Aż trudno uwierzyć, że tyle się wydarzyło od momentu naszego startu w maratonie w Budapeszcie (to raptem siedem dni!). Właściwie relacja maratońska powinna mieć priorytet, ale temat zejścia z trasy musi mi się ułożyć w głowie, podobnie jak opis dogłębnej diagnostyki kardiologicznej, którą zakończyłem w pięć dni. Dlatego też pierwsza na blogu pojawia się lekka (bo było miejscami z górki), łatwa (do przeczytania — bo krótka) i przyjemna (taką mamy nadzieję) relacja z 11. Żorskiego Biegu Ulicznego.


W drodze na start

Tydzień po wesołej wyprawie na Węgry stanęliśmy, wraz z Tomaszem, na starcie żorskich zawodów na 10 kilometrów. Mój start do sobotniego popołudnia długo stał pod znakiem zapytania, czekałem  na telefon od kardiologa, który analizował mój zapis Holtera. Ostatecznie pozwolenie na start otrzymałem, mogłem do Żor jechać jako biegacz, a nie jako fotograf i kibic.

Fajnie, że do startu dał się też namówić Wiesiek, dla którego to były drugie zawody biegowe, zaczął od Wizz Air Katowice Halfmarathon w Katowicach (w czerwcu), po pokonaniu kontuzji postanowił sprawdzić się na krótszej o połowę trasie. Podróż więc minęła szybko — omówiliśmy chyba wszystkie bieżące kwestie biegowe.

Do biura zawodów dotarliśmy po dłuższym spacerze, niepotrzebnie na miejsce parkowania wybrałem dość odległy od centrum parking — blisko hali sportowej miejsc do parkowania była obfitość. Po drodze oszołomił nas taki piękny widoczek, Żory to pięknie położone miasto.

Żory, miasto w otoczeniu zieleni

W hali sportowej znajdowało się biuro zawodów, gdzie otrzymaliśmy pakiety startowe, w nich numer z czipem, koszulka i niewielki zapas reklamowej makulatury.

Przed startem

Biuro zawodów, wszystko szybko i sprawnie

Przed halą spotkałem się z Tomaszem, którego syn startował w “biegu po zdrowie” na 2,5 km, jak się później okazało zainteresowanie tym krótkim biegiem przeszło najśmielsze oczekiwania – zabrakło pakietów startowych!

Czasu do startu było sporo, akurat na przestawienie pojazdu bliżej startu, przebranie się, przyczepienie numeru startowego i na rozgrzewkę. Wzdłuż ulicy Folwareckiej spotykałem znajomych, wśród nich Wojtka Korzusznika, który podjął się ambitnego zadania — doprowadzenia (jako pacemaker) chętnych na metę poniżej 40 minut… Był bardzo przejęty, po raz pierwszy występował w tej roli. I tu się kajam, uczyniłem dosłownie wszystko, aby rozśmieszyć go przed startem i odstresować. Może kiedyś, za lat kilka i ja ustawię się z nim na linii startu i pognam po tak ambitny rezultat.

Wojciech Korzusznik Pacemaker Żorski BIeg Uliczny

Organizatorzy Żorskiego Biegu Ulicznego co roku zapraszają znanego sportowca, więc Tomasz tymczasem zapolował na Justynę Święty-Ersetic, a oto rezultat polowania: 

Gość specjalny Żorski Bieg Uliczny

Tymczasem wzdłuż prostej startowej próbowała rozgrzewać się Magda z Justyną z grupy Ynoultra, wyhamowałem je robiąc im z przyklęku zdjęcia.

Kolejna próba rytmu biegowego zakończyła się po napotkaniu Darka z Radlinioków w biegu… Przypuszczam, że nie dane było jej tego dnia się dobrze rozgrzać przed startem.

Że co? Ano że YnoUltra!

Po chwili spotkaliśmy Adama, rozbawił nas fakt, że obaj wystąpiliśmy z buffem z Biegu Ogniowego – no jakże w Żorach biegać z innym buffem, sami powiedzcie?

Jeszcze fotka z Kubą, młodym adeptem sztuki biegowej (który niedawno dołączył do grona dorosłych biegaczy) 

Kuba, Tomasz i Paweł

Jeszcze kilka chwil na rozciągnięcie się i przebieżki i tak właściwie byliśmy gotowi do startu. Na błękitnym nieboskłonie nie było ani jednej chmurki, słońce grzało pełną mocą, zapowiadały się zaskakująco ciepłe warunki na trasie. Pozostało jakoś mądrze podejść do startu, żeby się nie przegrzać, ale też, żeby nabiegać jakiś fajny rezultat na mecie.

Na razie miałem wkodowaną w głowie taktykę zaproponowaną przez trenera Kamila. Mam biec utrzymując od startu tempo 4:30 min/km, ale pod sławny dwukrotnie przebiegany podbieg pod ulicę Miłą mam  odpuścić tempo pilnując tętna. Jak Kamil słusznie przypuszczał, ambitny atak pod górkę skończy się późniejszym bardzo długim odzyskiwaniem tempa. Na to wszystko nałożyła się też rada kardiologa, żebym pobiegł bieg na 90% mocy. No cóż…

Czas było udać się na linię startu. Postanowiliśmy wystartować wspólnie próbując zaatakować 45 minut. To dawało równe tempo 4:30. Na kilka minut przed startem niespodziewanie dmuchana brama Decathlonu oklapła na środku blokując możliwość startu!

Żorski BIeg Uliczny upadek startu

Tomasz jak zwykle znalazł logiczne wytłumaczenie tego faktu – Decathlon dał znać biegaczom o wycofaniu się z polskiego rynku. Na całe szczęście po kilku minutach było po problemie, bramę odciągnięto na bok.

Start!

Krótkie przemówienie prezydenta Żor i strzał startera. Ruszyliśmy! Staliśmy w jednej z pierwszych linii wiedząc, że za startem jest dość wąsko, więc wydawało nam się, że nie pojawi się tradycyjna konieczność rozpychania się w celu utrzymania tempa. A jednak! Ku mojemu zaskoczeniu przede mną wyrósł biegacz, który przyhamował i postanowił po raptem kilkuset metrach wypić kilka łyków wody ze sporego bidonu — no brawo!

Pilnie monitorowałem tempo i tętno, Tomasz wyrywał do przodu. Kolejnych kilkaset metrów biegłem za nim krok w krok, ale odpuściłem, gdy ujrzałem na zegarku średnie tempo 4:20 min/km. To jeszcze nie był czas na rozwinięcie pełnego tempa, poza tym zaczynałem tracić oddech.

Cieszyłem się szybkim, mocnym tempem, “noga podawała”, oddychałem rytmicznie i (co najważniejsze) automatycznie, o ileż swobodniej mi się biegło, niż podczas maratonu, choć tempo było o prawie minutę na kilometr szybsze.

Na jednym z zakrętów pomachałem rodzinie Tomasza i psychicznie przygotowałem się na rozpoczynające się podbiegi.

Żorski Bieg Uliczny Bookworm na zakręcie

Dłuuuuugi, ale delikatny podbieg, zakręt w prawo, w lewo i przywitałem się z ulicą Miłą… Tempo spadało, tętno rosło, biegłem na granicy wydolności oddechowej, pracowałem mocno rękami, by dostać się na szczyt wzniesienia jak najszybciej. Udało się! Nogi przyspieszyły, wyrównałem tempo i śmigałem dalej. Niestety równocześnie poczułem, że z klatki piersiowej zjeżdża mi pasek pulsometru… Nie wahałem się długo i sięgnąłem pod podkoszulek, wyjąłem go, zwinąłem i schowałem do tylnej kieszeni pasa biegowego Attiq (o którym wkrótce napiszę coś więcej). Podczas tej ubiorowej rewolucji zahaczyłem palcem o numer startowy i PING! w świat poleciał jeden z czterech „bookwormików” przytrzymujących numer startowy.

Próbowałem biec szybciej, ale już nie bardzo miałem siły na intensywniejszą pracę, no i zbliżała się po raz kolejny ulica Miła.

Od dłuższego czasu widziałem przed sobą dwóch biegaczy w charakterystycznych koszulkach grupy Opel team. Jak się domyślałem, jednym z nich był Krystian, z którym wspólnie przebiegłem sporą część styczniowego Biegu Pszowskiego, który (wraz z Ryśkiem) tak skutecznie mnie rozśmieszał, że zapomniałem o trudach pszowskiego crossu wykręcając na trasie świetny czas. Krystian jest jednym z organizatorów słynnego „Ultramaratonu Rybnickich Rond” i ogólnie jest duszą biegowego towarzystwa.

Oczywiście mogłem tylko marzyć o dognaniu Krystiana, który po prostu jest szybszy. Nie mogłem oczom uwierzyć, gdy zobaczyłem, że przechodzi do marszu. Wyprzedziłem go zachęcając do biegu, na co spokojnym głosem wytłumaczył mi, że to taka taktyka. O tak, kilkadziesiąt sekund później pomknął sprężystym krokiem na szczyt wzniesienia, na którym jeszcze przyspieszył.

A ja doszedłem do zaskakującego odkrycia, że skoro minąłem znacznik dziewiątego kilometra, to znaczy, że zostało już tylko pięć minut wysiłku, bo meta przecież jest za zakrętem, nie trzeba (tak jak to miało miejsce podczas Biegu Ogniowego) wbiec na rynek!

Próbowałem jeszcze podkręcić tempo biegu wmawiając sobie, że nie muszę przecież oddychać na ostatnich setkach metrów, że dam radę zaciągnąć dług tlenowy i połknąć ten dystans. Niestety, nie dałem rady poddać się autosugestii – przekraczając linię mety zerknąłem na zegar: 45:40 – podniosłem rękę w geście triumfu — to był kawał dobrego, mocnego biegania! I wtedy zdjęcie zrobił mi fotograf Datasportu…

Meta!

Fot. Datasport – jestem mistrzem śmiesznych fotek, prawda?

Za linią mety spotkałem Tomasza, który wykręcił świetny wynik: 43:59, tak nieodległy od swojego rezultatu życiowego…

Tuż obok uśmiechał się Wojtek, pacemaker na 40 minut, który ubolewał nad faktem, że co prawda przybiegł „zgodnie z rozkładem”, ale grupa mu się po drodze wykruszyła i ostatecznie doprowadził do życiówki dwie osoby. Pogratulowałem mu z serca, na tak trudnej trasie z dwoma morderczymi podbiegami trzeba było być świetnie przygotowanym do zmagań z liczbą „40”.

Żorski Bieg Uliczny - na mecie
Tomasz, Mariusz i Paweł – tradycyjna radość na mecie

Jeszcze wspólne zdjęcie z Mariuszem i pożegnałem się z Tomkiem, który miał obfitującą w plany niedzielę, za to wraz z Wojtkiem poszedłem na smaczny bogracz. Nareszcie było tak, że choć bieg był wyczerpujący, to mój żołądek przyjął z wdzięcznością posiłek.

Żorski Bieg Uliczny medal
W Żorach zawsze serwują dobre posiłki i ładne medale

Wokół siedzieli bliżsi i dalsi znajomi biegowi, przemknęła też Edyta i Grzegorz Połomscy, po których zupełnie nie było widać śladów zmagań z dziesięcioma kilometrami żorskich ulic.

Znaleźliśmy się z Wieśkiem, który przybiegł pilotowany przez pacemakerki na jedną godzinę, tak więc teraz posiada życiówkę poniżej godziny.

On również zapoznał się z posiłkiem regeneracyjnym, po którym udaliśmy w drogę powrotną. 

Bieg wygrał Paulo Veretskyj z Ukrainy (30:56), pierwszym Polakiem na mecie był Mateusz Mrówka (31:18), a w kategorii pań pierwsza finiszowała Valentyna Kiliarska (36:20), pierwszą Polką była Sylwia Ślęzak (37:56). 

Pełne wyniki można znaleźć na stronie Datasportu


11. Żorski Bieg Uliczny to bieg, który gwarantuje obfitość przeżyć (ach ten podbieg…), który wyróżnia świetna organizacja (i atest!), obecność pacemakerów oraz bardzo przychylne podejście mieszkańców do biegaczy — wzdłuż trasy doświadczaliśmy bardzo miłego dopingu.

Trudno nie uwzględnić w grafiku startów na rok 2019 właśnie Żor, w których i tak tradycyjnie startujemy w Biegu Ogniowym, a i Półmaraton Leśny też stanowi łakomy biegowy kąsek…