Bieganie, Wakacje!

Najpiękniejszy bieg Minorki


Wakacyjne bieganie to wspaniała okazja do poznania okolicy, jak również jej zwiedzanie. I to w dwukrotnie przyspieszonym tempie. Trochę to przypomina oglądanie filmu na podglądzie, gdy przewijamy nudniejsze momenty.

Jest sobie ładny budynek, zatrzymuję się, podziwiam, robię fotkę i bzzzz tempo skacze do 5min/km i znowu – piękna zatoczka – oglądam, fotografuję i bzzzz tempo biegu ponownie skacze do 5min/km. Dla porównania – szybki marsz to jedyne 10min/km.

Dziś wesoła historia o wycieczce biegowej do miasta, które na mapie było tak blisko, a w rzeczywistości … Poczytajcie sami.


Założenia

Przed wylotem dokładnie przestudiowałem mapę okolic. Jak to w tego typu wesołych historiach bywa – porobiłem plany, wymierzyłem (za pomocą maps Google) odległości. Sprawdziłem temperatury o danych porach dnia. I byłem gotów do biegania.

Po przybyciu, pierwszego wieczoru zaplanowałem godzinę pobudki (6.45), menu przedstartowe (cukierek marki snickers oraz 1/2 banana). Sprawę komplikował brak wody pitnej, bo nasze przywiezione zapasy słodkiej wody kończyły się, woda z kranu była słonawa i niezdatna do picia. Ale co tam, dam sobie radę.

Rekonesans

Rano obudziłem się planowo, ubrałem, zjadłem przygotowaną dawkę kalorii, wskoczyłem w skarpety i buty, kupiłem w automacie butelkę chłodnej wody, którą przelałem do bidonów i ruszyłem na poranny podbój wyspy.

Ruszyłem bardzo miernym tempem, bo było upiornie parno. Skóra błyskawicznie pokryła się wielkimi kroplami potu. Oddychało się bardzo ciężko, musiałem zwolnić. I tak męcząc się przetruchtałem tylko 8km. Sprawdziłem później dane pogodowe, tak, temperatura była do zniesienia, ale wilgotność już nie – 95%!

rekonesans Minorka

Wracając zahaczyłem o sklep SPAR (w Polsce mieszkam w odległości 100 metrów od sklepu SPAR – tam odległość wynosiła … 400m. Przypadek?). Pani kasjerka na mój widok (a byłem mokry od potu z góry do dołu) piękną angielszczyzną obwieściła, że „rzeczywiście muszę potrzebować dużo wody”. Do hotelu zaniosłem cztery 1,5 litrowe butelki.

Za zakupy zapłaciłem 4,01E, no i znowu „grosik byłem winny”. Co oczywiście będzie wspaniałym przyczynkiem do kolejnej historii, o której wkrótce.

Po powrocie i po zimnym prysznicu stwierdziłem że:

-przecież jestem na wakacjach i niczego nie muszę, szczególnie w takich warunkach,

-jeśli już biegam, to muszę biegać tak, aby niosło to ze sobą maksimum przyjemności i było bezpieczne (zapas wody i tempo takie, żeby się nie przegrzać),

-do biegania należy podejść z entuzjazmem i co będzie, to będzie.

Dzień później przebiegłem 6,7 km, dużo szybciej (bo niższa wilgotność – 76%) i … wracając się wykąpałem w zatoczce. Na 2 km przed hotelem. O szczegółach kąpielowych napiszę w jednym z kolejnych wpisów, teraz czas na opis najprzyjemniejszego biegu urlopowego.

Ciutadella

Trzeciego dnia pobytu, gdy już miałem rozpracowane drogi wylotowe z okolicy zamieszkania, postanowiłem zaatakować piękne hiszpańskie miasto – Ciutadellę. Niestety, aby dotrzeć do tego centrum, potrzebowałem wydłużenia zasięgu – 15 km biegu w dotychczasowych, bardzo parnych warunkach. Sporo. Zabrałem więc 0,6 l wody ze sobą, niestety nie zabrałem czapki. Rano słońce jeszcze stoi bardzo nisko, trochę to się na mnie zemściło.

Zgubić się nie mogłem bo szlak rowerowy miał bardzo charakterystyczne oznaczenia:

Szlak_rowerowy

Pierwsze kilometry przebiegłem dość żwawo, podziwiając piękno infrastruktury drogowej. Jak to jest, że u nich się da wydzielić tak szerokie drogi rowerowe z jezdni? Chodnik, pas dla rowerów i jezdnia dla pojazdów, mniej więcej dla każdego miejsca po równo.

Droga_Ciutadella

Zdziwiłem się, jak szybko dobiegłem do latarni, która pilnowała wejścia do zatoki.

Latarnia_Ciutadella

 Widziałem, widziałem już Ciutadellę, czułem charakterystyczny zapach zbliżającego się portu.

widok_Ciutadella

Widziałem też monumentalną twierdzę – fort św. Mikołaja, do którego chciałem dotrzeć. Po drugiej stronie zatoki niestety. Kawał drogi. Wpław by było szybciej.

Ciutadella_Fort, Twierdza Św. Mikołaja

Kontynuowałem bieg, podziwiając z poziomu drogi znajdujący się u mych stóp port.

Ciutadella_stary_port

Ciutadella_port

Na parkingu stały zaparkowane minibusiki poprzerabiane na kampery. Na dachu znajdowały się zaadaptowane do spania „pojemniki” – z szeroko pootwieranymi bulajami i szybkami. Rozrzut modeli dość spory, od bardzo nowoczesnych, po „oldtajmery” mocno nadgryzione zębem rdzy.

Mijałem też przepiękne rezydencje

Ciutadella_rezydencja

i domy do sprzedania. Może ktoś reflektuje?

Dom_na_sprzedaz_ciutadella

Gdy wybiegłem na drogę wlotową do Ciutadelli, zatrzymałem się chłonąc przepiękne zjawisko, które znajdowało się przede mną. Prosta, szeroka droga, ocieniona wysokimi piniami. Oszałamiający zapach drzew wypełniał płuca. Parująca z asfaltu wilgoć tańczyła w smugach wstającego coraz wyżej słońca.

Dla tego momentu warto było rok temu zacząć biegać. Dla tego momentu warto było zerwać się rano i przybiec. Magia.

Ciutadella_droga

Magia i piękno, piękno i jeszcze raz piękno. Ta prosta droga mogłaby gościć finisz najdostojniejszych biegów świata! I za chwilę ja, zwykły urlopowany turysta miałem przez nią przebiec? Tak… Ruszyłem w ślad za poprzedzającym mnie biegaczem…

Ciutadella

Dalej było jak w bajce. Wbiegłem do miasta.

Ciutadella_mury

Mogłem podziwiać już „port handlowy” i wspaniałe jachty oraz łodzie przycumowane do nadbrzeża.

Ciutadella_mury2

Nade mną górowały zabudowania Ciutadelli – zaczynało się miasto. Majestatyczne mury i budowle. Most.

Pobiegłem, ciesząc się każdą sekundą biegu. Wprawne oko biegacza wychwyciło … szybko biegnącą kobietę, która spieszyła się do pracy. Jej tempa nie powstydziłby się zawodowy sprinter, a ona w „stroju firmowym” w butach służbowych śmigała po kolejnych stopniach w kierunku centrum.

Ciutadella_Schody

Przystanąłem, aby porobić kolejne fotografie. I niestety rozstrzygnąć dylemat, co robić dalej. Chciałem zwiedzić centrum i rynek. Oraz dotrzeć do fortu. Ale zwiedzenie obu dość odległych lokalizacji mogło zająć mi i pół godziny. Słońce stało coraz wyżej, coraz mocniej przypiekając.

Ciutadella_slonce_nisko

Nie miałem czapki. I miałem dobre 6 km powrotu. A przecież mieliśmy nazajutrz rano odebrać auto do dalszego zwiedzania wyspy, w tym Ciutadelli. Więc… Czas na powrót.

I jak tu robić zdjęcia?

Zawróciłem na pięcie i pognałem z powrotem. Trochę inną trasą. Wbiegłem na wzgórze w jakieś całkiem sympatyczne osiedle.

Powrot_Ciutadella

Po którym… chodziły kury. Chciałem im zrobić zdjęcie. Niestety pojawił się problem – telefon komórkowy, schowany w etui, na skutek tego, że byłem zlany potem z góry na dół, zrobił się wilgotny.

Nie miałem jak zrobić zdjęcia.

Próby odblokowania telefonu poprzez przesuwanie palcem po ekranie były bezowocne. Mokra smuga za smugą. Raz… drugi… trzeci. NIC! Przyciski boczne – też nie działają. I co?

Rozejrzałem się wokół, w każdym facecie drzemie gen McGyvera. Na pewno musi gdzieś leżeć COŚ, co by umożliwiło mi wytarcie ekranu. Automatycznie, nie myśląc co robię, przetarłem ekran rogiem koszulki biegowej.

To nie był mądry pomysł.

I wtedy do mnie dotarło, że mam większy problem, niż mi się wydaje. Jeśli będę chciał zadzwonić, lub co gorsza, ktoś do mnie zadzwoni, to nawet nie będę miał jak odebrać telefonu.

Tak się składa, że w moim smartfonie za pomocą zewnętrznych przycisków można tylko odrzucać i wyciszać połączenia. Więc muszę przybiec w „godziwych ramach czasowych” przed śniadaniem, żeby póki co śniąca słodko rodzina, nie zaczęła dzwonić, poganiając mnie na śniadanie.

Proszę, oto widok drogi, która mnie tak zaczarowała w ujęciu drugostronnym z mokrym już niestety obiektywem telefonu.

Ciutadella_droga_drugastrona

… ale i tak zdążyłem się w drodze powrotnej wykąpać w kolejnej zjawiskowej zatoczce.

Ciutadella_powrot_kapiel


 A oto „endomondowe” podsumowanie wycieczki biegowej. 89% wilgotności – to tłumaczy problemy z telefonem, nieprawdaż?

Ciutadella_wynik

Ta historia oczywiście będzie miała swój dalszy ciąg. Również fotograficzny. Dzień później pojechaliśmy wynajętym autem, wieczorową porą, do Ciutadelli.

A co wydarzyło się, gdy już zrobiliśmy 1001 zdjęć i chcieliśmy wracać… Tego dowiecie się z następnego wpisu.

Mroki_Miasta_hiszpania


5 Comments

  1. Chyba musisz zainwestować w wodoopornego smartfona, o ile takie istnieją, nie tylko w reklamach. :)
    „Biegam zwiedzając, zwiedzam biegając” – może by jaką kampanię społeczną zrobił? ;)

  2. Ach, nie ma czego. Czasem wystarczy tylko (choćby podstępem) wyjść z domu w stroju biegowym i … samo się biegnie.

  3. Takie bieganie połączone ze zwiedzaniem to ja rozumiem :) Fajnie jak czytam twoje wpisy to mam trochę wrażenie jakbym jakieś reportaże z wypraw lub książkę przygodową czytała, Wciąga, zatem może czas zastanowić się nad książką? :) Widoki bardzo fajne i naprawdę świetną masz determinację, że nawet na urlopie spędzasz czas aktywnie, bardzo aktywnie. Myślę, że w tym miejscu i ja mogę podzielić się moją przygodą z wczorajszej porannej przebieżki po lesie. Otóż zgubiłam się i po raz kolejny utwierdziłam w przekonaniu,że orientacji w terenie (szczególnie niezabudowanym to ja nie mam). Mąż za pomocą GPS mnie namierzył i przez telefon pokierował do domu…. :)

    • Dziękuję za bardzo, bardzo miły komentarz, cieszę się, że opis wyprawy Ci się spodobał :)
      Ale spójrz na Twoją wczorajszą uroczą przygodę (z happy endem!, to najważniejsze). Czuję genialny wręcz materiał na wpis i opis Twoich przeżyć (sama, zagubiona i to w lesie) z drugoplanową (ale bardzo ważną!) rolą męża. Swoją drogą to między innymi dlatego jednak biegam z telefonem, raz – jest tam GPS, dwa – zawsze mogę zadzwonić po pomoc, gdyby coś się działo :)

  4. Naprawdę podziwiam, bo ja nie umiem się ruszyć na bieganie wokół osiedla :/ W takich okolicach bieg musi być wpaniały, ale taka pogoda by mnie nie zachęciła :/ independentgirl98.blogspot.com

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén