8. Cieszyński Fortuna Bieg – relacja


Cieszyn od popołudnia niedzieli 24. kwietnia będzie mi się kojarzył ze wspaniałym biegiem, organizowanym na dystansie 10 kilometrów oraz z ustanowioną życiówką na tym dystansie! Tak. Niemożliwe stało się możliwe i po raz drugi w moim krótkim życiu biegacza (!) zszedłem poniżej 50 minut.

Jakim cudem? Po bardzo długim namyśle i po przeanalizowaniu wszystkich możliwych opcji znalazłem odpowiedź na to arcytrudne pytanie. Wszystko przez … godzinę rezerwacji stolika na pobiegowy obiad… Ale po kolei. Jeszcze tylko tradycyjne ostrzeżenie. To nie jest suchy opis kto bieg wygrał (to możecie szybko sprawdzić na stronie datasportu) i dlaczego był to znowu Kenijczyk. jest to dość szeroki opis, więc niektórzy mogą poczuć się znudzeni. Oby nie.


Dlaczego właśnie Cieszyn?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, to musimy cofnąć się odrobinkę w czasie. Rok temu wzięliśmy z mgr. inż. Aniołem udział w Półmaratonie Żywieckim oraz w XXIII Biegu Fiata. Po tych biegach okazało się, że mogliśmy zaliczyć „Puchar Beskidów w biegach ulicznych” startując właśnie w Cieszynie. A tak, to tego jednego biegu nam „do kompletu” zabrakło. W tym roku właśnie dlatego postanowiłem wystartować tu – dzięki czemu na dziś zostało nam „już tylko” do przebiegnięcia Bielsko i weźmiemy udział w całej klasyfikacji. Ominął nas przez to „Korfanty” ale dla Tomka by to był już trzeci udział w tym zacnym biegu, dla mnie drugi – czas był na niewielką odmianę. I poznanie nowego (ciekawego?) miejsca z ponoć fajnym biegiem.

Przygotowania

O Cieszynie biegowo wiedzieliśmy niewiele. Tomek te tereny dobrze znał, więc … błyskawicznie wybrał miejsce na pobiegowy posiłek. Ustalając godzinę obiadu na 13:15! Dodam tylko, że bieg startował o godzinie 12:00 więc „musieliśmy się sprężać”. Taka dodatkowa motywacja.

Trasa biegu w Cieszynie jest przeprowadzona bardzo sympatycznie a do tego wspólnie z Czechami, transgranicznie, w ramach projektu unijnego. Część biegu przebiega po jednej stronie Olzy, część po drugiej.

Mapa

Do tego bieg składał się z dwóch okrążeń po 5km – jak dla mnie idealny układ. Pierwsze okrążenie to „zapoznanie z trasą” a druga pozwala już biec „na maksa” – jeśli oczywiście siły pozwolą. Z profilu trasy wychodziło, że bieg jest płaski a więc bardzo szybki. Radość dopełniał fakt, że w biegu mieli być pacemakerzy, którzy na dystansie 10km niestety wciąż należą do rzadkości. Zapisaliśmy się.

Pędzimy (bo to niedaleko) i Parkujemy (ale gdzie?)

Wyjazd z Żor o 9:45, na miejscu byliśmy po niecałych 40 minutach. Cieszyn to niewielkie miasto, które nagle zostało najechane przez ponad 1000 Husytów w swoich blaszanych rumakach. A każdy rumak potrzebuje miejsca do zaparkowania. Cóż, w bezpośredniej bliskości miejsca startu miejsca było brak. Objechaliśmy centrum dwa razy, za drugim razem pytając strażnika miejskiego co czynić, jeśli już miejsc parkowania brak. „Zaparkować gdzieś dalej, tylko bez blokowania wyjazdów”. OK, zablokujemy wobec tego wjazdy, damy radę, któż jeśli nie my?

Koniec końców władowaliśmy się za jakiś otwarty szlaban, godnie zaparkowaliśmy i pognaliśmy w kierunku biura zawodów. Droga daleka była przed nami, przechodziliśmy przez jakiś park i okolice strefy przemysłowej. I las.

Las

Sala gimnastyczna była pełna biegaczy. Wiły się przeróżne kolejki, ale z perspektywy ich końca trudno było dostrzec która kolejka stoi do których stanowisk. My mieliśmy w rękach uprzednio otrzymane mailowo karty zgłoszeniowe, to miało usprawnić procedurę wydawania pakietów startowych.

All together

Szybko namierzyliśmy właściwą dla naszych numerów startowych kolejkę. Ale nie wszyscy mieli takie szczęście. Ci co nie mieli wypełnionych kart rzucili się je wypełniać. Tu niestety zabrakło długopisów! Inni stali w błogim przeświadczeniu, że obojętnie gdzie się ustawi dostanie się pakiet. Kilku biegaczy stojących przed nami odkryło ten fakt już w okolicach stolików, przy których wydawano pakiety – przeskoczyli na koniec kolejki rządek dalej. Dzięki temu przesunęliśmy się szybko do przodu. Choć, jak to zauważył Sylwester, kolejka się przesuwa do przodu, ale nikt obok nas nie przechodzi z pakietami. Jak to jest możliwe? Ze zgrozą zauważyliśmy jedną z wolontariuszek odnoszącą coś jakby worek ze ścinkami z niszczarki! Co mogło oznaczać, że biegaczy na bieżąco przy stolikach się utylizuje!

Pakiet startowy

Nadeszła nasza kolej i tu zaskoczenie. Nasze pieczołowicie wydrukowane i przyniesione zgłoszenia nie były potrzebne. A zaskoczeniem nr 2 był fakt że w pakiecie startowym była koszulka, której można było wybrać sobie rozmiar. Dowolny. Dowolny pod warunkiem, że będzie to „L”-ka. Co wywołało sprzeciw moich kompanów biegowych noszących „M”-ki. W ramach pocieszenia dowiedzieli się, że przecież ta „L”ka to taka większa „M”ka więc będzie dobrze. I faktycznie było – ale znowu nie na mnie, jestem zdecydowanie w rozmiarze „L”!

Trochę jak w dowcipie, w którym sprzedawca pocieszał klientkę kupującą parę butów:

-ale lewy but jest zbyt mały!
-pani się nie martwi, się rozciągnie podczas noszenia!
-ale prawy but jest zbyt duży!
-pani się nie martwi, się skurczy po deszczu!

 Z drugiej strony koszulka jest piękna. Po prostu. W ścisłym „top 5” koszulek biegowych, których przecież nie lubię dostawać w pakietach ;) Jednogłośnie ustaliliśmy, że przypominają koszulki Borussi Dortmund, czyż nie? Za chwilę ujrzycie ją na szlachetnym ciele doczesnym mgr. inż. Anioła! Ale wróćmy do pakietu.

Pakiet

Pakiet był zdecydowanie najbardziej wypasionym pakietem z jakiegokolwiek biegu, w którym miałem przyjemność uczestniczyć. W zestawie, prócz niewielkiej ilości makulatury, znajdowała się m.in. paczka kabanosów z firmy Kania oraz zestaw kapsułek piorących Perlux. Serio. Część biegaczy wzięła się do natychmiastowej konsumpcji kabanosów, sam znam dwa przypadki osób, które wrąbały przed startem całą paczkę. Kabanosów, nie kapsułek, rzecz jasna. I do tego osiągnęli świetne czasy na mecie! (a kabanosów po drodze nie oddali, o nie!).

Rozgrzewka

Powróciliśmy do naszej bazy, czyli szwedzkiego stalowego rumaka. Przebraliśmy się i przystąpiliśmy do rozgrzewki. Było zimno ale nie tak, jak zimno było w Żywcu na półmaratonie. Oczywiście jeszcze fotka przedstartowa! Rzućcie okiem na piękną koszulkę startową.

Tomek_Pawel

Kilka przebieżek, podskoków, dynamiczne wymachy i już podążyliśmy na start. Po drodze umknął nam jeden wydawałoby się nieistotny szczegół, który miał nas zaskoczyć już w chwilę po starcie.

Większość biegaczy już czekała na starcie, więc stanąłem grzecznie obok Tomka, na plecami mieliśmy ekipę z HRmax z Żor oraz Adama, z którym już kilkukrotnie miałem przyjemność się spotkać na biegu. Dopiero widok pacemakera z balonikami na 40:00 dał mi do myślenia gdzie się znajduję. Pacemaker40

Tak, w strefie biegaczy biegnących na 40 minut… Ale humory dopisywały. Szczególnie tym, co w „firmowej” koszulce mieli pobiec…

Tomasz strefa

Założenia

Absolutnie nie wiedziałem w jakiej jestem formie. Założenie przyjąłem bardzo proste – skorzystać z pacemakera biegnącego na 50:00. Wytrzymać z nim tyle ile będzie się dało. Plan optymistyczny zakładał ponowne (po prawie roku czekania!) złamanie 50:00 minut. Optymalny – utrzymanie się przy pacemakerze do 5km a później delikatne – w miarę tracenia oddechu – odpuszczanie tak, żeby dobić na metę z czasem 52:00. Pesymistyczny? Cóż. Pobiec wolniej. Zresztą nie tak znowu daleko (na horyzoncie – choć może to były baloniki na 60 minut?) widziałem baloniki któregoś z pacemakerów, wystarczyło szybko wystartować, żeby nie blokować szybszych biegaczy, delikatne wyhamowanie do tempa podróżnego i zabranie się z „moim” pacemakerem.

Pacemaker50

3…2…1… Start!

Odliczyliśmy start i ruszyliśmy. Już po kilku dziesięciu metrach biegacze rozpoczęli dziwne podskoki i uskoki w bok. Otóż na trasie znajdowały się spore kałuże! Kto mógł omijał, kto nie mógł, przeskakiwał. Zapowiadał się armageddon, nikt nie zwrócił na kałuże uwagi przy dojściu na start. Tymczasem kolejne setki metrów uciekały spod butów, łapałem rytm trwożliwie patrząc na zegarek.

Tempo cały czas było poniżej 5min/km, grupa biegaczy ustabilizowała się, ja też ani nie wyprzedzałem, ani nie byłem wyprzedzany. Biegło mi się wspaniale, równy oddech, równy krok, co chwilę nogi przyspieszały ale świadomie zwalniałem do okolic tempa na 5:00. Co pewien czas obracałem się spojrzeć czy wreszcie mnie „mój” pacemaker dogania i czy mogę ustalić tempo. Nie widziałem go. Po prostu biegłem.  Podziwiałem trasę która wiodła malowniczymi uliczkami Cieszyna i polskiego, i tego czeskiego. Wiodła również dróżkami uroczego parku – jak i przez piękną podwieszaną kładkę. Gdy po niej przebiegałem zacząłem mieć dziwne uczucie – miękkości nóg! W ułamku sekundy niedorzeczna myśl postawiła mi dęba wszystkie zakończenia nerwowe – czy ja mdleję, że mam tak miękkie nogi? Nie, to po prostu ta kładka zaczęła się ruszać…

Gdzieś przede mną biegł Sylwester, pilnie wypatrywałem jego jaskrawej czapki. Przy końcówce pierwszej pętli zza szpaleru drzew dobiegło mnie radosne: „Paaaaweeeeeł!” a to niezawodny mgr inż. Anioł mnie jakoś „wyskanował” przez drzewa. Odkrzyknąłem i odmachałem podziwiając jego sokoli wzrok. Przy nawrocie, gdy przebiegaliśmy przez parking, ujrzałem w końcu powiewające baloniki pacemakera na 50:00, był dość daleko za mną. Tak daleko, jak Tomek przede mną. Co oznaczało, że kończę już 5. kilometr, ja wciąż biegnę w równym rytmie ok. 5min/km, czas by było … przyspieszyć? Zerkałem ciekawie co chwilę na mój Polar M400 na którym, prócz bieżącego tempa, ustawiłem wyświetlanie odległości i tempa średniego. 4:92min/km! Więc życiówka, przy utrzymaniu tempa, jest realna! Przyspieszyłem


I tu kilka jeszcze słów na temat moich postanowień. Choć na zegarku ustawiłem przy starcie estymację czasu, z którym zakończę bieg (bardzo fajna opcja, swoją drogą) to postanowiłem nie sugerować się wskazaniami pulsometru czy też wskazaniami estymacji. Pamiętam w Żywcu czas przybiegnięcia wahał się od hiperoptymistycznego 1:46:00 do smutnego 2:01:00. Więc na te wskazania nie patrzyłem aż do mety! Zastanawiające jest to, że tak mocno sobie to postanowiłem, że aż w tych postanowieniach wytrwałem.


Przyspieszyłem zachowując rytm, dziwiąc się nogom, które nadal sprężyście wystukiwały rytm na czeskim bruku, bardziej dziwiąc się, że oddycham wciąż regularnie! Na 6. km skorzystałem z punktu wodnego by pociągnąć dwa łyki wody. Od tego momentu zaczęła się moja realna walka o wynik. Z wielkim zdziwieniem obserwowałem coraz szybsze średnie tempo biegu. Biegłem w zakresie dla mnie nieznanym! Powyżej tempa 5:00 bez problemu przekładałem zawsze „co powyżej” na czas na mecie- czy to biegu na 10km czy półmaratonu. A tu? No nawet nie próbowałem. Piąty kilometr w tempie 4:44min/km. Szósty 4:42. Siódmy 4:49 – tu zapamiętałem, że poczułem pierwszy raz zadyszkę. Ale ciągnąłem dalej, nerwowo zerkałem na zegarek, nie wolno mi dać wmówić sobie, że muszę zwolnić… Ósmy 4:45! Już wiedziałem, że będzie życiówka ale… ale jaka? Dziewiąty kilometr był już dość trudny 4:49 i już zacząłem słyszeć odgłosy mety… Byłem w ciężkim szoku, jak nadal dobrze mi się biegnie, postanowiłem zrobić sobie finisz! Mijałem poszczególnych biegaczy, którzy – tak jak ja w poprzednich biegach – zwalniali na ostatnim kilometrze. Ja wciąż miałem siły i zapas, gnałem! Okazało się, że wyprzedziłem od 5km ponad 50 osób… Jeszcze tylko 5 minut bólu…  Wpadłem w szalony rytm finiszu, niedaleko stadion. Rozkręcałem się jeszcze gdy nadszedł ostatni zakręt, w który wpadłem jak rakieta – gnając jak dziki zając do mety! I jeeeeeeest, na wyświetlaczu magiczna cyfra 48 minut…. Przebiegając linię mety uniosłem ręce w geście triumfu!

Meta

(zdjęcie pochodzi z galerii Festiwalu Biegowego – link do niej po kliknięciu)

4:37min/km – to było tempo ostatniego kilometra!

Endo2

Tuż za metą otrzymałem piękny medal. Czas: 48:09, Miejsce 663 w klasyfikacji OPEN.

Medal

A za linią mety czekał na mnie roześmiany mgr inż. Anioł! (387 OPEN). Łypał podejrzliwie pytając jaki czas :D Zapytałem o to samo, zrobił życiówkę! Poprawił ją o równe pół minuty! (44:48!) Przybiliśmy szczęśliwi „piątkę”, ja poszedłem po wodę, zrobiłem po drodze fotkę medali, których już nie tak wiele zostało na wieszakach…

Medale

Czas na chwilę rozciągania, w międzyczasie linię mety minął Sylwester, który pięknie zszedł poniżej 50:00 bijąc też swoją życiówkę (o 51 sekund)! Później okazało się, że wyprzedziłem go ponoć gdzieś ok. 5km i oczywiście nie zauważyłem. A on – urodzony dyplomata – nie chciał wyprowadzać mnie z transu biegowego. Ja wciąż nie mogłem uwierzyć w to, czego dokonałem. Cud? A może to, co powiedział Tomek – świadomość obiadu, który na nas prawie czeka, wymuszała szybkość?

Trochę cyfr i gdybania

Pewno będę nudny, ale życiówka mnie usprawiedliwia. No i cieszę się jak diabli. Życiówka była dziełem przypadku. Gdybym przepchał się przed startem do pacemakera biegnącego na 50:00, to pewno bym przybiegł na metę kasując życiówkę o kilka, kilkanaście sekund. A tak? Biegnąc swoim rytmem, kontrolując każdy moment biegu, pobiłem życiówkę o 1 minutę i 43 sekundy! Mało tego, dokonałem dwóch rzeczy o których zawsze marzyłem:

  • wbiegłem na metę z uśmiechem, nie umierając na finiszu, co u mnie jest niestety częste (mgr inż. Anioł zaświadczy!) Ostatni tak radosny finisz pamiętam w Bytomiu, gdy łamałem granicę 1:50 w półmaratonie,
  • pobiegłem po raz pierwszy na negative split! Ewidentnie pierwsza część biegu była wolniejsza, potem przyspieszyłem. Nigdy do tej pory mi się tego nie udało dokonać. Nigdy! Spójrzcie jak fajnie przedstawia się tabela rekordowych czasów, wszystkie w drugiej części biegu:

Endomondo

Gdzieś też w głowie kiełkowała radość, że choć za ten wynik odpowiada moja ciężka (?) praca w zimie. To pewne „przetarcie” uzyskałem dzięki Radkowi z Inżynierii Biegania, który podpowiedział (jeszcze przed przygotowaniem mi planu treningowego) jak rozplanować treningi w ostatnim tygodniu przed startem, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Na tydzień przed biegiem wymęczył mnie na stadionie robiąc test na 3200m, co uświadomiło mi fakt, że można biec szybko i nie umrzeć. A w każdym razie nie umrzeć przed metą. Nie powiem, przesunęło to mój „próg cierpienia” w zupełnie inny zakres.

Zdziwiły mnie dane „telemetryczne” (przy okazji dementuję stwierdzenie, że było „ponuro”, wcale nie było. Było trochę pochmurno ale nie ponuro!).

Telemetria

Średnie tętno w bardzo przyzwoitym zakresie – zupełnie takie, jak w Żywcu – 168ud/min. Tylko pobiegłem dużo dużo szybciej.

Telemetria2

Zakończenie

Przebraliśmy się, wskoczyliśmy do auta i zaczęliśmy się przedzierać w kierunku czeskiej restauracji, w której mieliśmy zamówiony stolik. Nie było to proste zadanie, ale tak właściwie – to już zupełnie inna historia, którą może kiedyś opiszę?

W świetnych humorach spożywaliśmy obiad w restauracji Ristorante Italiano Da Capo. Przemiła obsługa, szerokie menu – cieszyliśmy się z naszych życiówek, cieszyliśmy się uczestnictwem w wyjątkowym biegu.

Z naszego punktu widzenia bieg był świetnie zorganizowany. Poza trudnościami z parkowaniem wszystko było super – od pakietu, poprzez doping na trasie, punkty nawodnienia, piękny medal… Dla nas w każdym razie medali wystarczyło. Dziękujemy organizatorom, wolontariuszom, biegaczom i kibicom.

Koniec historii napisał się sam, gdy wyjeżdżaliśmy po obiedzie z czeskiego Cieszyna. Przed nami na jednym ze skrzyżowań stanął ten pojazd na węgierskich rejestracjach. Pojazd (stara daewoo nubira), który znaliśmy sprzed roku z półmaratonu w Żywcu.Benedek Team na pokładzie.

Benedek

Deszcz leniwie padał, gdy wychodziliśmy z restauracji w Czechach. Ale Polska przywitała nas na powrót pięknym widokiem naszych Beskidów i dosyć optymistycznym widokiem.

Way home

Bo to był dobry dzień w fajnym miejscu!


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

14 komentarzy

  1. Bookworm pisze:

    Dziękuję, dla mnie, przy moich parametrach to taka temperatura jest idealna :) teraz będzie tylko trudniej.
    W Żywcu pamiętam, że na szybach lądował (i tu się kłóciliśmy) szybkotopiący się śnieg czy deszcz. No i zimno przenikało do kości a w Cieszynie było „tak akurat” ;)

  2. Babok pisze:

    Uff… jak to dobrze, że nie wpadliście do niszczarki :)

  3. Piotr Stanek pisze:

    Gratulacje dla Was Pawle i Tomku wielkie za życiówkę!
    A to jeszcze nie koniec ;)

    A koszulka dobrej jakości? Bo faktycznie ładna. Dwa lata temu też była bardzo podobna, ale jakościowo IMO słaba. Ale za to medal piękny.

    Wygraliście z Benedekiem na auta? ;)

    • Bookworm pisze:

      Dziękujemy za gratulacje :) Oby się Twoja prognoza sprawdziła :)
      Z koszulką odpowiem, gdy potestuję. Tomek w niej pobiegł, dla mnie jest trochę ciasna, nie wiem czy będę w niej biegał … Ale w dotyku całkiem miła.

      Benedek nie miałby żadnych szans, ale w imię przyjaźni polsko-węgiersko-kenijskiej – odpuściliśmy im ;)

  4. Czyatłem w autobusie i zapomniałem później skomentować. Na szczęscie co ma wisieć nie utonie, a co ma zostać skomentowane kiedyś skomentowane zostanie.
    Wielkie gratulacje za kawał dobrej roboty: biegowej, a później blogowej.
    Obyś kolejne rekordy bił co zawody. A co! :)

    • Bookworm pisze:

      Amen! Dziękuję :) Dla mnie to wielka przyjemność, bo trochę to jak grom z jasnego nieba. Udało się i teraz nie bardzo wiem co ze sobą zrobić – nic to, będę trenował dalej :)

  5. Ania pisze:

    Hmm, a mi się z kolei wydawało, że w Żywcu było cieplej niż w Cieszynie ;) Pozdrawiam i gratuluję życiówki :)

  6. BasiaK pisze:

    Powiem tak, Twoje relacje zawsze mnie cieszyły, bo nigdy nie są nudne! Ale teraz mnie jeszcze dodatkowo wzruszają, bo mój poziom zrozumienia tego co się czuje w takich sytuacjach wzrósł znacznie.
    Nic więcej nie napiszę. :P Przynajmniej na razie.

    • BasiaK pisze:

      To ja jeszcze raz. :) Dlaczego właśnie Cieszyn? Bo jest na C, takie skojarzenie. ;) Motywacja obiadowa genialna, zapamiętam. :D Piękny bieg, świetne fotki, tylko jeden szczegół na nich mnie zdziwił, prawie sami mężczyźni. Panie też były? :) No i świetna relacja, tak wszystko opisałeś, że mi się emocje aż za mocno udzieliły. Komentarz na raty musiałam pisać, bo mi się oczy spociły i źle widziałam. ;) Tobie już gratulowałam, ale gratulacji nigdy za wiele za taki bieg, więc gratuluję jeszcze raz. No i oczywiście na Twoje ręce, a właściwie na Twój blog składam gratulacje dla mgr inż. Anioła, bo na pewno tu zajrzy. :)
      I dla kolegi Sylwestra też. A co! Jak team to team. :)

  7. Ech, kwestia koszulek w pakietach startowych wciąż jest problematyczna. Kilku musiałam się pozbyć, żeby nie zalegały w szafie – albo były za ciasne, albo wyglądałam w nich jak w worku. M – za małe, L – ogromne, bo męskie. Pocieszający jest fakt, że wielu organizatorów proponuje już damską rozmiarówkę.
    Dołączam oczywiście ogromne gratulacje! :)

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję Ci pięknie, ja dalej nie wiem jak to się stało, ale wciąż się cieszę… No i znowu pojawia się strach – czy to aby uda się .. powtórzyć?
      Z koszulkami to cała historia zawsze jest, albo są absolutnie niekobiece (tak się składa, że mamy różną budowę anatomiczną) albo są nieopisane (czyli brak jakiejkolwiek informacji kto co ma na myśli pisząc „L”, „S”, „M”, „XL”) albo są robione tylko po to, żeby były :) Przy tym biegu akurat koszulka jest świetna – do tej pory tylko jedną koszulkę z pakietu doceniłem i używam jej non stop :) Może ta będzie druga…

  8. Iza pisze:

    Gratuluję życiówki wykonanej w tak pięknym stylu. Zdjęcie przy przekraczaniu mety mówi samo za siebie. :D
    PS. Ładna grupa biegnących się uzbierała, ale coś mi się zdaje, że te koszulki L w rozmiarze M, to jednak na niewielu biegnących pasowały. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.