31. Venice Marathon – relacja cz.3


Maraton zaczyna się po 30 km

Czytający pierwszą i drugą część relacji z weneckiego maratonu, przebiegli z nami już trzy pierwsze dziesiątki kilometrów. To może brzmieć jak zużyty slogan, ale to fakt, że prawdziwy bieg na tym dystansie zaczyna się właśnie wtedy.  Tym razem niech opowieść zacznie Paweł.

Jeśli dobrze kojarzę, około 30 kilometra był park. Biegłem do tego miejsca niczym natchniony, żeby samemu sobie udowodnić, że „ściana” nie istnieje. I tam jej nie było. Natomiast byłem już ogólnie zmęczony, nogi nie chciały tak szybko nieść, traciłem tempo. Wyszło słońce i właściwie wtedy zrozumiałem, że nie dowiozę do mety upragnionego wyniku czterech godzin. Już wcześniej traciłem zapas, średnie tempo z 5’35” dążyło do 5’40”. Po raz pierwszy znalazłem się minutę za czasem z opaski. W parku wielu biegaczy zatrzymywało się, robiło przerwę, rozciągało się. Ja nie musiałem, jeszcze biegłem.

Pozostało 12 najtrudniejszych kilometrów. Wiedziałem, że osiągnę metę, choćbym miał skakać na jednej nodze.

Nadbiegła grupa pacemakerów na 4:15 – przez kilometr dotrzymywałem im towarzystwa, ale osłabłem. Nie było sensu walczyć, miałem nad nimi kilkuminutową przewagę (startowałem zza ich pleców) i trzeba było ją utrzymać. Z każdym kolejnym kilometrem „sypała” się moja wytrzymałość i tempo. Na ile się dało, to kontrolowałem opóźnienie, robiąc sobie krótkie chwile wytchnienia i wracając do truchtu, później do biegu. Nie miałem skurczy, nogi bolały ale biegły. Daleko do mety?

Wtedy wydawało się jeszcze bardzo daleko. Ja po drugiej dawce ketoprofenu znów pewniej stawałem na prawej nodze, ale coraz trudniej było utrzymać tempo jakim wystartowałem. Faktem było, że trochę przesadziłem na początku, ale jak już pisałem chciałem mieć bezpieczny zapas. Na 30 km wbiegłem z czasem 2:34:06, czyli spokojnie jeszcze mogłem celować w fantastyczny dla mnie czas w okolicach 3:38 na mecie. Ale tego dnia, to było ponad moje siły. Na 28 km spotkałem się z drugim pacemakerem na 3:40, uczepiłem się go i to dosłownie. Biegłem pół metra za nim, krok w krok, baloniki obijały się o moją czapkę, a ja próbowałem wyłączyć myślenie. Widziałem przed sobą tylko żółtą koszulkę i słyszałem jego dopingujące grupę biegaczy okrzyki „dai ragazzi! dai dai!”.


Most, most, most… gdzie ta Wenecja ?

Na 33 kilometrze zaczął się słynny Most Wolności – liczący niespełna 5 kilometrów. Dłużył się na nim każdy krok. Na końcu mostu widać było Wenecję, która wcale nie chciała się przybliżyć. To tu minął mnie pierwszy ambulans na sygnale. To tu minął mnie autobus odwożący na linię mety tych, którzy zrezygnowali z dalszych zawodów. Tenże autobus przyblokował dalszy bieg przy punkcie nawadniania na 35 kilometrze. Porwałem ostatnią butelkę z wodą w tym biegu, uzupełniłem wodę w bidonach. Miałem dość płynów, było mi już od nich niedobrze. A tu zostało mi jeszcze pół żelu do połknięcia. Jakoś to przyswoiłem myśląc o niebieskich migdałach i o wszystkich tematach niezwiązanych z jedzeniem czy piciem. 36. kilometr wprowadził nas do Wenecji. Zostało najdłuższe 6km w moim życiu.

Tak jak pisze Paweł ten most to był koszmar, miałem wrażenie jakby krajobraz wkoło stanął, a ja przebierałem nogami w miejscu. Niestety choć pacemaker trzymał tempo jak szwajcarski zegarek, mnie zdawało się, że przyśpiesza. Trzymałem się go przez 6 km, w okolicach środka mostu stoczyłem jeszcze bitwę w myślach. Kolano kłuło, byłem coraz słabszy, kilka razy odpadałem i doskakiwałem do prowadzącego, tłumaczyłem sobie, że jak się go utrzymam do końca mostu, to potem będzie już tylko końcówka. Ale nie przekonałem swoich nóg, a zwłaszcza prawej. Baloniki z napisem 3:40 odjeżdżały. Moje tempo spadło do 5’15”, później w okolice 5’30”. Przeliczałem w głowie masę danych i z wyliczeń wychodziło, że jeśli utrzymam to tempo – 3:40 będzie złamane.


Ostatnie kilometry w Wenecji – widoki coraz piękniejsze, my coraz słabsi

Wreszcie koniec mostu, wpadamy w jakieś portowe zaplecze Wenecji, mijamy stojące na nabrzeżu olbrzymie promy. Ostatni łyk i wyrzucam wodę, zostało może 5 albo 4,5 km i zaczynamy biec przez nadmorskie dzielnice pełne turystów, kibicujących lub siedzących przy stolikach. Jest wąsko, czasem 3-4 metry i już brzeg morza. Zaczynają się piękne, lecz w tamtej chwili przeklęte dla mnie mosty i mostki nad kanałami. Ma ich być 14, a ja już na pierwszym wiem, że nie będzie ok. O ile na płaskim prawe kolano jakoś sobie radzi, to pod górę, a zwłaszcza z górki, nie ma szans. W górę momentami wskakuję prawie na jednej nodze, ręką trzymając się poręczy, a w dół zbiegam bokiem. Musi to wyglądać zabawnie :-) ale mnie nie chce się śmiać, bo o ile wciąż jeszcze czasem na płaskim kogoś mijam, to na mostkach więcej biegaczy wyprzedza mnie.

Na 40 km mam czas 3:29:58. Przed startem, gdy nie mogłem nawet truchtać, brałbym go w ciemno, wystarczyło teraz tylko jakoś przyśpieszyć. Rozpędzić się do tempa 5’00” i być na mecie zanim zegar pokaże 3:40. I podejmowałem takie próby, kilkanaście kroków szybciej, potem mostek, ból, kicanie w dół i od nowa. Dotarłem na plac Świętego Marka, robię pętelkę i chcę już mety. A tu most za mostem. Ja wiem, że powinienem się cieszyć, że dobiegłem, że pobiję życiówkę, ale byłem mimo wszystko wewnętrznie rozżalony. Z zegarka wyłączyłem widok tempa, nie chciałem tego widzieć, został tylko czas. I jeszcze jeden most, prosta do mety, na płaskim umiem jeszcze przyśpieszyć. Koniec. Czas netto 3:44:08, a więc życiówka pobita o prawie 5 minut. Mój czwarty, najtrudniejszy maraton. Nie jestem szczęśliwy. Zadowolony mogę być tylko ze swojego uporu. Ale wciąż pamiętam, że przygotowany byłem na dużo lepszy czas.

tomasz-wyniki

Pochylam się by zawieszono mi medal, ktoś owija mnie folią. Biorę do ręki kubek ciepłej, słodkiej herbaty. Idę w kierunku parku, gdzie pod drzewem, trzymając się płotu próbuję usiąść. Prawe kolano nie bardzo chce się zgiąć, ale w końcu się poddaje. Jem banana gdy przychodzi Piotr. Pobiegł 2:59:24, więc prawdopodobnie jest cyborgiem! :-) Rozmawiamy chwilę, a potem zaczynam liczyć minuty i czekam na Pawła.

metawidac

Ja tymczasem starałem się cieszyć widokiem olbrzymich i przepięknych promów turystycznych, o których pisał już Tomek. Kątem oka zauważałem biegaczy, którzy odchodzili na bok, by oddać Neptunowi zawartość żołądka. Mnie niewiele brakowało. Może to wina migreny, a może przesytu wodą. Biegłem czekając na to, aż dobiją mnie wspomniane przez Tomka mostki w liczbie 14. Plus ten najoryginalniejszy – pontonowy. W głowie kołatała uparta myśl: skończ już wreszcie chłopie te męczarnie! Dobiegnij i będzie po wszystkim! 

Miałem to szczęście, że przebiegałem przez Plac św. Marka samotnie – przed większą grupą biegaczy. Przez chwilę doping był tylko mój i poczułem jego siłę. Nawróciłem na „agrafce” mijając znacznik 41 kilometra. Przed wyjściem z placu zebrałem resztkę sił. Jeszcze 1,2 km. Mostki dłużyły się kosmicznie. Mijałem jakiś biegaczy, chyba nawet nikt mnie nie wyprzedzał. Wyglądałem linii mety, niestety na próżno. Mostki ją zasłaniały. Mój zegarek kłamał o pół kilometra, co dobijało mnie jeszcze mocniej. Wreszcie usłyszałem metę, bo jej nie widziałem. Zbiegłem z ostatniego mostku, ujrzałem na wyświetlaczu 4:15:20 i przekroczyłem linię mety. Stałem się maratończykiem! Ściągnąłem czapkę aby umożliwić wolontariuszce udekorowanie mnie medalem. Po chwili otrzymałem sms z wynikiem brutto. Dopiero dzięki wpisowi na FB otrzymałem od Andrzeja rezultat netto: 4:11:35.

pawel-wyniki

A tak wyglądał mój rezultat na poszczególnych kilometrach: na mecie 2908 miejsce na 4620 sklasyfikowanych. Od startu do mety wyprzedziłem 372 biegaczy. Z czego 156 na ostatnich, najtrudniejszych dla mnie, 12 kilometrach.


Między nami maratończykami

Przed namiotem – przebieralnią dla mężczyzn – była „ścianka”, przed którą fotografki robiły biegaczom zdjęcia. Oczywiście skorzystałem z tej opcji. Skierowałem się do namiotu, przed którym wydawano worki z depozytu, mój już na mnie czekał. Otrzymałem też, jak każdy biegacz, „suchy prowiant”. Byłem zmęczony i było mi niedobrze. Odblokowałem telefon i zdzwoniłem się z Tomkiem, który już pół godziny spędził w parku na oczekiwaniu mnie. Przybiliśmy piątkę i klapnąłem na trawę. Trudno mi było określić mój stan. Byłem zmęczony, ale nie zamęczony. Nogi bolały ale w granicach znajomego bólu. Żeby nie to co się działo w moim żołądku, to bym chyba nawet był z siebie zadowolony. Przebrałem się. Zjadłem na spokojnie otrzymaną pomarańczę – ani nie pomogła, ani nie pogorszyła sytuacji. Nie chciało mi się jeść. Nie chciało mi się pić. Ogólnie miałem dość.

Gdy zobaczyłem nadchodzącego Pawła, widziałem w jego oczach coś pośredniego pomiędzy radością z biegu górskiego w Wiśle, a zmęczeniem z Królewskiego Półmaratonu w Krakowie, ze wskazaniem na to drugie. Zapytałem czy wszystko ok? Postanowiłem poczekać, aż dojdzie do siebie.

Tak, Tomek wyrozumiale poczekał aż ochłonę. Ruszyliśmy niespiesznym spacerkiem w kierunku dworca autobusowego. Musieliśmy przejść przez całą Wenecję. Po drodze wykorzystaliśmy szalik, żeby zrobić chyba najfajniejszą fotkę z całej weneckiej wyprawy. Fotkę patriotyczną, a równocześnie biegową.

my1

Zdziwiło mnie, że znużenie szybko mija. Nogi bolały, ale był to prawie przyjemny ból. Żeby tak jeszcze pozbyć się nieprzyjemnego uczucia wywróconego żołądka…

Szliśmy przez dłuższy kawałek wzdłuż końcowego odcinka trasy maratonu – już tylko my dopingowaliśmy biegaczy. Na dźwięk naszych głosów podnosiły się głowy i w zmęczonych oczach zapalały się ukryte rezerwy energii. Czasem na twarzach pojawiał się uśmiech. Nabierałem jeszcze większego szacunku dla tych, którzy dłużej ode mnie pozostawali na trasie królewskiego dystansu. I tym mocniej krzyczeliśmy „bravi bravi!” i klaskaliśmy.

Niespiesznie dotarliśmy do miejsca transferów na Piazzale Roma.

my

Wskoczyliśmy do autobusu kierującego się do Mestre. Czuliśmy spojrzenia pełne podziwu, odpowiadaliśmy na uśmiechy. To był nasz dzień i nasza radość z ukończonego biegu.

Ja też, im dalej szedłem, tym bardziej mijało mi niespełnienie z powodu 4 minut, których zabrakło. Zjadłem kawałek pizzy, podczas gdy Paweł ratował się colą :-) Później kupiłem pieczone kasztany. Będą mi się już zawsze kojarzyły z tym pomaratońskim długim spacerem, zatłoczonymi uliczkami tego niezwykłego miasta. Gdy zdarzały się schody wchodziłem lewą nogą i wciąż zastanawiałem się, co powie prawa, gdy skończy się działanie silnych leków :-)


O czym myśleli panowie pod drzewem ?

Pan Paweł : Ostatnie kilometry biegu to była straszna mordęga. Obiecywałem sobie, że biegnę maraton po raz pierwszy i ostatni. Coś sobie udowodniłem i już więcej razy nie muszę. Po przekroczeniu linii mety byłem pewien mojego mocnego postanowienia zakończenia romansu z królewskim dystansem. Miesiące przygotowań i wyrzeczeń, ponad tysiąc przebiegniętych kilometrów w ramach przygotowań. Po co to wszystko?

Ale gdy zeszło ze mnie zmęczenie, gdy uspokoił się żołądek, gdy spojrzałem na moje roześmiane zdjęcie (tak, śmiałem się na trasie i nawet na końcówce biegu!) to już wiedziałem co powiem i co napiszę. Że za rok, znowu chcę siedzieć albo leżeć pod jakimś pomaratońskim drzewem. Chcę jeszcze raz przejść przez całą maratońską historię. Chcę spotkać się z bólem i zmęczeniem i jeszcze raz sobie udowodnić, że jeśli mocno się czegoś chce i jeśli się przyłoży do przygotowań, to królewski dystans może być przebiegnięty z uśmiechem.

Pan Tomasz: Ja takich dylematów nie miałem. Wiedziałem, że jeśli jest we mnie jakieś rozczarowanie, to przekuje je w minuty pobitej życiówki na kolejnym biegu. Znałem już znałem wtedy jego datę. Na początku kwietnia 2017 znów pobiegnę na włoskiej ziemi, tym razem moim przeciwnikiem będą ulice Rzymu (http://maratonadiroma.it/). Lecz zanim tam pobiegnę, to znajdę duży gumowy młotek i deskę. Przebiegnę z tym wyposażeniem wszystkie moje trasy treningowe i tam gdzie napotkam cholerną wystającą kostkę brukową – wbiję ją na swoje miejsce. Nie chcę, żeby ketonal był moim przyjacielem w kolejnych biegach, z całą pewnością wystarczy Paweł :-) Też znieczula, ale śmiechem :-) Przykład ? A proszę bardzo.

Patrzy na mojego lewego buta i pyta : „a co Ty tam masz?”, chwilę potem wydłubuje z mojej podeszwy kamień, wielkości dużej śliwki i zaczyna się śmiać :-) „chłopie, jak Ty biegłeś? z chorym prawym kolanem i wielkim kamieniem w lewym bucie?  tyle kilometrów dźwigałeś ten kamień?”. Śmiejemy się obaj, a ja już dokładnie wiem, co stukało przez 53 tysiące kroków!


Podziękowania

… kieruję dla mojej Małżonki. Za wyrozumiałość dla czasożerności mojego biegania i wspieranie mojej pasji. Już raz pisałem o jej magicznym prezencie, który upewnił mnie, że mogę nadal biegać i rozwijać moje niewinne (?) hobby. Jej pozytywne myśli towarzyszyły mi na trasie. Dziękuję!

Ale nie byłoby tej relacji i tego startu bez Tomka, mojego przyjaciela i biegowego anioła stróża. Każda biegowa wyprawa z nim to przygoda, w której każdy moment jest nagrodą za godziny wyrzeczeń i przelany na treningach pot. Dziękuję za już i proszę o więcej.

Dziękuję też za wszystkie trzymane kciuki za mnie i za nas. Bardzo się przydały. I krzepiły.

Ja z kolei podziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki, zwłaszcza rozwieszając polską flagę na 26 kilometrze w Mestre. No i oczywiście Pawłowi, za przegadane wieczorami godziny, wzajemne nakręcanie się i nieziemską cierpliwość jaką miał do mnie, gdy w ostatnich dniach byłem marudny jak stara ciotka i wciąż narzekałem na bolące kolano!

I tak oto zakończył się nasz „projekt Wenecja”. Ja stałem się maratończykiem i zrozumiałem co tak bardzo pociąga w bieganiu maratonów. Tomasz to już wiedział więc po prostu, mimo trudności, zrobił nową życiówkę. Wkrótce nowe biegi i wyzwania. Ale to największe tegoroczne zakończyło się, pozwalając się cieszyć realizacją marzeń. Czego i Wam życzymy – do następnej relacji!


Tomasz i Paweł

Autorów dwóch: mgr inż. Anioł czyli Tomasz, Bookworm czyli Paweł. We wpisie wspólnym, podwójnie podpisanym.

Może Ci się również spodoba

39 komentarzy

  1. Piotr Stanek pisze:

    Gratulacje Pawle :)
    Pierwszy maraton to niewiadoma. Drugi także i chyba każdy kolejny…

    Co do maratonu to jak zerkniesz na fejsa i Asi profil to wiesz, gdzie biegniemy za rok.
    Może też się skusisz?

  2. Brawo !! Brawo !! Raz jeszcze i gdzie biegniesz Pawle kolejny ?

  3. Blogierka pisze:

    WARIATY! :))
    A teraz: Tomek- co z kolanem? nie masz ultra poważnych uszkodzeń?
    Wormie- czy Tobie też nic ze stawami nie rypło? oraz o co kaman z tymi opaskami?

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Spokojnie :) jesli cos w kolanie bylo to zostalo rozbiegane :) po tygodniu odpoczynku juz sobie normalnie biegam i przygotowuje się do biegu górskiego w Wiśle. To było stłuczenie, po prostu silny ból, ale nie skręcenie czy zerwanie czegoś. Przynajmniej tak myślę ha ha :)))

    • Bookworm pisze:

      Mnie ze stawami? Ja nie lubię wody, jestem stworzeniem lądowym i do stawów nie włażę po dobroci!
      A na poważnie to nie, moje stawy wciąż jeszcze działają a kończyny (w przeważającej liczbie) zginają się nawet we właściwych kierunkach.
      Opaski? W części drugiej relacji wkleiłem fotkę. To prosta opaska z kilometrami i pożądanymi międzyczasami dla określonego czasu na mecie. Na trasie są oznaczenia co kilometr, zerkasz na zegarek i już wiesz czy „dobrze idziesz” zgodnie z rozkładem.

      • Blogierka pisze:

        Boszz :P
        1.Nie chodziło mi żeś stary czy coś, po prostu mi po takim dystansie na asfalcie jebłyby kolana :)
        2.Wiem widziałam dlatego pytam czy to jakiś patent czy standardowa technika biegowa?

        • Bookworm pisze:

          1. Myślę, że to kwestia przyzwyczajenia organizmu do wysiłku, w tym do wymaganego większego „oliwienia” kolan. Odpukać, ale żadnych problemów nigdy akurat z tym nie miałem.
          2. Nie wiem czy standardowa – są nawet portale, na których można wydrukować opaskę na dany czas, przed niektórymi biegami nawet można taką dostać gotową :)

  4. Monika Dudzik pisze:

    Panowie, serdeczne gratulacje!

  5. Gratulacje chłopaki! Podziwiam z całego serca!

  6. Wielkie gratulacje! Świetna relacja! :)

  7. wzruszyłam się! Serio!

    Ale z kamieniem? Maraton? Koniec świata! Bo, że z migreną i z chorym kolanem to ja mogę zrozumieć, ale z KAMIENIEM w bucie???

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Na szczęście nie w środku, bo był wbity pod piętą w podeszwie :))) ale nie napisałem, że stukałem tak, że czasem ktoś się obejrzał co to za dźwięk, chyba obawiając się, że dogania go ktoś o lasce :)))

    • Bookworm pisze:

      Jak to w tego typu przypadkach bywa okazało się po wydłubaniu delikwenta, że żeby go na powrót włożyć to … no nie da się. Szansa jedna na milion (?). W totka powinien grać ;)

  8. halmanowa pisze:

    To się nazywa prawdziwa pasja! Gratulacje dla obu panów – tego z bolącym kolanem i kamieniem w podeszwie, tego z migreną, co zaliczył swój pierwszy (maratoński) raz :) Jesteście niesamowici. A wasza relacja to dobry materiał na książkę, mówię Wam! Pozdrawiam :)

  9. BasiaK pisze:

    Napiszę to po raz kolejny i pewnie nie ostatni. Świetnie się uzupełniacie w tych relacjach. Uwielbiam je. A tę czytałam z wypiekami na twarzy i wzruszeniem w oczach. Brawo panowie! Szczególnie gratuluję tu Pawłowi, w końcu to jego pierwszy raz. :) Ale Tomek też wymiata. Z chorym kolanem i kamieniem w bucie. Debeściak. :) Wielki szacun i gratulacje dla Was. Jesteście niesamowici! I w bieganiu i w pisaniu i w Waszej przyjaźni. Bravo ragazzi!

  10. Świetnie się czytało! :)

    Na kolejny zagraniczny bieg zabieram się z Wami!
    Tak postanowiłem i tego się trzymajmy.

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Zapraszamy :) następny wspólny to pewnie za rok, ale jakby Cię Rzym na wiosnę interesował to daj znać :) mam tam już ekipę 3-osobową ale zapisy wciąż otwarte.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.