31. Venice Marathon – relacja cz. 1


Wczesne niedzielne październikowe popołudnie. Wenecki Park Giardini Pubblici. Na trawie pod drzewem siedzi dwóch wyraźnie zmęczonych życiem panów po czterdziestce. Wokół porozrzucane butelki, skórki bananów i pomarańczy, reklamówki… Patrzę na Pawła i widzę, że myślami odpłynął daleko – niczym wenecki gondolier porwany niespodziewanym tsunami. Wygląda na to, jakbyśmy siedzieli tu od poprzedniego wieczora i mieli za sobą niezłą hulankę. Tymczasem… cofnijmy zegary o dwie doby.


Piątek 21. października

Drapieżny ryk prawie dwustu-konnego silnika pojazdu, który połyka zachłannie kolejne kilometry autostrady najszybszym pasem ruchu. 1000 km trasy. 10 godzin. Cztery państwa, Polska-Czechy-Austria-Włochy. Krótkie przerwy na kawę i tankowanie. Obiad. Tunele, góry, autostrady.

cosik jakby się dymiło

Pierwszy raz podróżuję na południe Europy o tej porze roku. Narty zimą, urlop latem, owszem. A teraz, mimo że to tylko kilkudniowa wyprawa, emocje z każdą chwilą większe.  Italia wita nas piękną pogodą i zaskakującą jak na ten czas zielenią. Wysokie Alpy zostają za nami, a krajobraz zmienia się w nadmorską równinę.

Podróżuję sobie w komfortowych warunkach, to Tomasz prowadzi z wprawą zawodowego kierowcy. Dla mnie ten kierunek wyprawy jest całkiem nowy. We Włoszech nie byłem jeszcze nigdy. Tak samo, jak nigdy jeszcze nie biegłem maratonu.

Wreszcie protestujący odgłos wyłączanego na parkingu silnika. Mestre. Cel naszej podróży. 10 km przed Wenecją – tu zakładamy bazę.


Pierwsze spotkanie z weneckim maratonem

Po godzinie odpoczynku i rozpakowania dziarsko ruszamy odebrać pakiety.  Wioska maratońska położona jest w Parku San Guiliano. W olbrzymich namiotach znajdują się punkt wydawania pakietów startowych, stoiska sponsorów oraz sprzedawców sprzętu sportowego. Moją uwagę przykuwa oczywiście rząd toi-toiów, stały element opisywany przeze mnie w relacjach. Główne wejście prowadzi do miejsca naszego przeznaczenia.

img_0084

Wydawanie pakietów przebiega nad wyraz sprawnie. Szybko otrzymujemy nasze numery startowe,

20161021_175300przymierzamy oficjalne koszulki biegu oraz dostajemy worek pełen próbek biegowych specyfików i smakołyków, który posłuży nam również przy oddawaniu rzeczy do depozytu przed startem.

20161021_175519

Sprawnie, to jest mało powiedziane. „Włoska organizacja” od piątkowego wieczoru jest dla mnie synonimem akuratności i dokładności. Błyskawicznie odbieramy dokumenty (numer startowy), przymierzamy świetną, po prostu wspaniałą pamiątkową czarną techniczną koszulkę Asics

Venice marathon official top 2016

(zdjęcie ze strony venicemarathon.it)

i znajdujemy się na monitorze – czyli czipy w numerach startowych działają. Kto nas widzi?

ekran

Nie zapominamy również o pozostawieniu śladu na ściance oraz pamiątkowym zdjęciu.

20161021_180451 20161021_180558_001

Całe „biegowe ekspo” jest fajnie pomyślane, są miejsca, gdzie z chęcią by się przystanęło na dłużej, może coś kupiło albo zapisałoby się na kolejny bieg…

nagano

Wieczorem ostatni moment by wyluzować i przy smacznej włoskiej pizzy spożyć kilka piwek. Spotykamy się również z Piotrem i robi się całkiem miły polski wieczór. Zasypiać będziemy zmęczeni podróżą, ciesząc się, że start jeszcze nie jutro :-)

prawdziwa włoska pizza

Ja delektuję się każdym momentem wieczoru. Jeszcze nie jestem maratończykiem. Póki co jestem turystą zachwyconym wieczorną atmosferą włoskiego miasteczka, pizzerii, gwaru, ruchu i mieszkańców. Wszystko takie bardzo włoskie, bardzo smaczne, zupełnie inne – wręcz wakacyjne. „Cisza przed burzą?”. Chyba tak. Ale bardzo często nie doceniamy tych ulotnych momentów, bo martwimy się czymś „na zapas”. Ja już się tego oduczyłem. Dlatego cieszy mnie wszystko. Wspaniałe towarzystwo, smak piwa, pizzy, kolory nocy i wygody apartamentu. Zasypiam i śnię nieprzerwanie aż do godziny ósmej rano (!)


Sobota 22 października

Poranek to konsumpcja cudownej jajecznicy z cebulką i pomidorami, autorstwa Mistrza Patelni – mgr. inż. Anioła. Palce i patelnię lizać. Nie dość, że maratończyk, niezmordowany kierowca, to jeszcze kucharz. Zmierzamy do Wenecji autobusem. Z uwagą obserwuję trasę, już jutro właśnie te uliczki będą świadkami mojego debiutu maratońskiego. Po przybyciu do centrum podejmujemy decyzję – koszt vaporetto, czyli tramwaju wodnego jest absurdalny – 7,5E za jeden przejazd. Ruszamy na pieszą, powolną wyprawę, delektując się detalami architektonicznymi i unikalną atmosferą tego „wodnego” miasta. Pogoda nas rozpieszcza – słońce podtrzymuje dobry nastrój. 

Mamy dylemat jak zobaczyć w miarę dużo, a przy tym nie chodzić zbyt wiele. Czas również mamy ograniczony. Trochę znam Wenecję, proponuję więc trasę dzięki której zobaczymy Ponte Rialto, Ponte Accademia, świątynię Santa Sofia i plac Świętego Marka z przylegającym Pałacem Dożów.

venice8 venice9 venice13

Ze zwiedzaniem uwinęliśmy się tak szybko, że w drodze powrotnej podejmujemy decyzję o popołudniowym wypadzie nad Adriatyk. To raptem 30km od naszej bazy. Pogoda jest zwariowana, praży słońce, parkujemy nieopodal szerokiej piaszczystej i wyludnionej plaży. Woda jest dużo cieplejsza niż nad Bałtykiem, z przyjemnością brodzę w morzu wyszukując muszle. Po kwadransie mam ich sporą garść. Nie kąpię się, choć mnie to kusi – oszczędzam siły przed walką z jutrzejszym dystansem. Tymczasem Tomek, który jest jak zwykle wulkanem energii, zalicza kolejne przepłynięte odcinki –  pruje jak motorówka, zaburzając spokój akwenu i tworząc fale. Trudno uwierzyć, że to końcówka października. Że w kraju zostawiliśmy deszcz, mgły i chłód. Cieszymy się chwilą. Carpe diem!

venice14

Wizytę nad Adriatykiem kończy porcja pysznych włoskich lodów. A kolacja? To kolejny popis Tomka w roli Mistrza Spaghetti. Królewska kolacja ze spaghetti bolognese, z lokalnych składników oczywiście, pieści zmysły i jest to kolejny zastrzyk kalorii, które będą nam potrzebne nazajutrz. La vita è bella!

Nie wierzcie Pawłowi, gdy tak bardzo chwali moje gotowanie. Po całym dniu na nogach i mając w perspektywie maraton, to smakuje po prostu wszystko :-)

A co robi maratończyk po 40stce, żeby niczego na bieg nie zapomnieć ? Ano układa przed snem biegowego „chłopka”, który bardzo stymuluje wyobraźnię i pamięć.

20161022_182100

Cóż. Mój „chłopek” nie był tak efektowny, ale dzięki temu powyżej przypomniało mi się w ostatnim momencie, że po to wiozłem w walizce czapkę, żeby ją ze sobą zabrać. Podobnie ze skarpetami kompresyjnymi…


Niedziela 23. października

„W co ja się wpakowałem!”

Sen skończył się równie szybko, jak zaczął. Tradycyjnie, jak przed każdym biegiem, wstałem i stwierdziłem z głęboką zadumą, po co ja się tak męczę, zamiast grzecznie, jak kanon turysty nakazuje, spać niewinnym snem najedzonego makaronem człowieka. Po ubraniu się w „służbowy strój biegacza” westchnąłem sobie głęboko „w co ja się wpakowałem”. Zaiste, mając w perspektywie przebiegnięcie 42km i 195m trudno być optymistą. Ale cóż, hic Rhodus, hic salta! 

Przyznam, że poranna zaduma Pawła sprawiła, że i mnie zaświtała myśl, że przecież to ja trochę się do tego „wpakowania” przyczyniłem. Ale patrząc jak dobrze jest przygotowany, nie miałem ani chwili wątpliwości, że już za parę godzin będzie wiedział po co to wszystko i że z pewnością nie będzie żałował :-)


Czego nie należy robić przed maratonem?

Czas żebym i ja przyznał się do rozterek przed biegiem. Dziesięć dni przed startem zrobiłem bowiem coś, co odradzam wszystkim. Sprawdziłem, że nie należy się przewracać na treningu i rąbać kolanami o betonową kostkę. Zapewniam, nie warto. W moim przypadku spowodowało to mocne stłuczenie kolana, nieudolne próby rozbiegania tego przez kolejne dni oraz coraz mocniejszy ból, nawet podczas stania. Kolejne dni mijały na smarowaniu nogi wszelkiego rodzaju maściami i obkładaniu lodem.  W zanadrzu była jeszcze broń, którą zamierzałem użyć w ostateczności, czyli silne środki przeciwbólowe.

20161026_210237

Tak czy owak, ostatnie dni i godziny poprzedzające zawody poświęcałem nie na planowanie taktyki, ale na rozważanie, czy w ogóle będę w stanie wystartować.  Byłem coraz bardziej zrezygnowany i obawiałem się, że mój udział zakończy się na odebraniu numeru startowego :-(

Los bywa podstępny i złośliwy. To dzięki Tomkowi znalazłem się w Wenecji, a teraz przyjaciel by miał nie wystartować? Miałbym sam pokonywać kolejne kilometry? Moja radość zniknęła. Co ciekawe, sam podobnie grzmotnąłem się kolanem i łokciem miesiąc wcześniej – bez znaczących skutków ubocznych. A w środę przed wyjazdem „zatańczyłem” na błocie, cudem łapiąc równowagę. Niewiele mi brakowało do grzmiącego upadku. To wszystko jednak bladło przy problemach Tomka. Jak będzie w niedzielę rano?


No to komu w drogę, temu czas !

Szybkie śniadanie, tosty z dżemem i miodem. Wychodzimy w ciemność i chłód poranka. Z ulic i uliczek wychodzą tacy jak my biegacze – poznajemy ich po torbach asicsa z naklejonymi numerami startowymi. Ulicą dostojnie toczy się autobus. Wykorzystujemy ten środek transportu – oszczędzamy niecały kilometr dreptania. Pod dworcem kolejowym zbiórka – czekamy na Piotra i na autobusy, które dość niemrawo pojawiają się i transferują biegaczy w kierunku miasteczka Stra. Piotr przybywa w bluzie Supermana – też tak do niego się odnoszę. W końcu będzie atakował 3h w maratonie! Wokół słyszać język włoski lub angielski. Często słychać dźwięczny idiom: „in bocca al lupo!” czyli „w paszczy wilka” – takie nasze „połamania nóg”. Tego idiomu nauczyła mnie koleżanka przed wyjazdem a ja sprawdziłem jego ciekawą genezę.  Ale to oczywiście zupełnie inna historia… Autobus wiezie nas ponad 30 minut.

Podczas gdy koledzy żywo dyskutują, ja stoję jak mumia. Rwie mnie kolano i nie wiem co właściwie tu robię. Czuję, że jeśli na rozgrzewce nie stanie się cud, to szlag jasny mnie trafi !

Na miejscu mini wioska maratońska.

idziemy

Namiot dla biegaczy, na fotce ten dla pacemakerów,

baloniki

obok kryje się zaułek Toi-toiów. Przy drodze ogrodzone i skrupulatnie pilnowane strefy startowe. Ja się spieszyć nie muszę, startuję, jako nowicjusz, z ostatniej strefy – co jest oznaczone na moim numerze.

numer

Przed strefami stoi pięć ponumerowanych tirów – to tam mamy zdać (do godziny 8.55) nasze worki z rzeczami, które odbierzemy na linii mety (mój numer to „2” co również jest widoczne na numerze startowym i na worku. Kolejki do toalet koszmarne, jest ich zbyt mało! W pewnym momencie rezygnuję ze stania, spiker ponagla i straszy odjazdem transportu rzeczy – ja nie chcę mojego pierwszego maratonu biec z workiem na plecach. Brakuje mi rąk, tu do przyklejenia opaski z czasami, tu woda do wypicia przed startem, folia metalizowana, gąbka… Czas przed startem mija nieubłaganie, czas na ustawienie się w sektorze, a tu ja jeszcze nierozgrzany, biegam wokół ludzi zmierzających do stref startowych.

strefy

Humor podły, bo też start Tomka stoi pod znakiem zapytania. Kolano go boli coraz mocniej, właściwie pozostało mu już tylko jedno, bardzo ryzykowne wyjście…

Dobrze, że Paweł tak świetnie wszystko pamięta. Ja w tym czasie stoję pod płotem po nieudanej rozgrzewce, gdy nie byłem w stanie biec. Do oczu cisną mi się łzy ze złości. Trener pisze – „nie jedz środków przeciwbólowych bo coś zerwiesz i nie poczujesz”. Piotr kontruje – „A co Ci ma trener powiedzieć ? Ja już tak robiłem, dasz radę”. Wyciągam z kieszeni tabletkę ketonalu forte, przecież cholera jak tu jestem, po 3 miesiącach przygotowań, wywieźli mnie za miasto 25 km i oddałem już rzeczy do depozytu, to muszę spróbować !

Po około 40 minutach ból robi się tępy. Powoli zaczynam truchtać za rozgrzewającym się Piotrem i w końcu ruszam z Pawłem w kierunku stref startowych. Na twarzy pojawia się cień uśmiechu i wreszcie mam ochotę na fotkę.

venice17

Gdy podchodzę do strefy startowej, biegacze już się przesuwają do przodu, więc wchodzę bocznym wejściem do strefy nr „4”, z czego się przez chwilę nawet cieszę, ale przesunięcie spowodowało tylko to, że trafiłem w środek mojej „piątki”. Niestety już nie przepcham się na początek mojej strefy – w końcu mierzę na mecie nie w graniczne „6:00” ale „4:00”. Trudno. „Było się pospieszyć”.

Stoję w swojej strefie i nie wiem czego mam się spodziewać, kolano już tylko ćmi lekkim bólem, więc wiem, że łatwo się nie poddam. Włosi zaczynają śpiewać swój zagrzewający do boju hymn. Ściska mnie w sercu i jakoś porywa. Zresztą sami posłuchajcie atmosfery startu.

O tym jak pobiegliśmy, piszemy w części drugiej.


 

Tomasz i Paweł

Autorów dwóch: mgr inż. Anioł czyli Tomasz, Bookworm czyli Paweł. We wpisie wspólnym, podwójnie podpisanym.

Może Ci się również spodoba

27 komentarzy

  1. Cudowne emocje oboje przekazujecie – jakbym była z Wami na miejscu . A teraz zabieram się za drugą część !!

  2. Blogierka pisze:

    ale atmosfera!! <3 Tomek- jesteś SZALONY żeby maraton z rozwalonym kolanem biec!
    Wormie Ty jestes CHUDY a ja k baunsujesz :D

  3. Monika Dudzik pisze:

    Ta idea łączonych wpisów bardzo mi się podoba:) Zaraz przeczytam kolejne odsłony Waszych weneckich przygód;)

  4. Baaaardzo ciekawe i odważne! Lecę do drugiej części!

  5. Ach, co to za pomysł, żeby dzielić relację na dwie części!!

  6. halmanowa pisze:

    Bardzo wciągające! Zanim przejdę do części drugiej, muszę wspomnieć, że bardzo mi przykro z powodu bolącego kolana… :-( Mam cichą nadzieję, że mgr. inż. Anioł dał radę, zatem lecę czytać dalej!

  7. BasiaK pisze:

    Nie! Nie! Nie! Dlaczego tak krótko? Widzę w tytule, że to pierwsza część, ale że już? Koniec? W momencie kiedy zaczytałam się w najlepsze? Nie ładnie. :-P
    OMG! Wy to umiecie stopniować emocje. Ile teraz mam czekać na część drugą?? Co?!

  8. Justyna Rolka pisze:

    Jestem pełna podziwu:) Zastanawiam się jednak jak pizza i piwko wpływają na kondycje?:) Ja po niej nawet na drugi i trzeci dzień czuje się ociężała a alkohol zawsze odbiera mi wypracowany sportowy power;)

    • Bookworm pisze:

      Jest taka niepisana zasada – „1 pizza – 1 maraton” :)
      A już na poważnie, to kluczem jest zachowanie umiaru i znajomość swojego organizmu. Piwo działa moczopędnie a alkohol długo się rozkłada, niemniej w naszym przypadku to nie bardzo co się miało rozkładać. Podobnie z pizzą, zjadłbym z chęcią większą. Do tego być we Włoszech i nie zjeść pizzy? To przecież obraza gospodarzy! No i każda kaloria wrzucona przed biegiem jest na wagę złota.
      Zgadnij jaki wydatek energetyczny mi pokazał zegarek po biegu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.