Relacje

7. Bytomski Półmaraton – relacja

7. Bytomski Półmaraton - relacja

7. Bytomski Półmaraton już za mną. I to miasto, i  niedziela 20. września będzie mi się kojarzyła niesłychanie miło – z półmaratońską „życiówką”.

W relacji, jak na prawdziwego Polaka przystało, będzie i narzekanie, i radość, i podziw, prócz tego znajdziecie tu muzyczne akcenty. Ale spokojnie, to nie ja będę śpiewał.

Wyniki i część galerii zdjęciowych znajdziecie na samym końcu wpisu.


Dlaczego Bytom?

Dlatego, że jest na „B”

powiedział mgr inż Anioł, enigmatycznie kusząc mnie do zapisania się na ten bieg. Ja niestety byłem w minorowym nastroju po Półmaratonie Praskim, gdzie zamiast bić życiówkę, „spóźniłem się na metę” o 10 minut, w stosunku do najlepszego wyniku z Półmaratonu Księżycowego w Rybniku. W związku z tym, że obiecałem sobie, że „nigdy więcej” to  … zapisałem się do Bytomia.

W końcu „bieg, w którym startuje również mgr inż. Anioł, staje się imprezą – świętem biegowym a nie zwykłym biegiem” (amen!)

W międzyczasie okazało się, że liczba zapisanych biegaczy przekroczyła graniczne 1200 i będzie można wygrać Toyotę Aygo, która miała być rozlosowana wśród startujących.

aygo

Przygotowania

Na poprawę formy biegowej miałem całe trzy tygodnie. Czyli realnie dwa tygodnie, bo ostatni tydzień jest już czasem akumulacji sił i przypomnieniem szybkościowym. Po drodze był jeszcze Katowice Business Run – 3,2km przebiegnięte w szczytnym celu. Przy takim układzie czasowym, to mogłem biegać tylko po to, żeby nie zapomnieć jak to się robi. Całe 7 wybiegań…

TrenujemyĆwiczyłem więc psychikę, twarde spojrzenie i dziesiątki wytłumaczeń, „dlaczego znowu mi nie poszło”.

Pakiet biegowy

Na kilka dni przed startem okazało się, że zgodnie z regulaminem pakiety wydawane są w niedzielę tylko do godziny 9.30! Start biegu o 11.00, więc zapowiadało się długie niedzielne oczekiwanie na start. Ja nie mogłem podjechać odebrać pakietu, bo to 60km w jedną stronę. Na szczęście niezawodny mgr inż Anioł odebrał swój i mój pakiet w piątek, co zaoszczędziło nam czasu w niedzielę. Uprzedzając bieg wypadków – oczywiście biuro biegu było w niedzielę czynne dużo dłużej,  więc po co było to ograniczenie w regulaminie? No ale jak to bywa, regulamin swoje a praktyka swoje.

W pakiecie była tradycyjna makulatura, opaska odblaskowa, numer startowy z agrafkami oraz koszulka. Ponoć (sądząc ze zdjęć i dyskusji w internecie) była również opaska biegowa z kieszonką. Niestety, żaden z nas takiej nie otrzymał. A gdyby tak numer startowy miał jeszcze otworki po brzegach – byłaby pełnia szczęścia.

Słówko o koszulce, jak net długi i szeroki, tak spadła krytyka na rozmiarówkę koszulek. Już pisałem o tym wielokrotnie:

Kochani organizatorzy, jeśli już konieczne jest dawanie koszulek w pakiecie, to podajcie ich dokładne wymiary przed zamawianiem pakietów startowych.

Dla ułatwienia podam, że użycie literek alfabetu: S/M/L/XL jest nieprecyzyjne i doprowadza biegaczy do szału! Jeszcze jest to do przeżycia przy możliwości wymiany rozmiaru na miejscu (pewno ku rozpaczy ostatnich osób odbierających pakiet). Ale tak? Moja „L”ka okazała się po prostu zbyt ciasna. Czyli powinienem wziąć XLkę. To co miały wziąć osoby bardziej puszyste niż ja? Dwie sztuki?

Tu podano w aktualnościach przybliżony obwód klatki piersiowej ale już nie inne wymiary. I naprawdę trudno było znaleźć tę informację.

Spójrzcie jak to wzorcowo zrobiono przed Półmaratonem Praskim:

Rozmiary koszulek – wystarczą trzy wymiary A/B/C i skorzystanie z tabelki. I wszystko jasne. Koszulka pasuje jak ulał!

No to czas na start

Przyjechaliśmy, zaparkowaliśmy, przebraliśmy się i udaliśmy się na rozgrzewkę. Atrakcją był tor gokartowy – zakręty, proste – idealne miejsce na rozgrzewkę dla biegaczy. Gdyby tak nas pogonić gokartami to rozgrzewka by była wręcz perfekcyjna.

tor_karting

Zwiedziliśmy, jakżeby inaczej, toaletę w centrum handlowym. I tam, czekając wytrwale w kolejce, wydumaliśmy, że muszą być też gdzieś rozstawione toi-toie. Nie myliliśmy się, ale jakoś większość wolała stać w kolejce, niż iść 100m dalej skorzystać z niebieskiej budki. Sympatyczne, że ktoś pomyślał o dostawieniu przenośnej umywalki – to „cudo” widziałem tylko na Półmaratonie Praskim w Warszawie.

toi toi

Na kwadrans przed startem, zwarci i gotowi, udaliśmy się w kierunku napisu META wyróżniającego miejsce startu.

my

„Brawo my!” – groźnie wyglądamy, nieprawdaż?

Uprzedzając dziesiątki pytań, telefonów smsów i faksów, za pasem mam dwa hydrożele. Do czego służą? Przede wszystkim, po pierwsze primo, do dyndania podczas biegu. Biegacz bez dyndającego żelu jest biegaczem niepełnym. A ja dopiero po 500 metrach wpadłem na to, jak je upchnąć do kieszonki. W końcu to dopiero mój czwarty półmaraton, jeszcze ze dwa, to może wymyślę jak skompresować je do bocznych uchwytów na żele (ale nie hydrożele) na pasku.

Secundo: do oznaczania trasy, po każdym okrążeniu miałem wyrzucać jeden – do tego na późniejszych fotografiach brak jednego/dwóch hydrożeli za pasem pozwala mi rozpoznać czy była to pierwsza połówka biegu, czy może już dalszą część biegu.

Na 5 minut przed startem zaczął się autentyczny cyrk organizacyjny.  Bo ludzie ustawili się po … dwóch stronach nadmuchanego startu. Z jednej strony widniał napis: „START”, z drugiej „META”. Trudno odmówić logiki stwierdzeniu, że strona START winna być startem. Nie będę tu polemizował. Bardziej doświadczeni wiedzieli, że wbiega się na metę od strony napisu META, więc należy ustawić się przed nią. Zasadniczo to chodzi o to, żeby przebiec przez matę zaliczającą czipowi (ukrytemu w naszym numerze startowym) start.

Start jst tu

A władca mikrofonu dwoił się i troił, aby przesunąć osoby od strony START na stronę META. Ale jak się przesunąć w tył, gdy się jest w środku masy ludzkiej a z boków „trzymają” barierki? Udało się utworzyć wąziutki szpaler, którym wpuściliśmy biegaczy preferujących uprzednio start od strony START.

Warto też dodać, że bieg zaczynaliśmy równocześnie z biegaczami na 10km. A właściwie na 10,5km oraz z kijkarzami. Tłok był spory.

Przed samym startem odbyła się jeszcze krótka … modlitwa. Na tyle startów biegowych to była moja pierwsza, cóż, pomocy Niebios nigdy zbyt wiele. Ale może rozszerzmy tę formułę na raz następny, gwarantuję „ciary” na starcie:

Władcy mikrofonu udało się jeszcze powiedzieć:

Najpierw odpalimy tych na wózkach

Zabrzmiało groźnie. Oklaskami pożegnaliśmy więc osoby niepełnosprawne, które ruszyły na trasę (niezastrzelone). A potem na głos odliczyliśmy nasze ostatnie 10 sekund. (…) 3…2….1… Start! Ruszyłem ostro zastanawiając się z czego strzelali i czy jednak nie byłoby warto zygzakować (sami wiecie, że w niejednym filmie odstrzelili aktora, bo się ślepaki zamieniły na amunicję ostrą).

Trasa

Trasa była ułożona całkiem ciekawie, dwa okrążenia po 10,5km. Przy okazji wynaleziono nową odległość biegową: 10,5km – obawiam się, że aby pobić „życiówkę” na tym dystansie, trzeba będzie czekać okrągły rok – na kolejną „dychę i 500m” w Bytomiu a.d. 2016). Jak się pewno domyślacie, w regulaminie biegu ten dziwny dystans nie jest zaznaczony, biegnie się 10km i kropka.

Zaletą półmaratonów z okrążeniami jest możliwość poznania trasy podczas pierwszego okrążenia i przyjęcie odpowiedniej strategii na kolejne okrążenie (okrążenia). Tu występował jeden długi i dość intensywny podbieg w okolicach 5.km a więc i 15.km. Droga prowadziła ulicami, przez osiedla, obok lasu i przy drodze szybkiego ruchu (88). Duża rozmaitość widoków wpływa na atrakcyjność biegania. (autentycznie sam ten slogan wymyśliłem, serio!)

Mapa

Cały czas starałem trzymać się równe tempo ale też nie schodzić w zakres poniżej 5min/km, choć podczas pierwszych kilometrów było to trudne, bo nogi „rwały się” do gonienia szybszych zawodników. Około 4-5 km pojawił się miły dla tupotu stóp zbieg, który po „agrafce” stawał się w drugą stronę podbiegiem. Hulaj dusza, piekła nie ma – wykorzystałem spadek ul. Stolarzowickiej do odpowiedniego rozpędzenia się. Niestety dobrze wiedziałem, że tę samą trasę za chwilę trzeba będzie pokonać pod górkę. Po nawrocie zdziwienie – nie było maty kontrolującej czasy zawodników! No chyba, że w jakiś inny, ukryty sposób zapewniono kontrolę zawodników, bo w przeciwnym razie w takim układzie można było sobie skrócić zbieg i podbieg i voila, życiówka jak malowanie.

Gora_dol

Podczas zbiegania ostro wypatrywałem mgr. inż. Anioła i jest! Przybiliśmy piątkę a ja zacząłem kombinować ile to jeszcze będzie trwał ten zbieg, jak daleko jest do agrafki. Podczas połówki praskiej obserwowanie szybszych biegaczy po drugiej stronie barierek, przez trzy kilometry Wału Miedzeszyńskiego  deprymowało. Tu był tylko kilometr w jedną stronę zbiegu, więc kilometr podbiegu – to nie trwało długo. Podczas podbiegania wyregulowałem oddech, tempo nie wchodziło powyżej 5:30, no tak to można biegać. Po nawrocie ujrzałem na zbiegu dwóch kijkarzy – ostro dawali czadu, wyglądało na to, że odsadzili wielu biegaczy…

Na ósmym kilometrze pochłonąłem hydrożel, nawet grzecznie wrzuciłem opakowanie do kosza (choć miałem ze sobą woreczek na śmieci, a co).

Pierwsze okrążenie kończyło się śmiesznym akcentem, bo biegacze na „dychę i 500m” skręcali na prawo, „połówki” biegły dalej. Na rozdrożu stał wolontariusz i starał się „zagonić” osoby z numerami >1000 na prawo. Osoba, którą wyprzedzałem postanowiła wydłużyć sobie dystans, po kilkunastu metrach została „dowołana” przez władcę mikrofonu.

10km

A ja zacząłem intensywnie liczyć. Gdy mijałem tablicę świetlną był na niej czas 54:38. A więc 55 minut na 10km, 110minut by było na 20km plus 5minut na ostatni kilometr (i 97,5 m) – byłoby 1:55 – wynik ideał! Żeby tylko utrzymać tempo. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kółko miało 10,5km a więc czas na 10km miałem dużo lepszy. Zresztą, podzielcie odległość półmaratonu na pół, to się okaże, że bieg był na jeszcze inną odległość. Ale to już wiedzą tylko organizatorzy, bo to oni mają atest trasy :)

Przyspieszyłem, czekając na zmęczenie, które nieodwołalnie musiało przyjść – bo tak było w Rybniku, w Warszawie, w Żywcu… Biegłem dalej.

Guzik

Podczas drugiego okrążenia próbowałem trzymać tempo starając się nie pozbawić oddechu. Tempo skakało, ale wg wskazań POLARa nadal średnie było niewiarygodnie wysokie – 5:11 min/km! Nie chciałem przeliczać co by było gdyby było, skupiłem się na trasie.

I znowu zbieg na tym razem 15. kilometrze, znowu przybiłem piątkę podbiegającemu mgr. inż. Aniołowi, co oznaczało, że wyprzedzał mnie o niecałe 2km. Teraz dobrze to się oblicza, ale wtedy niewiele mi to mówiło, nacisnąłem guzik międzyczasu i … sam nie wiem co mi to miało dać. Jakąś eksplozję w kopalni doświadczalnej Barbara w Mikołowie?

Założenie było takie, policzyć czas od momentu minięcia się do końca mojego podbiegu do oznaczonego miejsca. Zagłębiłem się w obliczeniach, z których wyszło mi, że … podbieg się kończy i czas „pogonić kucyki”.

Po podbiegu połknąłem drugi hydrożel (wyrzuciłem opakowanie do kosza!) spróbowałem zjeść żelka energetycznego, ale … guzik. Zakleiłem się. Podczas połówki rybnickiej zakleiłem się batonem, tu żelkiem, podczas kolejnego biegu nie kombinuję już z niczym innym co nie jest płynem.

Do tego udało mi się zaciągnąć wodę z kubeczka… nosem, poczułem się jak na basenie – oddychać trzeba, nos pełen wody a na duszenie się nie ma czasu. Wszystko przez to, że składałem kubek do picia, żeby wygodniej się piło na punktach nawadniania.

Going the distance

Kilometry mijały a … kryzysu było brak. I było to niezwykle podejrzane, bo stopniowo mijałem osoby, które zwalniały a nawet przechodziły do marszu. O, nie, nie tym razem, pogryzę a nie zwolnię!

I tu nadszedł 17. kilometr. Cały czas nogi „podawały”, nie czułem zmęczenia, otępienia, jedynym ogranicznikiem był oddech. Biegłem w słuchawkach, słuchając mojej listy biegowej w Spotify i nagle losowo ustawił się  ten utwór:

Trudno uwierzyć, ale poczułem „ciary”. Bill Conti to zawsze pompatyczna muzyka, ten utwór rozkręca się ponad minutę (a po 1:30 już go zawsze przewijam). Ale po prostu poczułem, że do cholery, to JEST mój dzień. Biegnę tu i teraz, mam wciąż zapas sił, nic mnie znacząco nie boli, muszę utrzymać tempo i zrewanżować się losowi za Warszawę i nieudany start na Pradze. Podniosłem do oczu i dokładnie obejrzałem prawą rękę – faktycznie – gęsia skórka! I to nie od mile chłodzącego skórę chłodnego wiatru!

W głowie natychmiast wyskoczył „tryb diagnostyczny” czy aby mi nie odbiło, bo jeżeli chodzi o temat wzruszeń, to z racji wyjątkowej gruboskórności i szyderczego humoru, mało co mnie rusza (no chyba że to coś stosuje argumenty siły lub przewagę wagi). W ramach trybu diagnostycznego usłyszałem kpiący głos w głowie:

Jeśli zamierzasz dalej się tak wzruszać, to miej na uwadze, że nie wziąłeś chusteczek, łzy ocieraj rękawem albo smartfonem.

Może słitfocię?

Otrzeźwiony pognałem w kierunku zachodzącego słońca  osiemnastego kilometra. Osiemnasty i dziewiętnasty kilometr przefrunąłem z tempem <5:00! I tu maleńkie porównanie. I w Rybniku, i w Warszawie te kilometry pokonywałem o minutę dłużej… W Żywcu było o pół minuty wolniej ale … tam było z górki! Dwudziesty kilometr mnie wyhamował do 5:30, dwudziesty pierwszy to już „czuć linię mety” i poczułem zmęczenie. Nie odpuszczałem. Na podbiegu, przed zakrętem na metę, ujrzałem na trawniku mgr. inż. Anioła, który po raz ostatni przybił mi piątkę krzycząc: dobry czas!, no własnie, z tego wszystkiego nawet nie policzyłem jaki mogę na mecie mieć czas!

Życiówka

Wypadłem na ostatnią prostą   i … gdyby mnie ktoś wtedy sfotografował, to by padł ze śmiechu, bo na widok czasu na tablicy świetlnej … podskoczyłem jak Koziołek Matołek! 1:49 i jakieś śmieszne cyferki z tyłu. Dostałem takiego kopa że nie wiem jak się znalazłem na mecie modląc się, o załapanie się na te 1:49….

Za linią mety otrzymałem medal, izotonik, oparłem się o barierkę i … poczułem w głowie pustkę (no nie, żebym kiedyś jakoś specjalnie czuł tam obecną szarą masę).

Że ja złamałem 1:50? Serio?

7. Bytomski Półmaraton - medal

A właśnie, złamałem czy jednak nie? Wszystko wskazywało, że tak, bo przecież startowałem niedaleko linii startu, mogło minąć z 10-15 sekund od wystrzału startera, gdy zaczął się liczyć mój czas netto. Na tablicy na mecie był czas brutto. Więc? Niestety na potwierdzenie musiałem długo czekać – aż do momentu wywieszenia list. A SMSa nie dostałem do teraz. Na wywieszonej liście

wynikibył mój wymarzony i nieoczekiwany czas, poprawiający moją życiówkę o 9 minut 48 sekund:

1:49:29!

Czyli 428. miejsce Open (na 948 startujących), 405. mężczyzna, 103. w swojej kategorii wiekowej. Ja wciąż czułem się niczym łakomczuch, który wrąbał cały zapas jedzenia, przeznaczonego na „czarną godzinę”. Zamiast urywać z życiówki po minucie, urwałem dziesięć! Tę ostatnią, dziesiątą, niecałą.

Ciekawe, że aż 27 biegnących nie zostało sklasyfikowanych- czyżby były wśród nich dyskwalifikacje??

Na podium na stopniu pierwszym i trzecim oczywiście Benedek Team ale na drugim … Dawid Malina z Inżynierii Biegania z Rybnika z czasem 01:08:20. Wielkie brawa! (i takie też otrzymał).

Losowanie

I to właściwie koniec opowieści. Skorzystałem jeszcze z profesjonalnego masażu Fizjoterapii Bytom, mgr inż. Anioł próbował mi zrobić fotkę „gdy cierpię”, ale gęba mi się tak śmiała, że niewiele z jego prób wyszło.

Help

No dobra, cierpiałem, strasznie cierpiałem!

cierpie

Po przebraniu się poszliśmy coś zjeść, bardzo dobra grochówka, do której dokupiliśmy po smakowitej kiełbasce. Chleb do zupy był bezpłatny ale smalec już nie, kto nie wziął ze sobą środków finansowych, musiał obejść się smakiem.

Podczas konsumpcji podziwialiśmy „fabrykę chmur” na horyzoncie, pogoda niestety się psuła.

dymy

Pod sceną wytrwale przydzielano puchary i nagrody dla kolejnych kategorii biegowych w ramach biegu na 21km, 10,5km no i dla kijkarzy. Zapas, jako widać, był spory. I stała magiczna urna. A w niej nasze auto… Moje!

urna

Wszystko to szło jak krew z nosa (albo wolniej), więc poszliśmy na do pobliskiego centrum handlowego na zakupy. Co może kupić sobie dwóch facetów na zakupach? No co? Ano kawę i lody.

Wróciliśmy i resztę czasu do losowania spędziliśmy w zacnym towarzystwie Marka z blogu Marek – droga do Tokio. Mgr inż. Anioł wymieniał się z Markiem ciekawymi historyjkami biegowymi z maratonów i ze startów zagranicznych, ja słuchałem z rozdziawioną paszczą. O tak, takich opowieści to ja mogę słuchać zawsze i dużo. Tokio, Berlin, Budapeszt, Paryż… Oczyma wyobraźni widziałem siebie też gdzieś w tych lokalizacjach… Ech…

Czas dłużył się niemiłosiernie, to był trzygodzinny koszmar! Część ekipy sobie usiadła, część stała, wszyscy zgrzytali zębami ale wytrwale czekali. Losowanie samochodu miało być o 15.00 ale „obsuwa” czasowa była spora.

I co, i co, kto wygrał auto? Nikt z nas :(

Kto wygrał rower?

rower
Nie my!

Kto wygrał wiertarkę wiodącej firmy wiertarkowej? Również nie my!

Kto wygrał drona?

dron

A nie wiem, sam przyleciał no i sam odleciał.

Otarliśmy łzy, pożegnaliśmy się z Markiem i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Takie VIPy jak my miały nawet pilota!

pilot

Koniec!


Choć wrzucę jeszcze link firmy Zmierzymyczas.pl do wyników biegu (ciekawe czemu ułożonego wg czasów brutto? ).

Marek droga do Tokio napisał też swoją relację.

I galerie zdjęć:

  1. Galeria autorstwa Rafała Walisko
  2. Galeria autorstwa Marcina Domańskiego
  3. Galeria zmierzymyczas.pl

A na koniec, „creme de la creme” świetny energetyzujący filmik grupy „chlopakiodfilmu.pl” – aż się chce pobiec za rok :)

15 Comments

  1. Uwielbiam twoje poczucie humoru! Rżę (jest takie słowo) jak koń, ale muszę sie hamowac bo Zuzik śpi w pokju. Bardzo fajna relacja Paweł, super wyglądsz! Ile masz wzrostu z ciekawości, bo długasne te nogi ( te Pawły mają coś w sobie mój mąż też Paweł). Bardzo ci gratuluję życiówki – naprawdę doskonały wynik, pięknie. Zajmij się na poważnie pisaniem – masz talent… :)

    • Dziękuję :D
      Wzrost mam wyższy o jego pomiarach muszę osobny post napisać, bo kabaret był w ubiegłym roku, przy badaniach do pracy, pani zmierzyła jakieś kosmiczne wysokości :D

  2. Udało Ci się wywołać uśmiech na mojej twarzy, po cholernie ciężkim dniu w pracy, kiedy myślałam, że nic mnie już dziś nie rozśmieszy. Jednak kiedy oczami wyobraźni zobaczyłam Ciebie zygzakującego na starcie o obawie przed amunicją, moja smutna podkówka na twarzy zamieniła się automatycznie w banana. :) A jak już zaciągnąłeś wodę z kubeczka nosem i stwierdziłeś, że na duszenie nie masz czasu…parsknęłam śmiechem.:) Tryb diagnostyczny spowodował, że chichotałam. :) Ja naprawdę nie mogę Cię czytać w pociągu. :D
    Biegniesz, liczysz, piątki przybijasz, podziwiasz widoki, fotki strzelasz, zaklejasz się żelkiem, śmieci do kosza wyrzucasz… i już tak całkiem przy okazji osiągasz życiówkę. Że oni ci tego samochodu nie dali w nagrodę? :)
    Szkoda, że nie ma fotki, na której skaczesz jak Koziołek Matołek bo pewnie bym ją nominowała do najlepszej. :D
    W takim razie dziś nominuję do najlepszego zdjęcia… wahałam się między „Brawo my” :), a „strasznie cierpiący” :) … jednak z powodu mojej rozbawionej wyobraźni wygrało zdjęcie…toi-toi :D, z uwagi na pana na pierwszym planie, który chyba myśli, że jest w środku niebieskiej budki…:D
    A już tak na poważnie. :) Jeszcze raz gratuluję życiówki i dziękuję za poprawę humoru. :)

    • Basiu, dziękuję, Twoje komentarze zawsze wprawiają mnie w stan euforii i przywracają chęć do pisania. No i ja się śmieję, że Ty się śmiejesz. Nie ma większej przyjemności niż komuś innemu dostarczyć rozrywki :D
      Słówko o tym zdjęciu z tym panem przed niebieskimi budkami, mam też drugie ujęcie, gdzie bodaj skłon robił – jeszcze gorzej to wyglądało :D – jesteś bardzo spostrzegawcza. No i Twoja wyobraźnia nadaje na bardzo zbliżonych falach do mojej :D
      I tak się czasem zastanawiam czy to ja mam tyle przygód a inni nie mają, czy też może wszyscy tyle mają a tylko ja opisuję :D

  3. tryb diagnostyczny <3 ;))
    Mega szacun i gratulacje za życiówkę Bookwormie! A relacja jak zawsze dowciapna :)
    ps.1700 kcal spalone??dammit, ile mozna zjesc!! chyba zacznę biegać :P ;)

  4. Cóż za emocjonujący półmaraton z przygodami;) Gratulujemy wyniku (nie to, żeby od razu w pluralis majestatis, ale jest nas dwoje ;) i życiowego czasu! Powodzenia w dalszych startach!

  5. wow! fantastyczna relacja :) z przyjemnością przeczytałam i jeszcze raz gratulacje :)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén