Bieganie, Relacje

11. Cieszyński Fortuna Bieg — relacja

11. Cieszyn Fortuna Bieg

Początek relacji będzie filozoficzny — start w zawodach to tylko niewielka część tej przyjemności, która wiąże się z bieganiem. Emocje przedstartowe, spotkania ze znajomymi, dziesiątki przegadanych minut podczas wspólnego przejazdu do miasta startu, jak i kwadranse rozmów po samym biegu — a później polowanie na zdjęcia, porównywanie wyników i snucie kolejnych planów startów — to wszystko tworzy niewiarygodnie energetyzującą mozaikę, którą my, biegacze, tak bardzo kochamy.

Stąd — zanim przejdę do sedna opowieści — scenka z gabinetu lekarskiego, z badań okresowych, z ubiegłego tygodnia.

Panie Pawle, pan coś trenuje?
-A tak sobie trochę biegam…
-To widać, promieniuje z pana jakaś energia.

(i pewno tym razem nie chodziło o tę dziwną poświatę, która mi pozostała po ubiegłorocznych zdjęciach RTG).

W drodze na 11. Cieszyński Fortuna Bieg

Do Cieszyna pojechaliśmy w dwa auta, przodem pojechał Bartek i jego kolega Tomek, a ja z Wiesławem za nimi. Celowaliśmy z przyjazdem na godzinę 10.00, co nam dawało godzinę na poszukiwanie miejsc parkingowych i odbiór pakietu.

Na 20 kilometrów przed Cieszynem na wyświetlaczu telefonu wyświetlił się Tomasz M., który zameldował się… jadąc za moim pojazdem. Poprosiłem go o przejęcie prowadzenia, bo on znał parking, na którym jeszcze mieliśmy szansę się zmieścić o tej porze (teoretycznie organizator informował o zamknięciu dostępu do większości parkingów o godzinie 9:30).

Faktycznie, zajęliśmy ostatnie miejsca na parkingu przy ulicy 3. Maja (przy amfiteatrze).

Biuro zawodów

Ruszyliśmy spacerkiem do biura zawodów, w którym bez problemu odebraliśmy pakiety startowe, wszystko organizacyjnie działało jak w polsko-czeskim zegarku. W pakiecie 11. Cieszyńskiego Fortuna Biegu materiałowa żółta siatka, jasna koszulka (zazwyczaj bywały żółte), wafelek, dwie krówki, smycz, numer startowy z czipem i makulatura. Rzewnie wspominaliśmy „full wypas” sprzed lat trzech, gdy w pakiecie były kapsułki proszku do prania i kabanosy…

Czy czegoś nam brakowało? Absolutnie nie! Ale powspominać zawsze warto…

biuro zawodów

Gadu, gadu…

Czasu było sporo (start o 12:00), schroniliśmy się przed deszczem pod namiotem, ekipa Fizjofunk była bardzo liczna i gotowa na podbój cieszyńskiej, dwuokrążeniowej, atestowanej trasy. Organizatorzy pomyśleli o wszystkim, umożliwiając częstowanie się słodką herbatą.

Ja miałem ze sobą ciasteczka owsiane (przepis znajdziecie na blogu), więc kto chciał, mógł jeszcze uzupełnić energię przed startem.

Czas upłynął bardzo miło na opowieściach biegowych, rajdowych i życiowych. Aż żal było przebierać się i ruszać na rozgrzewkę. Niemniej organizator przybył powiadomić nas, że mamy ruszyć nasze rozgadane biegowe ciała — nawet zdążyłem zrobić mu niespodziewane zdjęcie!

Ogłoszenia

W szatni ulokowałem się obok Pawła Ignaca, przeskoczyliśmy w „służbowy” biegowy ubiór i ruszyliśmy na bieżnię powolutku rozgrzewać się.

Ja, z racji moich przypadłości oddechowych, musiałem zrobić solidną kilkukilometrową rozgrzewkę, więc po chwili „wybrałem wolność” i wybiegłem poza stadion, biegnąc trasę pod prąd, aż po sławną kładkę dla pieszych, która jest fotką tytułową.

Sławną, bo gdy po niej się biegnie, most lekko huśta się, co błędnik interpretuje w arcyciekawy sposób (trzęsienie ziemi?).

Jakieś 3,5 kilometra później stanąłem przed linią startu, tuż obok Tomka M. Oddechowo było dobrze, zapowiadał się fajny bieg.

Pierwsze 5 km

Wystartowaliśmy w samo południe. Wkręciliśmy nogi na wysokie obroty, starając się nie popełnić klasycznego błędu, czyli zbyt mocnego startu. Niemniej przez dobre kilkaset metrów pacemakerzy biegnący na 40 minut, wraz ze swoją grupą, znajdowali się za naszymi plecami.

Byłem ciekaw, jak zamierzają odrobić brakujące sekundy, nasze tempo pierwszego kilometra to 4:21 min/km. Tempo zalecone przez trenera to 4:25, ale brałem poprawkę na wesołe wskazania mojego Polara M430, który ostatnio ma problemy z prawdomównością. Drugi kilometr to 4:21, trzeci: 4:24 min/km.

Biegło mi się lekko, w dobrym zakresie oddechowym, nogi niosły, deszczyk chłodził, to była przyjemność z takiego biegu. Od czwartego kilometra (4:23 min/km) rozpoczęła się walka o utrzymanie tempa. Tam też ujrzałem trenera, który krzyknął, że jest dobrze i mam walczyć. No to przyspieszyłem, gnając do końca pierwszego okrążenia (4:15!).

Biegacz biegnący obok mnie zerknął na moją koszulkę z maratonu w Budapeszcie, wspominając, że to był bardzo fajny bieg… Z przyjemnością bym coś odpowiedział, gdybym miał dość powietrza w płucach, choć co ja mogłem rzec, że od 23. kilometra Budapeszt oglądałem z perspektywy Izby Przyjęć?

W krainie kolki — drugie 5 km

Drugie kółko już bolało, po podbiegu i zakręcie na mokry i śliski bruk pojawiła się moja dobra znajoma — kolka pod prawym żebrem. Na pulsometrze tętno sięgnęło 175 ud/min, i tak kolka była litościwa, że dorwała mnie na połowie trasy, a nie szybciej, jak to się zdarzyło w Krakowie.

Na szóstym kilometrze lekko odpuściłem, kolka również (4:19 min/km), ale siódmy „był mój” – 4:11 min/km, choć pod koniec kolka udzieliła mi poważnego, ostatniego ostrzeżenia — jeszcze ósmy kilometr przebiegłem rozpędem w 4:16 min/km, ale dziewiąty, choć meta była tak blisko, to przebiegłem w 4:29 min/km (!), bolało mocno, utrudniając oddychanie.

Do mety pozostał tylko kilometr, który okazał się najszybszym z całego biegu: 4:10 min/km. Ostatnie metry, to przeprawa przez lekkie błotko, gnałem niczym chart, starając się dojrzeć przez zapadane deszczem okulary, co też za rezultat świeci się na czerwono na wyświetlaczu. Ostatecznie zupełnie bez tchu wpadłem na metę z czasem 43:45!

Życiówki i… pogaduchy

A więc życiówka na atestowanej trasie! Na szyi zawisł fajny „kompaktowy” medal, porwałem butelkę z wodą i odzyskując oddech, zacząłem rozglądać się za znajomymi. Jeden z biegaczy podziękował mi za rywalizację, bo pobiegł za mną na finiszu — niestety nie miałem dość powietrza, by mu pogratulować :)

Wtedy dorwał mnie Damian, pogratulowaliśmy sobie wzajemnie dość zbliżonych wyników, 25 sekund po mnie na mecie zameldował się Wiesław, następnie Tomek M, chwilę później Mariusz i Kasia. Sporo przed nami przybiegł Paweł Ignac, ocierając się o życiówkę, oraz Piotr, któremu kilkunastu sekund zabrakło do złamania 40 minut… Trener Kamil był całkiem zadowolony z wyników swoich podopiecznych, ponoć to fajny punkt wyjścia na dalszą część sezonu…

Spotkałem też Bartka i Tomka, którzy wbiegli na metę z tym niemal tym samym czasem, wieńcząc start wspaniałymi życiówkami (42:25 oraz 42:26!).

W namiocie przed halą na biegaczy czekał pyszny tort, o dokładnie taki!

Tort 11. Cieszyński Fortuna Bieg
Tort, mniam, mniam!

Deszcz padał, robiło się chłodno — czas więc nadszedł na przebranie się i konsumpcję pysznego bogracza (było też leczo). Tradycją stało się, że Mariusz dzwoni do mnie z informacją, co wybrał, jeśli jest wybór — tym razem polecał bogracz, zaufałem mu :) (choć absolutnie nie wiem,skąd on to wie, które danie jest smaczniejsze — próbuje czy jak?).

Posiłek zjadłem w wybornym towarzystwie Edyty i Grzegorza (życiówka!), Bartka i Wiesława (obaj życiówki), chwilę tę uwieczniła Edyta, której tym razem nie udało się uzyskać znaczka PB przy oznaczeniu czasu na mecie (choć zajęła 9. miejsce w swojej kategorii).

Cieszyn Fortuna Bieg
Bartek, Wiesław, Paweł i Grzegorz, czyli życiówki x4
(fot. Edyta Połomska)

Gadaliśmy tak długo, że organizatorzy zaczęli zwijać wyposażenie gastronomiczne, czas więc był najwyższy na pożegnanie gościnnego Cieszyna i powrót do domu, zanim zostaniemy wprasowani w składane stoły i podgrzewacze.

11. Cieszyński Fortuna Bieg — ocena 5/5!

Bardzo, bardzo serdecznie dziękuję i polskim, i czeskim organizatorom i wolontariuszom za przygotowanie tak wspaniałych zawodów. Z mojego punktu widzenia wszystko działało jak w zegarku, wszystko, co biegaczom potrzebne do życia było świetnie oznaczone, wyjaśnione, przekazane.

Cieszyński Fortuna Bieg to bardzo mocny punkt w biegowym kalendarzu Śląska, z ogromną przyjemnością powrócę na jego trasę za rok.

Wyniki biegu możecie znaleźć na stronie Datasportu a galerie z biegu na profilu organizatora na Facebooku.


Bieganie - porównaj na Ceneo.pl

4 Comments

  1. Po taki tort warto biegnąć :-)

  2. Gratuluję. Jak widać pogoda nie zawsze musi dopisać aby dobrze się bawić.

  3. Anonim

    Było extra wypaśnie. A dlaczego ja i Tomek nie mieliśmy tego samego czasu, pojęcia nie mam – wystartowaliśmy razem i na metę wbiegliśmy razem!

  4. Sebastian

    Gratulacje , super relacja.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén