21. Bieg Uliczny o Puchar Wójta Marklowic — relacja


5 października 2019 roku stanęliśmy w dość kameralnym gronie na linii startu 21. Biegu Ulicznego o Puchar Wójta Gminy Marklowice. Ostatnio odkrywamy wraz z Wiesławem lokalne, najbliższe nas biegi. Razem pobiegliśmy w biegu w Rydułtowach, Wiesław nie tak dawno zawitał do Rydułtów raz jeszcze, aby przebiec cross, dotarł też i do Lysek, które to sobie biegowo bardzo chwalił (poza brakiem wyników i zdjęć w internecie, ale podobnie było i w Rydułtowach kilka tygodni temu).

Teraz wypadło nam na Marklowice, w których czekała na nas niespełna pięciokilometrowa trasa — organizatorzy twierdzili, że jej długość to 4750 m i że jest to bieg uliczny. Oba stwierdzenia miały zostać przez nas podważone.

Tajnos agentos, w biurze zawodów

To, co organizatorzy podają na temat długości tras, to jedno (pamiętacie „atest” w Rybniku „dychy” rozgrywanej podczas Półmaratonu Księżycowego?). Wiesław wybrał się na rowerowe przeszpiegi, aby zapoznać się z trasą biegu ulicznego i przy okazji trasę porządnie wymierzył. I wyszło na to, że ktoś ukradł z oficjalnego pomiaru kilkaset metrów ;)

Gdy dojechaliśmy do Marklowic, na moje pytanie o trasę Wiesław szeroko się uśmiechnął i wyciągnął wydrukowaną mapę trasy biegu. W pierwszej chwili myślałem, że to jest mapka ze strony organizatorów. Otóż nie do końca, na mapę zostały naniesione strategiczne odległości, przewyższenia, a same podbiegi zostały zaznaczone czerwonym kolorem! Literalnie zaliczyłem opad szczęki przed takim arcydziełem kartografii!

mapa biegu ulicznego w Marklowicach
Porządna mapa biegowa — wszystkim takich życzę, wraz z komentarzem autorskim.

Rzut oka na trasę pozwolił ją wkodować i ustalić jednoznaczną strategię: biec na czuja. Bo co przy takim układzie można było zrobić?

Numery startowe oraz kupony „kiełbaskowe” odebraliśmy bardzo szybko, plecaki zostawiliśmy w biurze zawodów, można było ruszyć na rozgrzewkę. Na zewnątrz padał co prawda deszcz, ale kolejne grupy dzieciaków zmagały się z coraz ambitniejszymi dystansami, to nam woda w powietrzu miała przeszkodzić? Nigdy!

Czy to serio bieg uliczny?

Marklowice znam dość dobrze i spodziewałem się bardzo „urozmaiconego” wysokościowo biegu. Tak de facto trudno się w naszych okolicach biega cokolwiek płaskiego, a Marklowice mają tak mocne szkody górnicze, że przy tej skali eksploatacji, wkrótce na terenie tej niewielkiej górniczej gminy będą rozgrywane biegi górskie.

Podbieg Marklowice

Na nogach miałem zwykłe szosowe buty, w których podczas rozgrzewki wbiegłem do połowy pierwszego podbiegu i… biegiem wróciłem do auta, zmienić buty na trailowe Kalenji XT7. Może i większość trasy jest po asfalcie, ale nienawidzę ślizgać się na podbiegach. Na to mogę sobie pozwolić w górach, ale nie podczas tak krótkiego biegu!

Czas mijał szybko, z ogromną przyjemnością przed startem porozmawiałem z Markiem, który chwilowo ogłosił przerwy w bieganiu, za to w zawodach startowały jego pociechy i to z wyraźnymi sukcesami. Pogratulowałem jego córce, młodej biegaczce drugiego miejsca i dokończyłem rozgrzewkę.

Chmurna pogoda przetrzebiła biegaczy, raptem na linii startu ustawiło się nas 50 osób…

Startujących miał wypuścić wójt Marklowic, Tadeusz Chrószcz. Start opóźnił się kilka minut, bo czekaliśmy na biegacza, który w ostatniej chwili postanowił dołączyć do grona startujących. Najciekawsze było to, że biec zamierzał w… jeansach! W Marklowicach wszystko jest możliwe…

Ostatnia wspólna fotka przed startem… Na moich okularach było już sporo wody, ale nie było mgły, więc nie narzekałem.

Grzegorz, Wiesław i Bookworm

Start!

Zostaliśmy wystartowani w oryginalny sposób, za pomocą paszczowo napędzanego przez wójta gwizdka.

Z uśmiechem w sercu ruszyliśmy na trasę. Do pierwszego zakrętu wyprzedziło mnie jakieś 30 startujących osób. Albo startujący nie doczytali, że długość trasy to prawie pięć kilometrów, albo trafiłem na reprezentację Polski w biegach średnich.

Dopiero na pierwszym podbiegu, dzięki nadzwyczajnej przyczepności, wyprzedziłem kilkoro biegaczy. Czołówka tymczasem raźno galopowała po trawie, widziałem błotko śmigające spod kopyt butów najszybszych. Obok mnie biegł Wiesław, który bez śladu zadyszki w głosie instruował, niczym topowa nawigacja:

Za tym zakrętem zbieg 300m, ostro w prawo za czerwonym płotem, zawróć, jeśli to możliwe…

Biegliśmy ostro, ja cały czas na granicy wytrzymałości oddechowej. Nie było sensu patrzeć na tempo biegu, podbiegi były mocne, a zbiegać musiałem „na czuja”, żeby nie utracić „płynności oddechowej”.

Pięćdziesiąt metrów przed naszą dwójką biegł Grzegorz, czyli 1/2 Połomski Team. Miło było patrzeć, jak pięknie, jakby zupełnie bez wysiłku, śmigał w tempie 4:30, zdobywając kolejne setki metrów…

Pamiętając mapę Wiesława, tak regulowałem tempo, aby mieć jeszcze siły na porządny finisz. Powolutku odzyskiwaliśmy odległość dzielącą nas do Grzegorza…

Na około kilometr przed metą wpadliśmy do lasu, w którym było… ślisko. Z ogromną przyjemnością rzuciłem się wściekle do zbiegania, wierząc w przyczepność podeszw, wielokrotnie testowanych w pszowskich leśnych ostępach. No, było tak dość granicznie. Lubię takie crossowe bieganie, szkoda że tu lasu mieliśmy raptem kilkaset metrów.

Przy końcu odcinka leśnego Grzegorz wyraźnie utracił na chwilę przyczepność, co wykorzystałem i wyprzedziłem go. Poznał mnie po ciężkim oddechu, zachęcając do przyspieszenia. Posłuchałem go, to był ostatni podbieg przed finiszem, wszystko albo nic…

Ku mojemu zaskoczeniu podbieg nie pozbawił mnie resztek oddechu, mogłem rączo pognać do linii mety. Ostatnie 50 metrów i wpadłem poza linię pomiaru, ciesząc się z czasu poniżej 20 minut… Zegarek wskazał 4,51km, więc Wiesław miał rację, że tam nie było 4750m…

No i po biegu…

Wójt Tadeusz Chrószcz zawiesił mi na szyi medal, kilka sekund później Grzegorz i Wiesław również otrzymali swoje. Ciężko łapaliśmy oddech po walce na ostatnich metrach… Marklowickie annały odnotowały fakt, że obaj uzyskali ten sam czas!
Przypuszczam, że za moimi plecami ustalali po dżentelmeńsku, kto ma pierwszy wbiec na metę, tylko wyłącznie dlatego byłem przed nimi, a sami wbiegli razem…

Tak wyglądała ostatnia prosta
Bieg bez „Radlinioków w biegu” nie może się odbyć
To bardzo miłe, gdy gospodarz gminy honoruje medalami wszystkich uczestników.
I co, da się przebiec cross w jeansach? Jasne!

Rozbawiły mnie zapisy mojego kochanego Polara M430, który naprawdę robi wszystko, żebym go znielubił. W zapisy tempa już dawno przestałem wierzyć, natomiast do tej pory tętno na wyświetlaczu bywało dość adekwatne do skali wysiłku.

Tu pobiegłem z odsłoniętymi przedramionami, które szybko osiągnęły temperaturę otoczenia (chłodno było), no i tętno przez pierwsze pół trasy było z gatunku łagodnego tempa konwersacyjnego. Dopiero pod koniec zegarek obudził się wskazując, intensywny finisz. Sami spójrzcie…

A to wykres tętna i tempa z mojego Polara.

Kiełbaski, klasyfikacje i… wygrana w „Totka”

W gościnnym wnętrzu marklowickiego ośrodka sportowego pochłonąłem pyszną kiełbaskę, krzepiąc się kawałkiem babki śmietankowej. Pycha! Z kronikarskiego obowiązku napiszę, że to kolejne zawody, w których osoby wegetariańsko nastawione do życia musiały się delektować chlebem z musztardą i keczupem, więc ten element za rok jest do poprawki…

Z przyjemnością odkryłem, że zająłem w klasyfikacji open piętnaste miejsce. Grupa M3 była mocno obsadzona, bo na 9 startujących byłem szósty. Ale już po chwili uaktualniono wyniki i spadłem na miejsce dziewiętnaste! Mówiłem, mówiłem, że tu startują lokalni killerzy?

Grzegorz przez chwilę był trzeci w klasyfikacji M2, ostatecznie jednak spadł na miejsce czwarte, więc z podium niestety nici.

Nie wiem, czy wiecie, ale w Marklowicach w ubiegłym tygodniu padła „szóstka” w „Totka”. Wszyscy zastanawiali się, kto też zgarnął osiem milionów… Na pewno nie byłem to ja, ale wyjeżdżałem z Marklowic z szerokim uśmiechem, ponieważ los się do mnie uśmiechnął w losowaniu — wygrałem futerał biegowy na telefon :)


Podsumowując, bieg w Marklowicach jest po prostu sympatyczny. Kameralne grono startujących, ciekawa i ambitna trasa, przemili organizatorzy częstujący startujących specjałami już przed zawodami, sprawna organizacja, to wszystko składa się na moje śmiałe stwierdzenie: warto tu startować.

Pal licho odległość, na którą się biegnie, jakoś zawsze tak jest, że niezależnie od kilometrów trasy i atestów zanurzam się w pogaduchy biegowe i rozmowy o wszystkim i tego czasu przed i po biegu, w tak fajnym gronie, jest zawsze zbyt mało.

Cieszy też podejście do sportu włodarzy gminy, święto biegowe bez reszty wciągnęło młodzież startującą w wielu kategoriach biegowych, a przed ośrodkiem, na murawie boiska podczas zawodów dwie młodzieżowe drużyny rozgrywały zacięty mecz (a może trening?).

A za tydzień po raz kolejny wystartujemy, wraz z Wiesławem, w Żorach.


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.