Bieganie

Maraton – w poszukiwaniu odpowiedzi

maraton-odpowiedz

Dziś krótki tekst będący odpowiedzią na moje wątpliwości:

dlaczego to właśnie maraton miał zmienić moje życie biegowe.

I czy pobiegnę kiedyś maraton jeszcze raz.

Bo ewidentnie zmienił. A czy znowu pobiegnę maraton? O tym za chwilę.


Po co ten maraton?

Przed maratonem w Wenecji zadawałem sobie pytanie: po co ja właściwie w tę całą imprezę się wkręciłem? Nie mogłem sobie biegać dalej grzecznie półmaratonów, szlifując wynik? Ewentualnie biegając rozrywkowo po górach i strasząc górskie łasice oraz spijając wodę z chłodnych górskich strumyków? (zastanawiając się czy na szczycie gdzieś nie stoi i nie sika do nich baca).

Otóż nie. Zwyciężyła ciekawość poznania tego dystansu, zmęczenia, sprawdzenia czy gdzieś około 30km nie będzie tak szeroko reklamowanej i opisywanej „ściany”. Do tego skoro inni mogą, to dlaczego ja nie? Musiałem też sam przed sobą odpowiedzieć na pytanie czy ja dam radę.

pakiety

Przy okazji zderzyłem bardzo brutalnie moje założenia i pewność siebie (bo przecież ostro trenowałem!) z rzeczywistością. Bo w każdym z nas siedzi taki mały chłopiec, który lubi zderzać ze sobą zabawki, obserwując skutki tego działania.

Dlaczego biegacie maratony?

I tu był pies pogrzebany. Przed startem pytałem znajomych maratończyków dlaczego biegają w maratonach. Co tam jest w tym nieznanym mi, kilkugodzinnym monotonnym bieganiu, że się startuje znowu. Przecież to wbrew logice! Najpełniej odpowiedział mi maratończyk Marek z bloga „Droga do Tokio”.

Dlaczego biegam maratony? Maraton to dla mnie crème de la crème, który wieńczy żmudny etap przygotowań. Dystans, na który z wypiekami na twarzy czekam dwa razy w roku.

To wielka niewiadoma z ogromnym znakiem zapytania, który pojawia się gdzieś w okolicach znacznika 30-ego km. Czy się uda? Dobiegnę w upragnionym czasie? Czy znowu będę sobie pluł w brodę i inne części ciała, że mnie poniosło i zrobiłem coś nie tak?

Maraton – przeważnie narzekam, ale zawsze do niego wracam. Bo ten dystans jest jak magnes. Taki w wersji dla biegających masochistów: równie mocno boli co przyciąga.

Zadawałem sobie to pytanie, bo przecież biegi górskie są o niebo ciekawsze – zarówno z racji piękna otaczającej przygody jak i zróżnicowania doznań. Taki przykład z naszej wyprawy z Tomkiem na 1/2 Sky Marathon Babia Góra. Cztery godziny przygód – deszcz, grad, wichura, błotko, śliskie kamienie, mgła, cudowne widoki, totalne zmęczenie i wielka radość na mecie. I podziw dla tych herosów, którzy biegli cały maraton górski czy jego wielokrotności.

A tu? Maraton biegnie się asfaltem, w moim przypadku ponad cztery godziny, po to tylko, żeby odczuć zmęczenie i znużenie na mecie. Więc założyłem sobie, że pewno będę  chciał przebiec maraton tylko jeden jedyny raz. Bo zanudzę się na amen.

I tu się pomyliłem

Znużenie na mecie minęło bardzo szybko. Szczególnego zmęczenia też nie odczułem. Choć radości w tym finiszu w Wenecji było niewiele. Siedziałem smętnie pod drzewem w parku i byłem gotów wołać:

Radości gdzie jesteś, przybywaj! Gdzie są te cholerne endorfiny!?

W głowie miałem i mam wciąż to, co się działo po trzydziestym kilometrze. Tak jak Tomek napisał w relacji – że maraton zaczyna się po trzydziestym kilometrze. Obserwowałem wciąż i od nowa z pewnego oddalenia własne narastające zmęczenie, jakaś tam część mnie podziwiała się za toczoną walkę, inna – była coraz bardziej zirytowana spadającą prędkością. Obserwacja trwała do mety. Widziałem też wokół poddających się biegaczy, lub tych, którzy cierpieli nieskończenie mocniej niż ja. Ten widok wraca.

Ale też to wszystko sprawiło, że na mecie poczułem się w większej części spełniony – bo wiedziałem, że dałem z siebie (prawie?) wszystko. Choć nie było to wymarzony i założony podczas treningów czas, to jakaś cząstka obiektywizmu z aprobatą kiwała głową i tłumaczyła:

zrozum, zasługiwałeś właśnie na taki wynik, nie lepszy ale i nie gorszy.

Przesunięta granica możliwości

W gruncie rzeczy, to nie sam dystans nobilituje, ale właśnie to, na ile się zmierzyło z własną słabością i chęcią odpuszczenia. Moim zdaniem właśnie dlatego chce się  podjąć walkę z maratonem jeszcze raz, żeby ponownie spotkać się ze swoimi negatywnymi myślami po trzydziestym kilometrze. To nie jest wyrównana walka, trzeba używać podstępów, dyskutować, ignorować podszepty, czasem nawet krzyczeć na siebie, na swoje słabnące ciało. Ale dzięki temu przesuwa się własną granicę możliwości. I wystarczy ją przesunąć jeden jedyny raz i wszystko się zmienia.

Wielkim truizmem jest, że w maratonie „biegnie głowa”. Tak, to ona wizualizuje zmęczenie i to, że trzeba już natychmiast odpuścić. Wtedy zaczyna się nierówny bój głowy z niezłomną wolą. Rezultat jest niepewny aż do ostatnich metrów maratonu. Tego w pełni doświadczyłem i to jedyne zrozumiałem.

Szacunek dla dystansu

Na trasie nabrałem jeszcze większego szacunku dla królewskiego dystansu. Bo zdarzyć się na trasie, pomimo dobrego przygotowania, mogło wszystko. I z tego szacunku dla 42195 metrów nie wystartuję w nim szybciej, niż za rok. Bo chcę być dobrze przygotowany do kolejnego startu.

Co jest dla mnie wyznacznikiem dobrego przygotowania? To, co było moim głównym celem. Nie chciałem przeżywać dramatu przed metą i za metą. To miał być krańcowy wysiłek, ale nie z gatunku tych, że mnie trzeba będzie zdrapywać z asfaltu szufelką przekładając na nosze. Chciałem przekroczyć linię mety i powiedzieć:

Cholera, dokonałem tego. Warto było trenować!

I chciałem wstać dzień po bez „syndromu maratończyka” – czyli żeby żadne schody nie były wyzwaniem. I tak. Dopiąłem swego.

„Boli, ale przyciąga”

Marek świetnie ujął istotę maratonu. W pełni podpisuję się pod tym, co powiedział – choć tego bólu doświadczałem na maratońskiej trasie tylko raz. Chcę więcej.

Podobnie też pisała mi Małgosia czyli Biegająca Babcia:

„Ból i szczęście w jednym dlatego stajemy na starcie kolejnych „

Więc… Kiedy będzie następny raz? Jesień 2017 – wtedy dopiero liczę, że na blogu pojawi się kolejny maratoński wpis…

kciuki


17 Comments

  1. Marek napisał mi w komentarzu, że maraton może przebiec KAŻDY. Wiadomo, że nie każdy kto całe dnie tylko siedzi, każdy kto trenuje…ale…ja dalej uważam że nie każdy. Maratończycy to ludzie których cechuje duch walki, rywalizacji, ludzie o mocnej osobowośći, uparci, dążący do celu, czyli to co charakterystyczne dla sportowców. Nie wystarczy tylko biegać, trzeba mieć w sobie to coś. :)

    • Ja myślę, że każdy kto chce i kto poważnie podejdzie do tematu przygotowań do maratonu. Najwięcej rywalizacji w maratonie to jest z własnymi słabościami i chęcią poddania się. Sportowcy to gnają gdzieś tam na przedzie, a ci co walczą ze sobą, trochę dalej.

  2. Niedługo Florencja i maraton tamże. Nie wiem, czy jest sens zastanawiać się po co tam biegnę?

    Co do nieprzewidywalności maratonu to zgoda. Trza mieć dużo pokory i hardu ducha jednocześnie.

    Bardzo dobrze napisałeś o tej przesuniętej granicy możliwości…

  3. Maratończycy bo banda szaleńców, których niezwykle szanuje!
    Dla mnie 5km jest i optymalnym dystansem i nie ciągnie mnie po wiecej, 4h- umarłabym z nudów a asfalt rujnuje stawy i kręgosłup niestety.
    Paweł- jestem pełna podziwi za formę, chart ducha, mądre podejście do tematu i że chcesz jeszcze! SZACUN!
    ps. „to nie sam dystans nobilituje, ale właśnie to, na ile się zmierzyło z własną słabością i chęcią odpuszczenia” 10/10

    • Patrz, są jeszcze ultrasi. To są dopiero wariaci. Ja Ci powiem, że te 4h to nie jest takie złe, coś do roboty zawsze się znajdzie na trasie, poszydełkować można, pogapić się, pozipać, zjeść coś, napić ;)
      Z tymi stawami to się przyzwyczajają, a kręgosłup się wzmacnia – skoro ja stary skoliotyk się nie rozsypałem, to chyba nie jest to aż tak groźne ;)
      No i fakt. Chcę jeszcze :D

  4. Joanna Kurek

    Szkoda, że nie doświadczyłeś takiej dzikiej radości na mecie pierwszego maratonu. To jest moje ulubione zdjęcie – dosłownie 100-200 m przed metą. Jak na nie patrzę to wszystko mi się przypomina. Szukam tej radości i szukam… I trochę się boję, że jest niemożliwa do powtórzenia! Poszukam jej jeszcze raz, za dwa tygodnie, i tak jak Ty we Włoszech :)
    https://uploads.disquscdn.com/images/c97afa72f1329784967a93d931687f2b2b5b29f93488c902c513a65b103de672.jpg
    Dlaczego pobiegnę maraton? To trochę jak z górami. Gdy pierwszy raz weszłam na Rysy, pomyślałam że wszystko mogę co tylko sobie wymarzę. Więc poszłam wyżej i wyżej. Poradziłam sobie ze zmęczeniem i wysokością i już wiem, że człowiek jest silniejszy niż myśli. Polecam – jeśli nie znasz – moją ukochaną książkę „Dotknięcie pustki”.
    Nie dasz rady? DASZ!
    I jeszcze coś – ten medal co go przywiozłeś z Wenecji nie jest za przebiegnięcie 42 km w mniej czy bardziej wymarzonym czasie. On jest za miesiące przygotowań, za każdy kilometr wydeptany w samotności, za umiejętność łączenia pracy, życia rodzinnego, biegania i wielu codziennych obowiązków. Za wiele chwil, gdy się nie chciało i nie miało siły.
    Znajdź sobie piękne miejsce na maraton w przyszłym roku!

  5. mgr inż. Anioł

    Ze wszystkim się zgadzam, wiele z tego co piszesz widziałem w Tobie na mecie.
    Ale… wpis maratoński zakładam pojawi się wcześniej :) jeśli dopuścisz moją rzymską relację :)

  6. Ja po rozchorowaniu się przed wiosennym maratonem zamierzam pobiec go wtedy … gdy poczuję, że na to jest właściwy czas, kiedy poczuję się bardzo dobrze przygotowana – tj. szybciej będę pokonywać kolejne kilometry aby nie męczyć się około 6 godzin. Jeszcze nie doświadczyłam jak to jest pobiec – i nie wiem co się wtedy czuje i dlatego z ciekawością czytam artykuły takie jak Twój :)

    • Będę mocno trzymał kciuki. Chyba najważniejsza w biegu jest głowa :) Reszta to już tylko odpowiednie przygotowanie fizyczne no i pewna doza szczęścia (pogoda).

  7. Syndrom dnia następnego… To jest dla mnie miernik przygotowania. Po pierwszej połówce nie mogłam chodzić dwa lub trzy dni. Po drugiej i trzeciej (co prawda wolniejszej niż pierwsza, ale dystans ten sam) – nawet zakwasów nie miałam. NIC. Dlatego ja – ewentualnie – zmierzę się z maratonem w 2018. Gdy naprawdę tych kilometrów wybiegam wystarczająco dużo, żeby te kolejne 42 mnie nie zabiły :D

    • Dlatego ja się do maratonu nie spieszyłem. Sam przybył. Dlatego warto trochę się poświęcić, żeby potem nie stać się kolejnym męczennikiem, który tak bidulka cierpiał na trasie :) I wiesz, do 21km co się dzieje to dobrze wiesz. Do 30 spokojnie sobie wyobrazisz. Potem już jest tylko 12km, z czego – przy dobrych wiatrach – te ostatnie 2 widać i słychać, więc co – dychy spokojnie nie przebiegniesz?? :D

      • No jak nie przebiegnę, jak przebiegnę, haha :D Ale nie teraz :D
        —————————————-
        Teraz to ja chcę 15 przebiec :/

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén