Orłowa Trail i Górska Przygoda — bieganie w górach

Przed startem w Orłowej ustaliliśmy z Tomaszem, że relację z tych dwóch górskich biegów byłoby warto połączyć w jeden wpis.

W „Górskiej Przygodzie” startowaliśmy już kilka razy, w Orłowej Tomasz startował rok temu, stąd trudno było coś całkiem nowatorskiego o tych startach napisać; żeby się więc nie powtarzać, połączyłem dwie relacje w jedną. Oba biegi są biegami górskimi i nie są to starty „ultra”. Ale nieźle potrafią przeczołgać takiego biegacza asfaltowego, jak ja.

Bieganie w górach — różne dystanse i stopień trudności

Górska Przygoda zawsze wydawała mi się biegiem o świetnie dobranej nazwie do dystansu i stopnia trudności, porównywalnej czasowo i wysiłkowo z półmaratonem. To taka przygoda w górach, idealna na przetarcie w biegach górskich. Nawet profil biegu jest nieskomplikowany, najpierw skrobiemy się pod górkę, później śmigamy w dół, aż do kultowego zbiegu do schodków na ostatnich pięciuset metrach trasy. No, a potem następuje ogromny zaciesz na mecie i buch, koniec, meta i… chce się więcej…

À propos ostatniego zbiegu, na którym osiąga się prędkość światła. W tym miejscu wyprzedzający mnie biegacz stanął na widok spadku jak wryty: „O, kwa kwa, ale zbieg!”. Po chwili zadumy pognał wykorzystując grawitację i wyprzedzając mnie. Szczęśliwie tym razem nie było lodu na betonowych płytach…

17,5km i 700m przewyższeń, piękne widoki, jesienno-zimowa pogoda — nic tylko zapisywać się i startować. Tu nie trzeba brać plecaka, bidonów, żeli, nawet jeśli ktoś będzie czegoś potrzebował, skorzysta z bufetów na trasie.

Orłowa Trail to już inna bajka, 22km i 1100m przewyższenia dała w kość takiemu „asfaltowemu” biegaczowi, jak ja. Są tu trzy konkretne podbiegi, sporo zbiegania, a końcówka biegu jest… urocza. Ale o niech za chwilę. I zapamiętam ją do końca życia, a już na pewno do przyszłego roku (gdy znowu wystartuję).

Górska Przygoda — co tym razem nas zaskoczyło?

W Górskiej Przygodzie zaskoczyła pogoda w wersji przygodowej. Dobrze, że nasza „czujka górska” czyli niezawodny Sebastian z YnoUltra, uprzedził, ze na szczycie wieje i jest zimno. Tak jakoś z punktu widzenia pogody na dole, zza zaparowanych i zapadanych szyb samochodu, nie chciało mi się zabierać ze sobą na trasę kurtki.

Tyle widać było przez szyby pojazdu.

A na górze wyklarowała się zadymka i zawieja, stąd ciepły ubiór bardzo, bardzo się przydał.

Przed startem z ogromną przyjemnością zjadłem belgijskie frytki w znakomitym towarzystwie Tomasza, mojego brata (zasadniczo to jedyna okazja w roku, żeby rodzinnie pobiegać) oraz Wiesława i Mariusza.

Frytki
Wurszt, frytki belgijskie i napoje. Przed i po biegu jak najbardziej zalecane.

Zmienna temperatura i opady wiązała się z moimi zapadanymi okularami — biegnąc chwilami traciłem kontakt z otoczeniem, przemieszczając się zupełnie na słuch i z przyzwyczajenia — trasa od lat niezmienna, można biec na czuja, ewentualnie gdy się traci grunt pod nogami, to się krzyczy coś o kurii i leci, tylko szybciej. No i w dół.

Gdy nam przed szczytem konkretnie zawiało i sypnęło śniegiem, z podziwem oglądałem twarde biegaczki, które biegły w krótkich spodenkach i nie zamarzły. Ja w mojej certyfikowanej wiatroodpornej i oddychającej kurtce, czapce i golfie byłem odporny na kaprysy pogody.

To zdjęcie pięknie ukazuje radosne bieganie w górach i… moje zaparowane okulary. Trudno było, serio!

Zaskoczył mnie relatywnie fajny wynik na mecie – 128. miejscu na jakiś 340 biegaczy (1:46:06), czas odrobinę słabszy niż rok temu, przy zdecydowanie gorszej pogodzie.

Warto też wspomnieć, że wspomniany Mariusz miał zdecydowanie ciekawszą i mniej przyjemną przygodę — skręcił kostkę prawie na początku biegu, ale ambitnie walczył do końca. Poruszał się na tyle sprawnie, że stał się obiektem naszych (czułych i serdecznych) docinków, jego odnóże wcale nie prezentowało się gorzej, niż zazwyczaj. Dopiero nazajutrz spuchło i groziła mu amputacja (taki delikatny żarcik), ale w dniu startu źle nie było.

Przed startem, Mariusz jeszcze z dwoma sprawnymi kostkami, a my przed jedzeniem frytek.

Orłowa Trail — prawdziwe bieganie w górach

Na Górską Przygodę mamy, wraz z Tomaszem, bardzo zbliżone spojrzenie. Natomiast mnie Orłowa pokonała, pomimo respektu, którym ją obdarzyłem. Do tej pory trenowałem głównie asfaltową szybkość, a do „górskiego treningu” mogłem zaliczyć codzienne wchodzenie na 9. piętro w pracy i te cotygodniowe kilkadziesiąt metrów przewyższeń podczas biegania w lesie. I ten brak przetarcia w górach przesądził o moim wyniku na mecie.

Pakiet odebraliśmy błyskawicznie, to kameralny bieg. Po raz pierwszy w moim biegowym życiu zapakowałem się do koszulki w rozmiarze „S”, dla kogoś, kto mierzy sześć stóp, to ewenement. Takich osób było więcej, może więc małe chińskie rączki źle poprzyszywały metki z rozmiarem.

Przed biegiem odbyła się jedna z najkonkretniejszych odpraw biegowych, w jakiej brałem udział. Mamy gnać zgodnie z oznaczeniami trasy (trasa genialnie oznaczona, nawet gdybym po drodze stłukł okulary i tak bym do mety trafił). A jeśli się ktoś zgubi mimo tego, to co? To sprząta trasę. Fajna motywacja, nieprawdaż?

Naszą radość podczas odprawy uwiecznili nawet fotografowie.

Pobiegliśmy. Na początek „pięćset plus” czyli pierwszy podbieg, a może bardziej podejście na ponad 500m do góry. Koszmar. Noga za nogą do góry, pilnując tętna, żeby nie wskakiwało powyżej 160ud/min.

Jest ciężko, pot się lał strumieniami

Dopiero po ok. 5km coś sobie pobiegałem. A potem już z górki i pod górkę, jak to w górskich biegach bywa. Dobrze, że po kilku kilometrach zrzuciłem warstwy ocieplające, pot płynął ze mnie strumieniami, co kwadrans popijałem kilka łyków wody z camelbaka.

Stopień nachylenia był taki, że przekraczał moją ruchomość stawów skokowych. Szedłem więc na palcach.

Na Orłowej wygraliśmy los na loterii z pogodą, piękne jesienne barwy, dywany z liści (a pod nimi kamulce rozmaitej maści) kilka miejsc z błotkiem, szum drzew, polany, las, zapachy, a wokół wspaniałe towarzystwo biegaczek i biegaczy, nawet z właścicielami biegło kilka psów.

Wzruszająca scena, gdy przy jednym z podbiegów biegacz wyjmuje składaną miskę dla pupila, zatrzymuje się i dzieli się z psim przyjacielem wodą. Albo gdy już w Ustroniu śmiga sobie śliczna czarna wiewiórka i ciekawie się mi przygląda. Takie bezpośrednie obcowanie z przyrodą jest bezcenne, biegacz czuje się jej częścią, a zwierzęta podchodzą z taką jakąś większą wyrozumiałością do elementu ludzkiego w ich środowisku życia.

Pies i jego właściciel. Bieganie w górach z radością do kwadratu.

Osobna historia to wolontariuszki i wolontariusze na trasie, uśmiech, nawoływania, humor, a równocześnie trasa obstawiona i zabezpieczona wzorowo, szczególnie tam, gdzie mógłby pojawić się cień wątpliwości, dokąd biec. W pewnej chwili aż trudno było uwierzyć w to, co nasze oczy widzą:

Wolontariusze zbierający szarfy oznaczające przebieg trasy.

Od połowy trasy jakbym miał mniej energii i oddechu, mocno musiałem przekonywać nogi i płuca, że mają współpracować i biec dalej. Dobrze, że nareszcie miejscami było z górki.

Jesień w pełnej krasie, do podziwiania podczas szybkiego zbiegania

Końcówka biegu była dla mnie trudna, po 2,5h biegu mój żołądek miał dość wysiłku, dobrze że mi z niego nie wyskoczyło kilka kęsów batonika. Ostatni kilometr (po płaskim!) w Ustroniu przeszedłem, po prostu skończyła mi się energia, zaczęły skurcze (!), a do mety doczołgałem się po 3h i ok. 8 minutach (limit 4h) doceniając (świetny dowcip, świetny!) ostatnie kilkaset metrów trasy po lesie, z upiornymi (dla mnie) podejściami. 104 pozycja na 154 startujących — za rok będę szybszy!

Za metą do stanu normalności doprowadziło mnie bezalkoholowe piwo, kiełbaska, izotonik, herbata.

Nieukrywana radość z osiągnięcia mety

W moim osobistym rankingu jedynie jeden górski bieg dał mi bardziej w kość, był to półmaraton na Babią Górę, tam Diablak nam dał popalić gradem i deszczem, kamienie były większe, no i 1450m podbiegu. Ale tak to jest, albo się trenuje w górach, albo się cierpi i traci w górach siły podczas zawodów. Warto też pobiec najpierw bieg trudniejszy (Orłowa) by Górska Przygoda wydała się tym lżejszym startem.


Podsumowując, oba biegi polecamy wszystkim ze względu na świetną organizację i widowiskowe trasy, jak i jesienne świeże powietrze, o które tak trudno w naszych miastach pełnych smogu Górska Przygoda jest biegiem łatwiejszym, ale do przebiegnięcia przez każdego, nawet początkującego biegacza.

Orłowa Trail to trochę inna bajka — dla tych trochę lepiej przygotowanych biegaczy, nastawionych na zdecydowanie większy wysiłek, ale też i satysfakcję.

I ciekawa sprawa, przed ostatecznym opublikowaniem tego tekstu zerknąłem na wszystkie zdjęcia w relacji. Na wszystkim się śmieję. To chyba najlepsza ocena biegania w górach, z asfaltem bywa różnie. Bieganie w górach to jest po prostu radość.


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. 23 września 2020

    […] się 2 tygodnie po Silesii. Przypomniałem sobie gościnną relację Tomasza na stronie Pawła [link]. Następnie obejrzałem poniższe […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.