Im więcej biegam, tym mniej piszę, a tu maraton w Walencji tuż za rogiem, do startu został ostatni tydzień, jestem na ostatniej prostej przygotowań. Wczoraj skończyłem długie wybiegania, czas na sławne łapanie świeżości. Żeby mnie tylko energia nie rozniosła podczas tego odświeżania.

Zapraszam więc na przedstartowy tekst, nabierzmy trochę hiszpańskiego słońca, bo za oknem zimno, mokro, wkrótce pewno spadnie śnieg.

Smog, który skrócił przygotowania startowe

Ten rok jeżeli chodzi o moje wyniki, nie obfituje w szczególnie szczęśliwe układy cyfr na mecie. Długi sezon grzewczy a więc i smogowy, rekordowe, tragiczne wręcz przekroczenia norm PM10 i PM 2,5 odrzucały mnie od biegania.

Wystartowałem oczywiście w kilku ciekawych biegach wiosennych i letnich ale bardziej dla przyjemności, niż z nadzieją na wyniki podobne do ubiegłorocznych, gdy podczas przygotowań do maratonu śrubowałem rekordy życiowe na 5/10 km i w półmaratonie.

Niepostrzeżenie pojawił się czerwiec, później śmignęły wakacje, a maraton nadchodził wielkimi krokami Coś tam biegałem, ale trudno mi było zmotywować się do dłuższych treningów.

Jedynym pewnym punktem były cotygodniowe treningi core stability dla biegaczy prowadzone przez Kamila z Fizjofunk, do którego też zwróciłem się z prośbą o przygotowanie mnie do maratonu w listopadzie, w Walencji. Zerknęliśmy w kalendarz. – Spoko – powiedział Kamil – mamy pełne trzy miesiące treningów.

I zaczęło się trenowanie…

Treningi na tętno a nie tempo

Trzy miesiące to wystarczający czas aby przygotować się wytrzymałościowo na start, bez wielkich aspiracji na wykręcenie wspaniałego wyniku. Zależało mi na jednym: przebiegnięciu maratonu w sposób kontrolowany, bez spotkań ze ścianą czy spacerów pod koniec dystansu. Nie chciałem też zabiegać się na amen podczas przygotowań. Swoje jednak wybiegać musiałem.

I czas przygotowań wykorzystałem w pełni, z biegania wypadł de facto tylko jeden weekend, gdy mnie rozłożył jakiś bezlitosny wirus, gorączka, problemy żołądkowe, absolutny brak sił.

Tak wyglądał trening biegowy we wrześniu

A tak w październiku:

I na specjalne życzenie Piotra, listopad:

Listopad trening pod maraton

Wybrałem opcję trenowania cztery razy w tygodniu, z jednym długim, niedzielnym wybieganiem. Przeprosiłem się z paskiem pulsometru i analizowaniem swojego poziomu tętna.

Kamil przygotowywał mi zadania do realizacji wg mojego poziomu tętna podczas biegu, z nałożeniem ogranicznika: jeżeli tętno niskie, to i tak nie mam przekraczać pewnych prędkości podczas biegu. I to sprawdziło się. Im dłużej biegałem, tym spokojniejsze tętno miałem, nareszcie realizuję spokojne treningi w okolicach tempa 6min/km przy tętnie 135-140 ud/min.

Startem kontrolnym, acz bardzo spokojnym, był półmaraton PKO Silesia z cudownym finiszem na Stadionie Śląskim.

To był jeden z niewielu moich spokojnych startów, z konkretną strategią, którą zrealizowałem w 100%, nawet z negative splitem, czyli szybszą drugą częścią dystansu!


Jakieś 650km przebiegniętych kilometrów później, kilka audiobooków dalej, uzbrojony w nową parą butów do biegania i jedną przetartą parą ukochanych skarpetek biegowych (jakieś straty musiały być) znalazłem się raptem pięć dni przed maratonem w Walencji.

Jak będzie w tym roku?

Maraton w Walencji

To ponoć świetne miejsce do biegania…

Taką koszulkę otrzymamy w pakiecie startowym…

A tu chyba najfajniejszy ubiegłoroczny film – który jest w technologii 360′, używając myszki możecie obracać swój punkt widzenia…

Pięknie, prawda?

Koniec przygotowań i…

Wczoraj skończyłem ostatnie długie wybiegania i… żal mi trochę końca przygotowań. Każdy z treningów stanowił wyzwanie, czemuś służył. Analizowałem tętno, prędkość, poziom zmęczenia. To ile wody wypiłem, ile bananów w biegu zjadłem, jaka była moja waga po wybieganiu – czy byłem odwodniony.

A teraz?
To strasznie głupio brzmi, ale dopóki trenowałem wiedziałem, że wszystko jeszcze przede mną, stanowi fajną niewiadomą. Dziś etap przygotowań został nieodwołalnie zamknięty. Za pięć dni Walencja powie: sprawdzam! A ja ponownie zmierzę się z królewskim dystansem. Chciałbym z uśmiechem wbiec na metę wieńcząc godnie te trzy miesiące przygotowań.

A jak będzie? O tym dowiem się za 5 dni i kilkanaście godzin… Trzymajcie kciuki za mnie i za Tomasza, dzięki któremu cały wyjazd mógł dojść do skutku!

Maraton Walencja