Jest taki jeden jedyny bieg w roku, o którym zawsze myślę z uśmiechem – bieg po Moczkę i Makówki w Stanowicach. Uczestniczyliśmy z Tomkiem w tym biegu już cztery razy. I wciąż nie mamy tych startów dość. Choć zdarzają się momenty zwątpienia, o czym będzie za chwilę.

Co jest w tym biegu wyjątkowego? Wszystko! Od świątecznej atmosfery, poprzez spotkania ze znajomymi biegaczami, możliwość spróbowania przed świętami Bożego Narodzenia śląskich specjałów – czyli moczki i makówek, aż po bieg na dystansie 10 kilometrów w przebraniu.

Wyjątkowe jest też zwariowane towarzystwo, na przykład my się wzajemnie z Tomkiem napędzamy do uczestnictwa w tym biegu. Solo to pewno żadnemu z nas by się nie chciało jechać i uczestniczyć w biegu przebierańców. Wiem o czym piszę, bo dawno, dawno temu wykorzystałem przebranie z Moczki i Makówek i pojechałem na pewien towarzyski bieg sylwestrowy. Snułem się tam z kąta w kąt przed biegiem, nikogo nie znałem, ostatecznie zmyłem się też po biegu bardzo szybko.

Bieg w Stanowicach jest świętem przebierańców, wyzwaniem jest nie tyle odległość czy czas ukończenia biegu, ale zrobienie jak najśmieszniejszego stroju, który wytrzyma cały dystans, czyli dziesięć kilometrów.  W każdym razie tak my z Tomaszem podchodzimy do tematu, bo to żadna sztuka zrobić wspaniałe przebranie, które nie wytrzyma trudów przynajmniej jednego okrążenia po stanowickich drogach.

Z perspektywy dwóch tygodni po biegu wiemy też, że bieg zorganizowany przez Grupę Biegową Luxtorpeda został świetnie nagłośniony zarówno przez organizatorów, jak i uczestników. Po moich wrzutkach na FB i Instagramie chyba wszyscy moi znajomi (również ci, którzy jeszcze nie biegają) gratulują przebrań i świetnej zabawy.

Ale wróćmy do naszych przygotowań.

Przebranie to wyzwanie – przedstartowe rozterki
Tomasz

Po zwycięstwie w kategorii najlepszego przebrania w roku poprzednim, wiedziałem, że nie będzie łatwo znów wymyślić coś tak oryginalnego. Poprzeczka wisiała wysoko. Były nawet myśli by w tym roku nie biec, ale przeważyła chęć dobrej zabawy. Postanowiłem, że do przebrania wykorzystam w zdecydowanej większości elementy, które posiadam. Padło na coś, co czasem wystawiam przed dom, z napisem „elektośmieci”. Chodziło o części z komputerów. A że ostatnio oglądałem serial Mr Robot, który skądinąd z robotem nie ma nic wspólnego, to postanowiłem zostać właśnie robotem. 

Paweł

Zaskoczę Was, ale gdy nadszedł moment zapisów na bieg, spuściłem nos na kwintę, powiedziałem „pas” i nastawiłem się na dopingowanie Tomka, który zapisał się mając od początku swój genialny pomysł na przebranie. Ostatecznie zamierzałem tylko kibicować w Stanowicach. Co ja mogłem wymyślić po ubiegłorocznym genialnym przebraniu? Wszystkie pomysły były miałkie i były cieniem tego, co Tomasz już miał wymyślone.

Do porządku przywołała mnie Urszula z GB Luxtorpedy, która stwierdziła, że lista startowa beze mnie jest pusta. I która zaczęła szukać przyczyn i drążyć (oj tak) mojego braku chęci na start.

I wtedy mnie olśniło.

Postanowiłem zostać Zakręconym Rycerzem.

Mr. Robot – elektroniczne przebranie

Tak, jak wspomniałem powyżej zebrałem części z 2 laptopów i jednej stacji PC. Miałem do dyspozycji płyty główne, ekrany, klawiatury, wszelkiego rodzaju karty graficzne czy sieciowe, kości pamięci i wreszcie kabelki. Zdecydowałem się zamontować to wszystko za pomocą drucików na kombinezonie roboczym.

Następnie użyłem kolorowych rurek używanych przy montażu instalacji wodnych, by Mr Robot otrzymał swój elektroniczny krwioobieg.

Były rękawice robocze z zamontowanymi elementami elektronicznymi.

Największym wyzwaniem okazał się kask. A dlaczego? Sam strój ważył około… 12 kg. Dużo. Ale wiedziałem, że spokojnie przebiegnę w tym 10 km. Jednak nakrycie głowy ważące 2 kg okazało się zbyt dużym obciążeniem i bałem się, że najnormalniej uszkodzę sobie szyję. Musiałem więc zrobić z drutu specjalny stelaż, który mocowany był do kasku, a opierał się na ramionach. Finalnie Mr Robot prezentował się całkiem okazale.

Byłem też bardzo zadowolony z tego, że w tym stroju, mimo ciężaru mogłem swobodnie biec. Nie ukrywam, że nie do końca się zgadzałem z organizatorami biegu, co do faktu, że w stroju nie trzeba ukończyć biegu. Skoro to ma być strój biegowy, moim zdaniem powinno się dać w nim biegać. Bez tego w następnych latach będzie to konkurs, ale już niekoniecznie biegowy.

Zakręcony Rycerz – w poszukiwaniu zakrętek

Idea wykonania stroju

Idea mojego stroju była prosta. Wyprodukować zbroję rycerza oraz tarczę złożoną z nakrętek. Najpierw zamierzałem zrobić zbroję tak jak kolczugę, przewiercając każdy kapsel w kilku miejscach, łącząc je później za pomocą sznurka. A tarczę chciałem przygotować przykręcając kapsle śrubkami do tektury, bądź do plastiku pochodzącego z butelek.

Jednak moja Małżonka przekonała mnie, że prościej będzie kleić te kapsle klejem na gorąco do kartonu (tarcza) oraz do pianki (tej pod panele) przyszytej do starych ubrań biegowych. Ostatecznie znalazłem na strychu srebrną osłonę przeciwsłoneczną do auta, która została przez Żonę i jej siostrę Kasię pocięta na kawałki pancerza, żaden z nich się nie zmarnował, nawet wystarczyło materiału na cudownie ukształtowany dłońmi Żony hełm! Brzegi elementów zostały misternie obszyte przez Kasię taśmą, żeby się nie strzępiły. Niekoniecznie to był dobry pomysł (za to wyjątkowo czasochłonny) – ale nie uprzedzajmy rozwoju wypadków.

Odrębną kwestią było mocowanie elementów zbroi (rzepy i taśma) do rąk i nóg. Postawiliśmy na rzepy. W ostatniej chwili okazało się, po próbnym włożeniu wszystkich elementów, że potrzebne jest coś, co umocuje poszczególne części przebrania na udach do pasa. Taka rycerska podwiązka.

Nakrętki

Pech chciał, że w październiku oddaliśmy 500 nakrętek do szkoły juniora, ale liczyłem, że mój zapas zakrętek na kolejny semestr (500 sztuk) w zupełności wystarczy do oklejenia stroju. Myliłem się. Podszedłem do tematu po inżyniersku i policzyłem powierzchnię, którą chciałem pozakrętkować (brakowało dobre pół metra kwadratowego do samego płata centralnego zbroi), więc ogłosiłem apel do przyjaciół z prośbą o wsparcie. Nie chciałem oczywiście drenować zasobów przeznaczonych na szlachetne cele, ale skorzystać z posiadanych nadwyżek – tych, które gdzieś tam się zbiera, żeby wrzucić do pojemników na zakrętki.

Małżonka z sobie znanych źródeł przyniosła ponad 1000 sztuk (tak, tysiąc sztuk!), kolejny olbrzymi zastrzyk zafundowała mi Kasia z Radlinioków w Biegu, która jako jedyna miała w swoich zapasach rewelacyjne, ogromne zakrętki z pięciolitrowych (i większych) pojemników na wodę – to dzięki niej nie zwariowałem przy klejeniu zbroi, z samych małych zakrętek zbroi bym nie wykleił, bo bym wcześniej nerwowo sfiksował.

Nakrętki posegregowałem kolorami i wielkością, wstępnie przemyślałem kolorystykę elementów zbroi. Dzięki potężnym zasobom już posegregowanych zakrętek mogłem poszczególne części pancerza (naramienniki, nałokietniki, nagolenniki) pokrywać wybranym kolorem. Pozostał już tylko najtrudniejszy etap.

Klejenie

Nie chcecie wiedzieć jak bardzo mrówcza praca to była. Gdyby nie upór mojej Żony i moja wytrwałość, to by strój nie powstał. Kilka wieczorów i nadwyrężonych przedświątecznych nocy minęło na klejeniu kapsli. Gdy pierwszego wieczora powstała część centralna zbroi

i tarcza,

wiedziałem że plan się powiedzie. Na fotkach widać jak bardzo mi brakowało zakrętek jednego wzoru i koloru – cóż, było pstrokato. Ale może to i zaleta?

Źle jednak działo się z mocowaniami elementów pancerza na rękach i na nogach, bo zakrętki świetnie trzymały się na prostych i płaskich powierzchniach. Tam, gdzie się pancerz zginał, pojawiały się naprężenia. Starałem się im zapobiegać klejąc w dużych odstępach rzędy zakrętek i nakładając kolejne wzmacniające warstwy kleju, ale obawiałem się samego biegu, podczas którego zwielokrotnią się naprężenia na spodach przyklejonych nakrętek. Rozważałem nawet bieg w zbroi, z tarczą ale bez elementów na nogach i na rękach, które bym zdeponował na czas biegu.

Tak oto wyglądał plac boju zakrętkowego.

Kostium zwieńczyło przygotowanie okazałego szyszaka, na szczycie którego pojawił się choinkowy element ozdobny. Klejenie nakrętek na szyszak było mordęgą, każda nakrętka pokryta gorącym klejem musiała być dociśnięta z obu stron materiału, w jednej ręce miałem pistolet klejowy, w drugiej nakrętkę, którą musiałem docisnąć również od wewnętrznej strony szyszaka. Brak trzeciej ręki coraz bardziej dawał się we znaki.

Szyszak wyszedł bosko, niestety bardzo bałem się, że się w nim zagotuję, bo grzał moją głowę z mocą elektrociepłowni węglowej. Wywietrzników nie planowałem, osłabiłyby wydatnie konstrukcję.

Strój powstał ostatecznie w wigilię biegu w Stanowicach, został z honorami odniesiony do samochodu na wielkiej tekturze pochodzącej z jednego z elementów szafy. Która (na marginesie pisząc) miała być skręcona przed Świętami, a z racji biegu w Stanowicach, została skręcona po.

Sigma i Pi – my wam damy przybyszy z matplanety!

W dzień startu zaparkowaliśmy w naszym tradycyjnym stanowickim miejscu parkowania, mogliśmy się tam spokojnie ubrać w nasze wspaniałe kostiumy. Ja pomogłem Tomaszowi w podłączeniu przewodów do hełmu, on podociągał rzepy mojej zbroi i okleił taśmą elementy, co do których miałem obawy, że mnie opuszczą przed dotarciem do mety.

Przypomnę, naszym celem było przebiegnięcie całości dystansu, nie do końca nam się podobał regulaminowy zapis, że przebranie jest oceniane na podstawie zdjęć na ściance. Do licha, jesteśmy biegaczami, bieg przebierańców to bieg podczas którego się używa przebrania. I stara osiągnąć linię mety. To żadna sztuka dać się sfotografować, rzucić strój w kąt, pobiec bez przebrania i (ewentualnie) przebrać się na powrót przed ceremonią dekoracji.

Już pierwsze reakcje przechodniów, gdy podążaliśmy do biura zawodów, upewniły nas, że nasz trud i godziny pracy nad strojami były warte zachodu. Gratulowano nam przebrania… Sigmy i Pi! Przybyszy z Matplanety (czy są tu czytelnicy pamiętający ten sympatyczny serial?).

Telemark

Już przejście przez pierwsze drzwi ukazało wielkość Tomasza, jego idei, a już na pewno jego przebrania. Był tak wysoki, że aby nie wyrwać dziury w futrynie drzwi wejściowych do biura zawodów musiał przekraczać liczne drzwi telemarkiem, obniżając chwilowo swoją wielkość do statystycznej.

Jako żywo przypominało to radosne nawoływanie mobilek na CB przed wiaduktem na ul. Wodzisławskiej w Rybniku: „Mobilki, ile przechodzi pod wiaduktem na wlocie?”. No więc przechodził Zakręcony Rycerz. Mr. Robot też, ale telemarkiem. Okazało się też przy okazji, jak bardzo byłem użyteczny, szedłem krok za Jego Wysokością Mr. Robotem przypominając mu o obniżeniu poziomu przed każdymi drzwiami słowami: „TELEMARK!”.

Sala gimnastyczna

Jest zawsze miejscem rozrywkowym. To tu witamy się ze znajomymi. To tu udzielamy wywiadów, robimy sobie wzajemnie zdjęcia i grupowe fotki. W tym roku organizatorzy przygotowali ściankę, skorzystaliśmy więc z niej fotografując się solo i wspólnie.

Pojawił się niewielki, przewidywany przez nas problem z umocowaniem numeru startowego. Niespodziewanie numer startowy okazał się być OGROMNY. Mój przymocowałem do wewnętrznej części tarczy. Oto fotka pobiegowa z ubłoconym mieczem.

Tomasz znalazł kawałek uda bez elektroniki, do którego Krzysztof, pełniący podczas biegu funkcję fotografa, przymocował numer startowy. Patrząc na tych dwóch niestrudzonych ultrabiegaczy wyszeptałem: jak ultras-ultrasowi

Tylko dzięki pomocy Radlinioków w Biegu (dziękujemy!) za naszymi sznurówkami pojawiły się obowiązkowe, zwrotne czipy do pomiaru czasu. Po raz kolejny moje przebranie uniemożliwiało mi schylanie się.

Przebrania

Rokrocznie poziom inwencji startujących oraz poziom wykonania przebrań rośnie, tak jak i procent przebranych startujących. Same przebrania są coraz bardziej wymyślne, odlotowe, pracochłonne.

Nie wiedzieliśmy też, że są osoby, które czekają na to, jak my się przebierzemy, które pamiętają nasze poprzednie przebrania.

Furorę w tym roku zrobił Sławek w swoim potrójnym przebraniu. Podziwialiśmy bezgranicznie jego pomysł i życzyliśmy mu, żeby przebiegł choć jedno pełne okrążenie w komplecie (jego przebranie było przebraniem potrójnym).

Nasze przebrania też doceniono, stawaliśmy do zdjęć z wszystkimi chętnymi, przynajmniej w tym roku się nas dzieci nie bały, jednemu z chłopców do zdjęcia dałem do potrzymania mój oręż – drewniany miecz pożyczony od syna.

Wspaniałych i zaskakujących przebrań było więcej i to indywidualnie, i grupowo – nie chcemy tu nikogo pominąć, więc po prostu przekierujemy do galerii organizatorów „ze ścianki” dostępnych na fanpage biegu. Klikajcie i radujcie się przebraniami. Było na co patrzeć i z kim się fotografować.

Tymczasem udajmy się wspólnie na rozgrzewkę (pamiętając o telemarku w drzwiach!).

Rozgrzewka i bieg

Tradycją biegu po Moczkę i Makówki jest wesoła rozgrzewka, prowadzona przez Edytę Worynę, trenera personalnego – fikaliśmy radośnie we wszystkie strony, we mnie rósł niepokój czy coś gdzieś już aby nie zaczyna się odklejać.

Gdy dotarliśmy na start biegacze już byli już dosłownie zwarci i gotowi, więc ustawiliśmy się w drugim rzędzie startujących. Nikt nie protestował z racji Wielkości Mr. Robota i mojego oręża, którym przecież mogłem wyciąć konkurencję w zasięgu miecza.

Ruszyliśmy! Po raz pierwszy udawało mi się trzymać tempo ustalone przez Tomasza, któremu niespodziewanie zaczęła się odklejać karta graficzna na łydce, jeden z elementów przebrania. Na szczęście trasa prowadziła przy domu jego znajomych, którzy co roku nas dopingują i robią zdjęcia. Tomasz zamówił taśmę klejącą na kolejne okrążenie i kontynuowaliśmy pierwsze okrążenie.

Doping był mocny, w końcu nie tylko biegacze rywalizują o trofea, grupy dopingujące mają również możliwość wygrania nagród.

Biegłem dzielnie zmagając się z porywami wiatru, które czułem na płacie czołowym zbroi i które próbowały wyrwać mi z ręki tarczę. Ale i tak bawiłem się świetnie, kilkukrotnie prosząc kibiców o wskazanie prawidłowej drogi prowadzącej na Grunwald.

Alek Runner

Niedaleko startu zajął stanowisko znany chyba wszystkim śląskim biegaczom (i krajowym już też) Alek Runner na swoim wózku. Niestety błotniste elementy trasy uniemożliwiły mu start w zawodach, kręcił więc filmik i dopingował uczestników.

Pit stop i pogoń za Mr. Robotem

Na drugim okrążeniu Mr. Robot zbiegł do pit-stopu, a ja skorzystałem z punktu nawadniania (bo pot mi się lał z szyszaka wielkimi kroplami). Tomasz przyspieszył, czego ja nie byłem w stanie dokonać, wiatr szarpał moją tarczą tak, że musiałem chwilami z niej robić na końcu ręki latawiec. Niestety przy kolejnych okrążeniach   widziałem pojedyncze nakrętki, które wybrały wolność – opuściły moje pracowicie sklejane przebranie. Te najbardziej podejrzane o chęć ucieczki elementy odrywałem i wrzucałem do lokalnych koszy na śmieci.

(fot. Izabela Wrożyna)

Ale i tak zebrała się dobra garstka, czego nie omieszkał mi dzień później wytknąć Andrzej. Cóż, zostawiłem część siebie na stanowickiej ziemi…

Pędziliśmy dalej, Tomasz z przodu, ja kilkadziesiąt metrów za nim. Gdy wbiegaliśmy na prostą wzdłuż trasy na Rybnik stanowiliśmy tak malowniczy widok, że mało który pojazd nie zwalniał i nie trąbił pozdrawiając przebranych biegaczy. Wyobraźcie sobie, że zjeżdżacie z autostrady i spokojnie przejeżdżacie przez jakieś miasteczko, a tu chodnikiem biegnie Mr. Robot, stado mumii niosących niewielką piramidę, Zakrętkowy Rycerz, grono żab, kelner częstujący uczestników izotonikami (haha, kto ich spróbował ten wie jak wielka moc była w nich ukryta).

Na ostatniej prostej przyspieszyłem do granic możliwości przebrania, próbując dogonić Mr. Robota. Tyle tylko, że ów również przyspieszył i cały mój misterny plan doprowadził jedynie do zmniejszenia jego przewagi na mecie. Najważniejsze, że do niej dobiegliśmy i to obaj. Spójrzcie na to genialne ujęcie!

(fot. Izabela Wrożyna)

Za linią mety udzieliliśmy wywiadu, odebraliśmy wodę i poszliśmy po tytułowe specjały śląskie – moczkę i makówki.

Część wywiadu możecie obejrzeć tu:

Prócz galerii organizatorów, ze ścianki, polecam galerię, którą przygotowała Pani Izabela Wrożyna.
No i relację Festiwalu Biegowego, w której znalazło się sporo naszych przemyśleń o Moczce i Makówkach.

Podium!

Niespodziewanie dla mnie stanąłem na trzecim stopniu podium w kategorii przebrań. Zaskoczenie było pełne, bo gdybym miał obstawiać, to znacznie wyżej  ode mnie powinien stać Mr. Robot!

Tymczasem na II stopniu podium stanęło całkiem dowcipne przebranie Endomondo (matko, jak on był w stanie walczyć z porywistym wiatrem?),

I stopień to potrójna obecność Sławka (który ukończył okrążenie dzięki pomocy bohaterskich strażaków, którzy go skręcili ponownie w całość, bo miał niewielką awarię na trasie).

Jeszcze krótkie pożegnanie z władzami Czerwionki Leszczyn

Rzut oka na najlepiej przebraną grupę (szacuneczek, piramida na tym wietrze pewno żyła własnym życiem) 

krótka rozmowa z Wodzem Wszystkich Wodzów

i czas było zbierać się do domu.


Ukłony dla zacnej Grupy Biegowej Luxtorpeda za tak cudowną przedświąteczną rozrywkę – to własnie dzięki Nim, jak co roku możemy bawić się w Stanowicach.


Relację zakończę filozoficznym stwierdzeniem, że I my w Stanowicach byliśmy, i moczkę i makówki jedliśmy. Co zamierzamy czynić i za rok. Do zobaczenia!