siostra miłosierdzia, co torturowała wspomnianego biegacza. Gdy ujrzałem, że jest bez rękawiczek, za to ma dłuuugie krwawe tipsy, to wiedziałem, że to będzie ostre starcie, w którym pozostaje mi tylko z uśmiechem myśleć o gulaszu i kieliszku cierpkiego węgierskiego wina. 

Wenflon był mocno przyklejony specjalnym plastrem, który nie chciał poddać się tipsom węgierskiej pielęgniarki.

Takie przyklejone cudo – wenflon

W trosce o całość moich żył i czystość białej leżanki zaproponowałem pomoc — a gdzie tam! Zostałem ofuknięty, plaster został popsikany jakimś alkoholem, a wenflon został wypięty tak, żebym na pewno poczuł, że z NFZ Węgier się nie-za-dzie-ra! Tyle tylko, że ponoć my, biegacze, mamy odrobinę wyższy próg bólu, więc zniosłem to ze stoickim spokojem, uśmiechając się i dziękując za uwolnienie od plastikowego kranika.

Dostałem wypis i kopię wszystkich wyników. Byłem wolny. Na telefonie zostało 5% baterii! Zadzwoniłem do Tomka, który był gdzieś niedaleko na parkingu, teraz on wysłał mi swoją lokalizację. Z trwogą w sercu ruszyłem tempem sprintera w kierunku punktu w nawigacji. Po kilkuset metrach sprintu dotarłem do Tomasza, ciesząc się, że przygoda zakończyła się pozytywnie. 

Ekipa właśnie śmiała się napisu „Szakambulanciak”, pod którym zostałem uwieczoniony, wraz z moim wypisem, rzecz jasna.

Uśmiech na widok ekipy ratunkowej i możliwości powrotu do Polski

EKG, UKG, badania, Holter i…

W niedzielę wieczorem byłem już w domu, węgierska przygoda zakończyła się. 

Choć to się wydaje nieprawdopodobne, dzięki wolnemu terminowi  u kardiologa, doktora Piotra Pakuły w Rybniku (dzięki Monika za namiar!), już we wtorek rano byłem u niego na pierwszej wizycie i badaniu EKG, które mógł porównać z kilkoma poprzednimi, sprzed maratonu w Wenecji i Walencji. Później zrobiłem komplet szczegółowych badań krwi, a ponadto oddałem do prześwietlenia (zaległe od roku skierowanie!) moje płuca. W środę miałem zrobione UKG i dostałem na dobę Holtera — takie śmieszne pudełko, coś jak walkman z dziesiątkiem kolorowych kabelków i przyklejonych elektrod.

Świetne wyniki badań, czyste płuca i pozytywna analiza zapisów Holtera („serce sportowca?”) dały zielone światło u przemiłego kardiologa, dzięki czemu w niedzielę wystartowałem w Żorskim Biegu Ulicznym, w którym nabiegałem 45 minut i 40 sekund, biegnąc z lekką dozą ostrożności, ciesząc się jak dziecko, że wciąż mogę biegać i to pełną parą. 

Podziękowania

Przede wszystkim dziękuję mojej Żonie i rodzinie, którzy swoje przeszli martwiąc się o mnie przez długie godziny mojej diagnostyki. Dziękuję Tomkowi i Ani za cierpliwe oczekiwanie i zebranie mnie, niedoszłego finiszera, z Budapesztu, wraz z moim dobytkiem. Tomaszowi nawet się udało przekonać Węgierki pilnujące depozytu do wydania moich ubrań, które myślałem, że utraciłem już bezpowrotnie. 

Dziękuję wszystkim, którzy wbili mi do głowy i utwierdzili w tym, że mądrzej jest zejść z trasy, zanim coś się stało, niż męczyć się i skończyć na noszach bez czucia. Dzięki za wiadomości, telefony, pytania i gratulacje decyzji. Każde Wasze słowo łagodziło smutek pożegnania z maratońską trasą.

Dzięki temu skupiłem się nie na tym, co się w Budapeszcie wydarzyło, bądź co się mogło wydarzyć, gdybym biegł nieprzytomnie dalej, ale na porządnym sprawdzeniu stanu mojego zdrowia. Przyczyna złego samopoczucia na trasie leżała w astmie, być może nałożył się na to po prostu słaby dzień, który czasem się zdarza.

Zbadajcie się!

Kochani, to jest ten najważniejszy akapit tego wpisu. Już kiedyś pisałem o tym, że trzeba się badać w związku z uprawianiem sportu. Niech mój przykład Wam pokaże, że warto i trzeba się porządnie i cyklicznie badać. Od podstaw — morfologia, EKG, badanie u lekarza pierwszego kontaktu, aż po szerszą diagnostykę serca, oddechu… Ja i tak mam to szczęście, że częściej widzę lekarza, jako astmatyk. 

Z rozmów ze znajomymi biegaczami (i ich bliskimi) wychodzi na to, że wszyscy wiedzą, że by było trzeba się zbadać, ale… prawie nikt się nie bada, nawet w tym najprostszym, dostępnym na NFZ zakresie. 

Bardzo Was proszę, badajcie się. Tak się składa, że trasy zawodów są zabezpieczane przez służby medyczne, w razie, gdyby nie co (odpukać!) ktoś Wam udzieli pomocy. Natomiast trasy Waszych treningów już nie są zabezpieczane medycznie.

W ostatecznym rozrachunku wiem, że kardiologicznie jestem „czysty”, że mogę trenować, bo serce jest już wyćwiczone, a organizm dobrze znosi wysiłek. Czy możecie powiedzieć to o sobie? 

Numer ICE, EKUZ i ubezpieczenie

Przed startem w zawodach wypełnijcie numer telefonu ICE („In case of emergency”) kogo zawiadomić w razie, gdyby nie co (na odwrocie numeru startowego), przy wyjazdach zagranicznych miejcie ze sobą EKUZ, zróbcie jego zdjęcie i miejcie w telefonie. Korzystajcie też z naprawdę niedrogich ubezpieczeń na wyjazdy zagraniczne. To naprawdę niewiele zachodu, koszty również niewysokie, a to może bardzo usprawnić Wasz powrót do domu, gdyby coś miało zdarzyć się na trasie zawodów…  

DNF – to nie takie straszne

A podczas zawodów, gdy wchodzicie w najwyższy poziom wysiłku i coś zaczyna się dziać, pomyślcie, czy jakiekolwiek cudowne cyferki na tablicy wyników będą cokolwiek znaczyły w Waszym dalszym życiu, jeżeli przekroczycie granicę wytrzymałości żywej materii i gdy organizm powie Wam „STOP”.  

Jeśli uznacie, że nie wszystko idzie po Waszej myśli, że coś jest nie tak (naprawdę trudno przegapić symptomy zbliżającego się kryzysu), nie wahajcie się zejść z trasy, zrezygnować z ryzyka, pomyślcie o bliskich, o ich stresie; to co wydaje się poddaniem i rezygnacją z dalszej walki, jest mądrą decyzją, którą Wasi biegowi przyjaciele pochwalą, w której Was wesprą i którą zrozumieją. Ja to już wiem, bo tego doświadczyłem, na mnie też możecie w tej kwestii liczyć.

Patrzę na arkusz wyników maratonu w Budapeszcie. Przy moim imieniu, nazwisku i numerze startowym są już na zawsze zapisane trzy tajemnicze literki: DNF. „Did not finish” – nie ukończył. Patrzę i uśmiecham się, bo ta historia na całe szczęście ma dobre zakończenie.

A Wam, wytrwałym czytelnikom, którzy dotarliście aż do tego miejsca tekstu, życzę zawsze udanych zakończeń biegu, w zdrowiu i w radości na mecie.


6 Comments

  1. Ninja

    Paweł, wielki szacun za rozwagę i – jak podkreślał pewien filozof – czujność ;)

  2. No… potwierdzasz tylko moje zdanie o świadomych biegaczach. Ktoś kto zna swoje ciało niedopuści do dramatu, wiesz, kiedy pojawią się jakieś problemy. Szkoda nie ukończonego biegu, ale następne przed tobą. Trzymaj się!

  3. Ja wiem, że to cała historia i przeczytałem calutką, ale i tak nie wiedzieć czemu, w głowie mi się kołacze, że „wybiegany” brzmi jak „wyżarty”. Chyba głodny o chlebie… :)
    Fajnie, że serce nie pokonało rozumu, jakkolwiek w kategoriach kardiologicznych dziwnie to może zabrzmieć :)

    • Masz rację, ja już jestem przesiąknięty biegowym słownictwem, wybiegany to taki, któremu już nogi się same kręcą na dłuższych dystansach, problemem nie jest dystans, co czas przebywania na nim ;)
      No wiesz, cokolwiek tez bym zjadł… ;)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén