31. Venice Marathon – relacja cz. 2


Część pierwsza relacji pozostawiła nas na starcie w miasteczku Stra, równe 42195 metrów przed metą w Wenecji.

strefy startowe Venice Marathon

W strefach startowych zostaliśmy ustawieni według dotychczasowych wyników. Rozdzieliliśmy się, gdyż Tomek startował z sektora trzeciego, ja natomiast z ostatniego.  Dla mnie najważniejszym pytaniem było, czy spotkamy się na mecie. Dopiero kolejną kwestią było – czy i jak dobiegnę. Oddaję głos Tomkowi.

Tak, jak napisałem pod koniec pierwszej części relacji, ból w kolanie się zmniejszył i mogłem próbować powalczyć. Stojąc w strefie zorientowałem się, że z powodu spóźnienia jestem za pacemakerem na 4:00, a przecież moim celem było pobiec zdecydowanie poniżej 3:45. 


Start i pierwsze kilometry

Zaraz po strzale startera poczułem dobitnie, że nie jestem w miejscu gdzie planowałem być. Większość biegaczy wkoło miało zbyt niskie tempo, a ja wiedziałem, że jeśli mam biec to teraz, póki boli mniej. Chciałem sobie zrobić zapas, gdyby gdzieś przed metą trzeba było człapać. Żeby móc biec zakładanym tempem 5’05” min/km musiałem wyprzedzać. Bokiem, trawą, chodnikiem. Usłyszałem dziwne stukanie. Chwila zastanowienia i już wiem, że to ja stukam. Pomyślałem, że do podeszwy w lewym bucie wbił mi się kamyczek. Próbowałem się go pozbyć, ale czasu na zatrzymanie nie chciałem tracić. To stukanie towarzyszyło mi już do końca i jeszcze do niego wrócę.

Po kilometrze walki o pozycję, wyrównałem tempo i oddech. Prawą nogę stawiałem dziwnie na boku, żeby mniej bolało, ale o dziwo nie przeszkadzało to w biegu. Wszedłem w trans, ustaliłem tempo maratońskie i wszystko zaczęło być jak w zegarku. Pierwsze 5 km w 25:15, drugie 5 km w 25:15.  A co w tym czasie u Pawła ?

Mnie po starcie również przyhamował tłum. Niestety do docelowych pacemakerów na 4:00 było mi bardzo daleko. Wdrożyłem więc standardową procedurę wyprzedzania, prawą stroną, lewą, poboczem, środkiem – nie byłem jedyny – to odrobinę ułatwiało sytuację. Równocześnie starałem się biec płynnie, nie forsując tempa. Wkrótce dopadłem pacemakerów na 6:00. Bardzo, bardzo powolutku łapałem kolejnych.

Niestety, w pewnym momencie poczułem bardzo charakterystyczne objawy zbliżającej się … migreny. To miał być mój pierwszy bieg w życiu z migreną. Ostatnia tak mocna migrena złapała mnie po … Wings for Life w Poznaniu.


I tu słówko o migrenie. Większości kojarzy się z „bólem główki”. Otóż nie. U mnie ból głowy to trzeci etap. Pierwszy – to tak zwana „aura”, podczas której wszystko mi „miga” i pulsuje przed oczami. Kolorowe punkty, zaburzona ostrość poza punktem, na który spoglądam. Krótko pisząc – dyskoteka. W bardzo dużym uproszczeniu moje pole widzenia wygląda o tak:

aura

Pytanie brzmiało, co nastąpi później – czy tylko przemijający ból głowy, czy również rozregulowanie żołądka. Za około 40 minut miałem wiedzieć, a może i widzieć wszystko. Jednak biegłem, cały czas biegłem i to się liczyło.  A baloników na 4:00 jak nie było, tak nie było.

Pozwolę sobie tylko dodać, że jak czytam powyższe, to ja z dwojga złego już wolę moje bolące kolano. Biegu z aurą nie potrafię sobie wyobrazić.


Ach Włosi, Włosi – czyli biegniemy dalej

Pierwsze kilometry to nieustanna włoska fiesta. Biegliśmy przez niewielkie miasteczka, w których byliśmy atrakcją. Dopingowali nas starzy, młodzi i ci najmłodsi. Transparenty, przybijanie „piątek”, okrzyki, kołatki, włoskie flagi. Spotkania lokalnych biegaczy z bliższą i dalszą rodziną – czegoś takiego, jak żyję i jak biegam, w żadnym innym biegu nie spotkałem. Z całego dopingu najlepiej zapamiętałem starszą panią z zapałem uderzającą tłuczkiem w patelnię. Wciąż widzę przed oczyma uśmiechnięte twarze. Czasem szukałem wzroku dopingujących – zawsze odpowiadali uśmiechem na uśmiech. Ich doping był absolutnie spontaniczny i prawdziwy. „Forza!”, „Vai” „Bravi!” „Bravissimo!”.

Jedna z tabliczek mnie rozbawiła – niestety angielskiej treści nie pamiętam – „brawo i powodzenia dla wszystkich biegnących nieznajomych”.

Paweł jak zwykle zapamiętywał więcej :-) Mnie również porywał doping i pamiętam jego żywiołowość, jednak ze zdecydowanie mniejszą ilością szczegółów. Ale mam wytłumaczenie – mogłem być zmulony ketonalem! Ale przecież z Pawłową migreną to i tak przegrywa. On po prostu ma umysł dziennikarza :-)

rock

Drugą dziesiątkę nadal biegłem równiuteńko. Trzecie 5 km zajęło mi 25 min 23 sek. Tętno było lajtowe nie przekraczające 154 ud/min. Kolejne 5 km znów podobnie i na linii półmaratonu zameldowałem się po 1 godzinie 47 minutach i 18 sekundach. Równe i planowe tempo biegu pozwoliło mi dogonić i przegonić pacemakerów nie tylko na 3:50, ale również na 3:40, wiedziałem że mam również ze 2 minuty zapasu bo startowałem z tyłu. Było więc zastanawiająco dobrze :-)

Tyle, że ból w kolanie zaczynał wracać. Próbowałem biec inaczej, noga bardziej z tyłu, to znów bardziej na pięcie, na zewnątrz i do wewnątrz. Ale z każdą minutą upewniałem się, że za chwilę będę musiał zażyć drugą tabletkę przeciwbólową. Przed oczami przewinęła mi się ulotka producenta z listą zagrożeń. Powiedziałem sobie, że zjem na 25-tym kilometrze. A potem już będzie bliżej, niż dalej.

Mój plan z kolei był prosty, niczym opaska z docelowymi międzyczasami założona na przedramieniu:

  1. Nie przekraczać tempa 5’40”,
  2. Biec w kierunku mety.

Przez pierwsze trzydzieści kilometrów całkiem, całkiem dobrze mi szło. Zresztą zerknijcie na słupki.

1do30

Mniej więcej trzymałem się założeń. Miałem jednak problem z GPS, który przy wyższych zabudowaniach i przy drzewach oszukiwał, zaniżając tempo mojego biegu. Ale wtedy ratowała mnie opaska, dzięki której wiedziałem, że stale mam ok. 45 sekund przewagi do zakładanego 4:00 na mecie. Biegłem w zakresie tempa 5’37”-5’41”.

Aż się zdziwiłem, że najszybsze 10km przebiegłem pomiędzy 15-25km a nie zaraz na początku maratonu. Czyli jednak dobrze pilnowałem tempa i równomiernej „dystrybucji mocy”.

Na bieżąco korzystałem z opasek z czasami na ręku, śmiechu z tym miałem co niemiara, bo niedokładnie przyklejona opaska na pierwszą połowę biegu skleiła się z tą na drugą połowę. Po 21 kilometrze z zapałem zacząłem rozrywać tę „zużytą” a ta broniła się dzielnie. Tak solidnie ją wykonałem, że skończyło się na przegryzaniu. Uroczo to musiało wyglądać dla kibiców, gdy jeden z zawodników z pasją przegryzał sobie prawy nadgarstek… Uprzedzę Wasze pytania, opaski przed „montażem” wyglądały o tak:

opaski na maraton

Bardzo jestem wdzięczny Markowi z bloga Droga do Tokio za podesłanie szablonu i zdradzenie kilku tajemnic produkcji.

Żeby łatwiej Wam było wyobrazić sobie trasę, poniżej mapka z linią biegu z mojego zegarka.

mapa_venice

Powoli dobiegaliśmy już do Mestre, zmysły zaczynały czuć zbliżającą się 30-stkę :-)

tomasz1

Na 26 km, niedaleko naszej „bazy” zauważyłem naszego wiernego i prywatnego kibica – również Tomasza.

20161023_103812

Polski szalik, głośny doping, szybko podbiegłem dopytać czy z biegnącym Tomkiem wszystko ok i czy nadal jest na trasie. Wtedy też powstało to fajne zdjęcie, gdy biegnę lekko „pod prąd” biegaczy. Uwierzycie, że na widok biało-czerwonego napisu POLSKA wzruszyłem się?

pawel1


„Zasilanie” na trasie

Jak się domyślacie, na trasie żywiłem się nie tylko tabletkami na ból kolana :-) Miałem 4 hydrożele energetyczne w bidonie, które spożywałem co 9 km, do tego pochwyciłem na trasie dwa kawałki banana i jedną energetyczną galaretkę. Ponieważ pogoda była świetna, około 14 stopni i nie prażyło słońce,  zatem nawadniałem się do dwa kilometry kilkoma łykami wody na punktach odżywczych, lub z mojego 300 ml zapasu, który miałem przy sobie.

Ja zaś, za radą Tomka zastosowałem następujący patent z żelami. Do jednego z bidonów na pasie wlałem trzy hydrożele. Czwarty miałem w kieszonce pasa biegowego. Naprawdę było to genialne rozwiązanie, bo nie kłopotałem się z piciem hydrożelu „na raz” jak i z odgryzaniem końcówki. Równomiernie sobie popijałem co pewien czas „napój mocy” – policzyłem, że bidon powinienem mieć pusty po ok. 3h biegu, wtedy nadejdzie czas na ostatni hydrożel.

Co 5km były bufety z wodą (niewielkie buteleczki, często już odkręcone dla naszej wygody), izotonikiem, bananami, pomarańczami, czekoladą, bardzo słodkimi galaretkami. Piłem po 4-5 łyków wody i to od pierwszego punktu z wodą. Ile bym nie pił podczas półmaratonów czy długich wybiegań, zawsze ważenie wykazywało, że byłem odwodniony i spragniony płynów po przekroczeniu linii mety. Teraz robiłem wszystko, by tego uniknąć.

Również co kilka kilometrów były miski z wodą, w których moczyłem gąbkę i odświeżałem się. Dobre samopoczucie (i wygląd?) nade wszystko!

Ja z kolei gąbek nie wziąłem ale moja czapka biegowa świetnie nadaje się do zamoczenia w wodzie i chłodzenia głowy. Taki schłodzony mózgowy procesor może wówczas lepiej przeliczać te wszystkie tempa, tętna i kilometry :-)


Niezłomni i anielska asysta

Coś, co naprawdę zrobiło na mnie wielkie wrażenie, to podejście do niepełnosprawności w maratonie. Pierwsi startowali niepełnosprawni na profesjonalnych, wyścigowych wózkach. Spotkaliśmy jednak na trasie kilka grup eskortujących osobę niepełnosprawną na wózku.

oni1

Kilkanaście osób w koszulkach danej fundacji, z balonikami, często jeszcze w asyście rowerowej. Te grupy były najmocniej oklaskiwane, wielu biegaczy gratulowało osobie prowadzonej i wolontariuszom również podczas biegu i wyprzedzania takiej grupy.

npln

Znam też relację z mety, przed którą wolontariusze zatrzymali się, z wózka zszedł niepełnosprawny i podtrzymywany przez rodzinę przeszedł kilkanaście ostatnich metrów.

W biegnącym tłumie widziałem też kilku biegaczy w zaawansowanym wieku, którzy biegli przechyleni na jedną ze stron. Biegli bardzo żwawo – ich układ motoryczny dostosował się do wszelkich ułomności, nie wyglądało, żeby maraton miał sprawić im trudność.

(Zdjęcie pochodzi z fanpage hotelu Riviera dei Dogi)

(Zdjęcie pochodzi z fanpage hotelu Riviera dei Dogi)

Ja natomiast zwróciłem uwagę na perfekcyjny sposób pomocy niewidomym maratończykom.  Osoby takie jak najbardziej o własnych siłach dobiegały do mety. Potrzebne było tylko wsparcie zapewniające im bezpieczeństwo na trasie. Niewidomy miał do pomocy dwóch towarzyszących mu biegaczy oznaczonych plastronem z napisem „Guida cieco”. Jeden z nich biegł ramię w ramię z osobą niepełnosprawną, drugi zaś z tyłu za nimi ruchami ręki pokazywał innym zawodnikom by omijali uprzywilejowaną parę.

Jako ciekawostkę wrzucimy jeszcze filmik znaleziony w sieci, pokazujący jak wielki duch fair-play był obecny podczas zawodów :


To co się działo od magicznego 30 kilometra przeczytacie już w części trzeciej.

vm-relacja-3

 

Tomasz i Paweł

Autorów dwóch: mgr inż. Anioł czyli Tomasz, Bookworm czyli Paweł. We wpisie wspólnym, podwójnie podpisanym.

Może Ci się również spodoba

27 komentarzy

  1. Piękna relacja i Wasz duch walki a ten filmik – a ostatni filmik – wzruszyłam się .

    • Bookworm pisze:

      Sprawdziłem tego słabnącego zawodnika – dobiegł spokojnie do mety… To chyba było chwilowe, zresztą osiągnął czas – moje marzenie – około 3:44, jakoś tak…

  2. Blogierka pisze:

    jejuu!! Włosi rosną w moich oczach! :D
    A Wy jesteście niemożliwi! Jeden ćpa na trasie, drugi majaczy :D

  3. O matko! na TRZY części?!

  4. halmanowa pisze:

    Nie miałam pojęcia o istnieniu takich opasek. Myślę, że gdybym biegała, to sama bym z takiej chciała korzystać. Paweł, współczuję dopadającej Cię podczas maratonu migreny. Znam to bardzo dobrze, dlatego wiem, że nie było Ci łatwo… Chociaż dopiero lecę czytać część trzecią, wiem że dotarłeś do mety. Podziwiam Twoją nieugiętość i determinację!

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Prawda? Tak jak pisałem, nie umiem sobie tej migreny w biegu wyobrazić….

    • Bookworm pisze:

      Z tego co czytam, to migrena jest plagą. I każdy z nas ma inną ;)

      • halmanowa pisze:

        To na pewno! U mnie rzadko migrena jest poprzedzona aurą, a jeśli już, to jest to tylko lekkie drętwienie rąk i nóg. A migreny mam klasyczne, oczne. Najpierw jest nadwrażliwość na dźwięki i światło, nudności. Potem mnie ćmi w okolicach skroni i oczodołów, czasem to trwa parę godzin, a niekiedy nawet 1-1,5 dnia. A potem kulminacja, jakby mi gałki oczne rozsadzało i czoło. Myślę, że każdy trochę inaczej to odczuwa, ale migrenowiec migrenowca łatwiej zrozumie :)

  5. BasiaK pisze:

    Bardzo podoba mi się ta opaska. :) Fajny pomysł. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.