Bieganie, Relacje

Multirelacja – Madryt, Topór, Visegrad i półmaratony

Wstęp

Moja biegowa wiosna 2019 była obfita w starty. Było ich na tyle dużo, że o ile na osobną relację z Salamandra Ultra Trail znalazłem czas, o tyle kolejnych startów było już zbyt dużo, by każdy osobno opisywać.

Postanowiłem jednak, w jednym wpisie wspomnieć o każdym zaliczonym starcie. Każdy był bowiem inny, przyniósł nowe doświadczenia, przygody i emocje, przeżywane czasem z przyjaciółmi, lub w samotności na trasie.

Kwiecień nie był dla mnie łatwym miesiącem, ze względu na silną alergię, na tyle mocno wpływającą na mój organizm, że alergolog orzekła u mnie astmę sezonową i przepisała nieznane mi dotąd leki wziewne. Problemy z oddechem przeszkadzały w treningach i irytowały. To, co dobrze znane jest Pawłowi, dla mnie było nowe i dziwne. Koniec końców, nie miało to jednak wpływu na mój kalendarz startowy. Postanowiłem niczego nie zmieniać, nawet jeśli uzyskiwane na zawodach czasy będą gorsze od tych, które osiągałem poprzednio.


28 kwietnia – Rock&Roll Madrid Marathon

Do Madrytu wybrałem się na 4 dni, wraz z grupą przyjaciół. Miał to być mój kolejny maraton w europejskiej stolicy, a drugi w Hiszpanii, po przebiegniętym wraz z Pawłem w 2017 roku Maratonie w Walencji.

Zaraz po przylocie w piątek odwiedziliśmy Expo i odebraliśmy pakiety startowe. Zawody pierwotnie miały się odbyć w niedzielę, ale ze względu na termin wyborów, zostały przesunięte na sobotni poranek.

Trasa maratonu poprowadzona była tak, aby biegnąc, zobaczyć wszystkie najważniejsze zabytki miasta. Nie omijała również urokliwych parków.

Pogoda podczas startu dopisywała, choć było dużo cieplej niż o tej porze w naszym kraju. Jak przystało na Rock&Roll maraton biegaczom na starcie i podczas zawodów w wielu miejscach towarzyszyły kapele rockowe, grające znane wszystkim hity.

Wystartowałem dziarsko, choć pierwsze kilometry trasy biegły pod górkę. Mniej więcej do połowy dystansu biegło mi się super, aż do zatrzymania na siku. Wtedy dopadł mnie silny atak kaszlu, oddech zaczął świszczeć i już nie wrócił do siebie. Nie marzyłem wiec o dobrym wyniku, cieszyłem się biegiem, widokiem kibicujących mieszkańców stolicy Hiszpanii. Mój czas na mecie 3:50:04 daleko odbiegał od ambicji. Był to mój najwolniej przebiegnięty maraton w ostatnich latach.

Kolejne dni w Madrycie spędziliśmy na zwiedzaniu, świętowaniu wspólnej wyprawy oraz delektowaniu się miejscową kuchnią.


11 maja – VII Żorski Bieg Ogniowy

W maju, jak zawsze 11go, wspólnie z Pawłem wystartowaliśmy w Żorskim Biegu Ogniowym na 5 km. Sam już nie liczę, który był to mój start w tych zawodach. Nie raz pisaliśmy o nim w naszych relacjach. Warto tym razem wspomnieć o bardzo dobrym wyniku Pawła, który ukończył bieg z czasem 21,19 co dało mu 158 miejsce na prawie 800 startujących. Ja byłem dokładnie 2 sekundy szybszy, był to wynik o kilka sekund gorszy od mojej żorskiej życiówki na tym dystansie.


18 maja – Beskidzki Topór 43 km

Dokładnie tydzień później, wraz z moim przyjacielem Michałem wybraliśmy się do Andrychowa, zmierzyć się z Beskidzkim Toporem 43 km. Trasa biegu wiodła przeuroczymi trasami Beskidu Małego i miała przewyższenie 1911 m w górę i 1745 m w dół.

Zawody były znakomite. Świetnie zorganizowane, ze zróżnicowaną trasą, na której nie zabrakło błota, kamieni, a nawet rzeki. Najważniejsze szczyty na trasie to Gancarz, Leskowiec czy Łysa Góra.

Biegło mi się dobrze, problemy z oddechem jeszcze były, ale już nie takie jak w Madrycie. Ukończyłem bieg z czasem 5:54:16 na 91 miejscu w gronie ponad 250 zawodników, Michał był o 9 minut szybszy. Na mecie panowała atmosfera biegowego święta i pikniku.


2 czerwca – II WizzAir Halfmaraton Katowice

Dwa tygodnie później znów start. Tym razem ponownie na Wizzair w Katowicach. Tu opisywaliśmy start sprzed roku. Wystartowaliśmy wspólnie z Pawłem, ale również wieloma biegowymi przyjaciółmi: Natalią, Wieśkiem, Mariuszem, Bartkiem i Gerym.

Upał na trasie nie sprzyjał dobrym wynikom. W Katowicach tego dnia było około 28 stopni. Trasa jak zawsze w tych okolicach nie należała do łatwych. Nasze wyniki 1:36:37 (mój) i 1:44:07 (Pawła) należy w tych warunkach uznać za dobre. Byłem bardzo zadowolny ze 132 miejsca wśród ponad 2000 startujących.


15 czerwca – Visegrad Ultra 58 km

Z regularnością szwajcarskiego zegarka, po dwóch tygodniach znów zawody. Po raz drugi postanowiłem ponownie zmierzyć się z kapitalną trasą z zamku w Starej Lubovnej na Słowacji do Rytra. Opis trasy znajdziecie w mojej zeszłorocznej relacji.

Rok temu mimo, że był to mój debiut na tak długiej trasie pobiegłem dobrze, a z czasu 7 h 43 min byłem nawet dumny. W tym roku zawody okazały się dla mnie niezwykle ciężkie. Mimo, że start było o godzinie 6:00 rano, już wkrótce na trasie było bardzo ciepło.

Sam nie wiem, może źle byłem nastawiony i trochę przestraszony upału, który miał wg prognoz przekroczyć w cieniu 34 stopnie i dokładnie tak zrobił. A może problemy z żołądkiem, które zaczęły się około 15 km sprawiły, że już na 20 km miałem dość. Czas był już wtedy słaby, 20 min gorszy niż zeszłoroczny. Układ pokarmowy odstawił fajerwerki. Na Wielkim Rogaczu miałem myśli by zejść z trasy. Miałem jednak za mało wody, na kilkunastokilometrowy powrót do Rytra. Wylazłem więc na Radziejową, później na Przechybę.

Stamtąd był mocno w dół do Rytra. Mijając miejscowość znów miałem myśli by skończyć. Ale jakby to było usiąść po biegu i myśleć, że nie ukończyłem? Mimo, że zrezygnowany i mając w nogach 42 km dotarłem nad Poprad. Tam na punkcie żywieniowym solidnie zlałem się wodą z węża. Uzupełniłem płyny, napełniłem bukłak i soft-flaski. W trakcie całego biegu wypiłem łącznie około 9 litrów płynów, a sam nie wiem ile wylałem na głowę.

Pozostawało jeszcze 16 km, na których trzeba było wspiąć się stromym podejściem na Makowicę, a następnie zbiec z niej do zamku w Rytrze. Postanowiłem, że póki nogi ciągną to i żołądek musi dać radę. W tym momencie, po raz pierwszy na zawodach, myślałem już tylko o tym by zmieścić się w limicie 10 h.

Upał doskwierał aż do samego końca. Ostatnie kilometry po asfalcie ciągnęły się niemiłosiernie. Ale wreszcie po 9 h i 37 minutach (prawie 2 h dłużej niż rok wcześniej!) zameldowałem się na mecie.

O dziwo nogi były w niezłej formie, ale cały organizm bardzo zmęczony, jak nigdy dotąd. Byłem jednak w limicie na 103 miejscu wśród niemal 150 zawodników, którzy stanęli na starcie najdłuższego z dystansów VI Biegu Wierchami.


21 czerwca – V Piotrkowski Półmaraton Wielu Kultur

Nie odpocząłem jeszcze do końca po powrocie z Rytra, a już przyszło mi, znów wspólnie z Pawłem stanąć na starcie ostatniego biegu, jaki miałem w planie w pierwszej połowie roku.

Tym razem wybraliśmy się do Piotrkowa Trybunalskiego, przebiec trasę półmaratonu składającą się z 4 pętli. Wyglądała wstępnie na dość płaską i sprzyjającą wynikom, jednak liczne krótkie podbiegi i masa zawrotek sprawiła, że nie był to wcale łatwy bieg.

Do Piotrkowa pojechaliśmy w piątek po pracy i koło 18:00 odebraliśmy pakiety startowe na hali Piotrkowskiego Osiru. Później zameldowaliśmy się w hotelu na samym Rynku Trybunalskim, gdzie znajdowała się meta oraz gdzie pięciokrotnie mieliśmy przebiegać podczas zawodów.

Start miał miejsce o godzinie 21:00, w dobrej jak na czerwiec temperaturze około 19 stopni.

W głowach mieliśmy myśli o życiówkach. Paweł z waleczną miną ciągnął od początku do końca. Mnie starczyło woli na 5 km, później mimo, że wydolnościowo czułem się dobrze, nogi oznajmiły, że szybciej niż tempem 4’40 już dziś nie pobiegną.

Czułem, że okres regeneracji po Visegradzie był za krótki, trzymałem niezłe tempo, za słabe jednak by zbliżyć się do wyniku 1:33. Na mijankach widziałem wspaniale walczącego Pawła i okrzykami dodawałem mu energii, a przynajmniej tak mi się zdawało. Pomyślałem, że ja z tego biegu już wiele nie wyciągnę, ale On może zrobić świetną życiówkę.

Gdy na ostatniej mijance spostrzegłem, że Paweł jest wciąż około 1,5 min za mną wiedziałem już, że nie odpuści. Cieszyłem się więc Jego walką, a sam z uśmiechem kończyłem ostatnie kółko dziwiąc się, że mój czas będzie o 2 min gorszy niż ten, zrobiony w upale podczas WizzAir. Ale fizjologia ma swoje prawa. Albo starty na długich dystansach co 2 tygodnie, bez odpowiedniej regeneracji, albo życiówki.

Skończyłem z czasem 1:38:14 na 126 miejscu i czekałem na Pawła. Był za mną tak blisko, że nie zdążyłem go zobaczyć, gdyż od razu wepchnięto mnie w tłum odbierających medale. Paweł przybiegł z najlepszym w życiu wynikiem 1:39:31. Jego życiówka cieszyła mnie tak samo jak moja. Wiem ile pracy wkłada w porządne treningi i miło patrzeć jak przynosi to efekt. Miło też zjeść po zawodach pizzę i wypić postawione przez Pawła piwo!


I tak kończy się, przydługa trochę opowieść o moich wiosennych startach. Teraz lipiec, treningi, urlop, odpoczynek. Ale już w sierpniu wracam na górskie trasy. Oto, jak prezentuje się na dziś mój biegowy kalendarz na jesień 2019.

DataImprezaDystansPodejścieMiejsce
10.08.2019Chudy Wawrzyniec82 km lub 52 km3400 m lub 2100 mRajcza
31.08.2019Leśnik Maraton43 km2700 mKorbielów
08.09.2019Katowice Business RunsztafetaKatowice
26.09.2019Beskidy Ultra Trail 4747 km3048 mSzczyrk
12.10.2019Łemkowyna Ultra Trail 7070 km2520 mChyrowa-Komańcza
29.11.2019Desert Marathon Eilat42 kmEilat Izrael

A to pewnie jeszcze nie wszystko….


2 Comments

  1. Fajnie zaplanowana trasa :)

    • mgr inż. Anioł

      Rozumiem, że masz na myśli trasę w Madrycie? Tak, była bardzo ciekawa, ale co interesujące mimo wszystko w czasie biegu ja mało zapamiętuje. Następnego dnia spacerując po mieście, byłem zdziwiony, że biegliśmy tu czy tam :)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén