Końcówka listopada to czas, gdy większość biegaczy zakończyła sezon i wchodzi właśnie w okres roztrenowania zbierając siły przez wyzwaniami, które ich czekają w kolejnym roku. Ja dotąd też tak myślałem, ale ten rok zmienił ów pogląd, po pierwsze dlatego, że całkiem niedawno biegliśmy z Pawłem maraton w Walencji , po drugie ponieważ mój maratoński przyszły sezon zaczynam biegiem górskim już w lutym, a po trzecie dlatego, że na takie biegi jak 2. Żorski Półmaraton Leśny dobry czas jest zawsze, a dlaczego – to Wam zaraz opowiem. W tym roku relacjonuję sam, ponieważ Paweł jeszcze po maratonie odpoczywał.


Tradycja biegów organizowanych w Żorach rozwija się coraz szerzej. Kiedyś mieliśmy tylko jesienną dyszkę, później doszedł absolutnie magiczny Bieg Ogniowy organizowany w maju, a rok temu pojawił się punkt kolejny, a więc leśny, terenowy półmaraton. Tylko czekać jak i królewski dystans będzie można w naszym mieście pobiec!

Rok temu startowaliśmy w pierwszej edycji i choć pogoda buntowała się wtedy przeciwko hasającym po lasach biegaczom, to jednak wspomnienia pozostały świetne, opisaliśmy to w relacji pisząc również parę słów o Żorskim Miasteczku Westernowym. W tym roku start, meta i biuro zawodów również również były w  tym niezwykłym obiekcie.

Czy znacie jakiś inny bieg, którego biuro zawodów mieści się w miasteczkowym kościółku….

a w trakcie rozgrzewki można odwiedzić biuro do spraw… indian ?

Atmosfera takich biegów jest zupełnie inna, niż wielotysięcznych międzynarodowych zawodów. Ale czy gorsza ? Tu można spotkać wielu znajomych, poczuć się swojsko, absolutnie swobodnie, biegając ścieżkami, które zna się z treningów. Ja bardzo się cieszę, że mogę brać udział również w takich imprezach, bo nie zawsze trzeba się ścigać, zdobywać nowe miejsca, dobrze jest też pobyć wśród niezwykle pozytywnych ludzi, kilka kilometrów od domu.


W tym roku właściwie przyjechałem tu odpocząć i pobiec rekreacyjnie. Tydzień po życiówce w Walencji miałem prawo czuć się zmęczony, ale… się tak nie czułem. Gdy obudziłem się w niedzielę rano, przed biegiem, spojrzałem jaki wynik miałem rok temu. 1:47:22, słabo jak na półmaraton, ale wtedy też byłem w mocnym okresie treningowym. Od razu pomyślałem jednak, że co jak co, ale w tym roku trzeba pobiec lepiej, więc zaczęło się nakręcanie na start w zawodach.

Przyjechałem do TwinPigs ledwo pół godziny przed biegiem, a i tak zdążyłem porozmawiać z kilkoma biegaczami i przyjaciółmi. Po szybkiej rozgrzewce byłem gotowy do startu.

Wśród biegaczy był guru polskich biegów górskich Marcin Świerc , który zaliczył symboliczny start, a po biegu odbyło się z nim spotkanie.

Ale póki co, wyruszyliśmy z głównej ulicy miasteczka, oba dystanse jednocześnie, ten półmaratoński i ten około 10-11 km. W sumie wystartowało około 300 biegaczy.


Kilkaset metrów biegu w miasteczku i już byliśmy w lesie. Gdy tylko skończył się asfalt i bruk, zaczęły się trawiaste, błotniste o tej porze roku leśne ścieżki, usłane liśćmi. Trasa nie jest trudna, podbiegów tylko kilka i to krótkich, ale jednak jest to bieg terenowy, zupełnie inny niż „klepanie” po szosie.

W duchu od razu się uśmiechnąłem, w końcu ten sezon uczynił ze mnie początkującego biegacza górskiego :-) Dwa razy pokonałem dystans ponadmaratoński, na Chudym Wawrzyńcu i Garminie Ultra. Jestem jeszcze górskim „przedszkolakiem”,  ale jakieś doświadczenie i przede wszystkim ożywające w lesie wspomnienia zostały.

Nie wiedziałem czy po nogach spodziewać się zmęczenia czy nie, postanowiłem zacząć tempem 4’45” i trzymać go do końca. Okoliczności przyrody były piękne. Uwielbiam te lasy! To inne bieganie niż wśród tłumu kibiców, tu jest swojska wolność. Za to walka z sobą i własnymi słabościami jest taka sama gdziekolwiek się biegnie.

fot. 16 Drużyna Harcerska Wataha im. Żołnierzy Wyklętych

fot. Michał Kowalczyk

Biegło mi się super, przez część trasy ścigając się i rozmawiając z jednym ze współuczestników, aż do jakiegoś 18 km. Tam nogi przypomniały sobie, że powinny odpoczywać, a nie wciąż biegać i ostatnie 3 km zwolniłem, stając się łatwym łupem dla doganiających mnie zawodników. Finisz na ulicach TwinPigs był jednak całkiem żwawy :-)

fot. Magdalena Bogdan

Uzyskany wynik 1:40:41, dał mi 56 miejsce. 7 minut szybciej niż rok temu – więc wstydu nie było :-)


Bardzo serdecznie dziękuję organizatorom i wolontariuszom za ten bieg. Chciałbym, że pozostał w kalendarzu naszych żorskich startów. Warto dobrze go wspominać i namawiać innych do uczestnictwa w następnych latach, bo atmosfera jest rewelacyjna! Myślę, że przed tą imprezą jest całkiem interesująca przyszłość, bo tereny biegowe są świetne, a miasteczko TwinPigs jako baza bardzo oryginalne.