Bieg 7 Dolin 100 km – relacja


Droga do B7D

2020 rok. Miał być jak każdy, z treningami, planami, kilkunastoma startami. Ale zaskoczył wszystkich. Nic nie jest takie, jak było, poza tym, że pasja biegania nie słabnie ani trochę. Więc choć wiele spraw trzeba było reorganizować, to udało mi się z tego roku wycisnąć biegowo całkiem sporo.

Ale od początku. A na początku była zima. Zima rozpoczęta w grudniu na piaskach pustyni Negew Eilat Desert Marathon 2019 – relacja, a zakończona w topniejącym śniegu na Spiszu, podczas kolejnego startu w Zimowym Janosiku . Dalej były plany na Mistrzostwa Świata w półmaratonie w Gdyni i na maraton w Luxemburgu. To miały być starty przygotowujące pod Bieg Rzeźnika. Nie wyszło z nich nic, bo marzec zamknął nas w domach. A właściwie próbował zamknąć, bo choć zawodów nie było, to kilometrów w żorskich lasach nabiłem wyjątkowo dużo. Sporo też było wypraw w góry i na początku czerwca byłem gotowy na starcie z bieszczadzkim błotem.

Bieg Rzeźnika nie wyszedł mi, tak jak miał. Forma była, zapał był. Ale był też głupi pomysł. Pomysł by obwiązać sobie bolącą kostkę taśmą. Efekt? Kontuzja w skutek niedotlenienia mięśnia piszczelowego i koniec biegu na 50 km. Ale wspomnienia niesamowitego błota i kilku godzin wspólnej walki z Michałem pozostały.

Po Rzeźniku długo dochodziłem do siebie. Szarpałem się z tą kontuzją, próbując sobie udowdonić, że już mogę biegać. Ale ponad trzy tygodnie z biegowego życiorysu zostały wycięte, a właściwie spędzone na rehabilitacji i rzucaniu przekleństw pod nosem.

Ale przyszedł lipiec, a w raz z nim wróciła moc, góry, długie treningi. Przede mną był przecież cel główny tego roku, a więc Bieg 7 Dolin. Trener Marcin Świerc prowadził mnie za rękę. Wysyłał na interwałowe podbiegi, gdy trzeba i hamował gdy byłem zbyt narwany. Ustaliliśmy, że po drodze, w ramach przygotowań pobiegnę trzy, krótsze biegi na zawodach. Na wszystkich miałem jakieś cele. A to pilnowanie tętna, a to próba mocnej drugiej części, czy aktywnych zbiegów.

Pierwszym biegiem z tych trzech był Garmin UltraRace 54 km w Myślenicach. Startowałem z obawą, że kontuzja wróci, ale okazało się to na szczęście nieuzasadnione.

Potem, także w sierpniu, krótszy ale wymagający Wielki Zbójnik 43 km, w Bielsku-Białej.

I wreszcie, już we wrześniu Garmin UltraRace 53 km w Radkowie. Zawody przebiegnięte w towarzystwie wirusa (nie COVID), ale dające sporo radości za względu na fantastycznie urozmaiconą trasę.

Zbliżał się październik. Pozostawało mieć nadzieję, że zawody się odbędą. Do ostatniego dnia byłem niepewny, czy do powiatu Nowosądeckiego nie powróci czerwona strefa. Już raz spowodowało to przesunięcie zawodów o miesiąc. Ostatecznie jednak, 2 października rano ruszyłem w stronę Krynicy-Zdrój.


Przed startem

Na zawody jechałem przygotowany. Fizycznie z pewnością. Ponad 2500 km przebiegniętych od początku roku i dziesiątki kilometrów przewyższeń w kochanych Beskidach musiały dać moc. Głowa też była ok, motywacja silna, a doświadczenia z Rzeźnika procentowały. Nie wymyśliłem już żadnej „nowinki”. Dobrze znałem też trasę, choć miałem przebiegane tylko jej odcinki, dwukrotnie podczas Regatta Visegrad Ultra 58km Bieg Wierchami – relacja. Bardzo pomógł mi Marcin Świerc, dokładnie omawiając ze mną trasę, wskazując odcinki trudne, na których trzeba uważać, sugerując gdzie trochę odpuścić, a gdzie grzać ile się da. Marcin wygrał ten bieg 3 razy. Ufałem mu więc bezgranicznie. Taktyka miała być prosta. Do 70 km z lekką rezerwą, a potem już do przodu, ile się da.

Trasa biegu składa się z 3 wyraźnie podzielonych odcinków. Z Krynicy-Zdrój do Rytra (36 km), dalej z Rytra do Piwnicznej-Zdrój (30 km) oraz ostatnia część, przez Wierchomlę, znów do Krynicy (34 km). Łączne przewyższenie, które wynosi około 4200 m również jest w miarę podzielone na trzy części, choć najtrudniejsza jest druga, z mocnym i długim podejściem na Radziejową.

Bieg odbywa się w ramach Tauron Festiwalu biegowego. To najdłuższy dystans wśród wielu rozgrywanych w ciągu trzech dni biegów. W tym roku, ze względu na epidemię warunki były mocno zmienione. Niemniej organizacja biura zawodów, strefy startowej i odbiór pakietów nie pozstawiały nic do życzenia. Wszystko było tak, jak powinno.

Wynajęty mały apartament miałem koło 300 m od lini startu, spokojnie więc przygotowałem sobie dwa worki na przepaki w Rytrze i Piwnicznej, a o godzinie 20:00 byłem już w łóżku. Startowałem w pierwszej grupie, o godzinie 2:30. Wieczorem dowiedziałem się, że 15 minut później, w drugiej grupie startuje Gery, dobry znajomy z Rybnika. Nie było nam więc dane rozpocząć zawody wspólnie, czułem jednak, że spotkamy się na trasie.


Etap I – do Rytra

Długo nie mogłem zasnąć. Nie tyle z emocji, co z braku przyzwyczajenia do zasypiania tak wcześnie. Ale emocje też były, bo w końcu to debiut na 100 km. Dotychczas mój najdłuższy dystans to blisko 85 km na Chudy Wawrzyniec 80+ relacja. Tam zajęło mi to 15 h i 5 min. Zakładałem więc, że rozsądnym celem na B7D będzie 16 godzin.

Pobudkę zarządziłem na 1:15. Ogarnąłem się, napełniłem wodą bukłak i dwa softflaski i przygotowałem sobie trzy kajzreki z serem. Jedną znajdłem jeszcze przed wyjściem, dwie wziąłem do plecaka. Po co mi więcej? Przecież na punktach na pewno będą zupy, kanapki, może jakiś makaron czy ziemniaki. Miałem też 18 żeli energetycznych, podzielonych na 3 części i 6 rozpuszczalnych energetyków. Tak wyposażony poszedłem na start, a wcześniej oddać worki do stojących obok samochodów, które miały je zabrać na 36 i 66 km.

Start punktualnie o 2:30. Przed nami 4 godziny w ciemności, po drodze Jaworzyna Krynicka i Runek. Jaki limit czasu do Rytra? A no niewiadomo. Wg regulaminu 6 h, wg informatora wydanego przed zawodami 5 h, wg rozmowy z organizatorami na messengerze jednak 5 h. Wiem więc, że musze cisnąć, bo to całkiem wymagający limit, zakładając 36 km i 1300 m w górę.

Noc jest piękna, księżycowa. Czołówki zawodników świecą magicznie. Biegnie się świetnie, tylko głodny jestem i już po godzinie pochłaniam pierwszą bułkę.

Ciepło mi, więc przed Jaworzyną zdejmuję czapkę i jedną warstwę ubioru. Nie na długo, bo na Jaworzynie wieje mocno, bardzo mocno. W blasku księżyca postój i znów się ubieram.

Zaczyna się szybszy kawałek trasy, podjeście na Runek, a potem w dół. Bardzo szybko umykają kilometry. Na Hali Łabowskiej punkt żywieniowy. To około 22 km, na zegarku 3 godziny. Czyli w planie. Zjem coś i ruszam. No właśnie, ale co zjeść. Są… sezamki i galaretki w czekoladzie. Słabo. Ale to pierwszy punkt, chwytam więc paczkę sezamków i kilka cukierków. Wody mam dosyć. Ruszam dalej.

Do Rytra jest w dół, jest kilka trudniejszych zbiegów, ale generalnie trasa jest łatwa. Wstaje słońce i powoli czuję, że zbliżam się do końca pierwszego etapu. Zjadam drugą bułkę i zbiegam na most nad Popradem. Pamiętam upał 38 stopni na Biegu Wierchami rok temu i strażaków polewających mnie tu z węża. Tym razem jest chłodno, miło i pięknie.

Dobrze znam długi ale łagodny podbieg pod Hotel Peła Południa. Zwykle tu właśnie kończyłem zawody. Teraz dobiegam z czasem około 4:30, dostaję swój worek i siadam by przebrać skarpety i zmienić górną, kompletnie mokrą część ubioru. Okazuje się, że limit jednak 6 h. Wśród obsługujących punkt dyskusje. Widać, że oni sami nie wiedzą jaki powinien być limit.

W lewym bucie mała masakra. Na pięcie rana, bolało, ale wygląda gorzej niż myślałem. Obklejam plastrami. Mieszam nowe picie we flaskach. No i marzę być coś zjeść. Wtedy przybiega Gery. Ja na punkcie około 8 minut, a to znaczy, że był szybszy. Witamy się, ale nie ma czasu na dłuższe rozmowy. Czuję, że wkrótce mnie dogoni.

Idę do punktu żywieniowego. Pytam o jedzenie – ale nie ma. Tzn są… sezamki, galaretki i cukier dextro. Halo! Ale jak? Nie ma kanapki nawet? Ano nie ma. Trudno, nie ma czasu. W głowie huczą słowa Marcina, by nie marudzić na punktach tylko brać w dłoń żarcie i w drogę. No to biorę galaretki i ruszam.


Etap II – do Piwnicznej Zdrój

Początek podejścia pod Radziejową jest łatwy. Ale wiem, że tego podeścia jest łącznie około 16 km do (punktu żywieniowego na Przehybie 10 km i dalej 6 na Radziejową). Jestem przebrany, już cieplej się zrobiło, więc biegnę prawie na krótko. Mam nowe żele, będę pilnował jedzenia ich do 45 min. Marcin mówił by tego fragmentu nie lekceważyć i żeby zachować siły, bo do połówki daleko. Truchtam więc w górę gdzie się da i podchodzę tam, gdzie stromo.

Wieje coraz mocniej, zaczyna padać. Ubieram kurtkę. Wiem, że jak się wychłodzę, to amen. Ale przecież na Przehybie będzie jedzenie. Tam zawsze jest. Marzy mi się jakaś zupa. Ale póki co w górę, w górę. Ktoś mnie dochodzi, to Gery i drugi zawodnik. Chwilę rozmawiamy. Jakiś czas prowadzę, ale potem czuję, że jest na mnie za szybko. Mam nie przekraczać na tym etapie tętna 155, więc wiem, że muszę zwolnić. Gery pomału się oddala. Głowa chce gonić, ale plan to plan. Muszę robić swoje.

Agrafka przy Przehybie. Zimno i pada coraz mocniej, a może to taka mgła, dziś już nie pamiętam. Ale schronisko na 45 km coraz bliżej. Tam znów spotykam Gerego. Pytam go co je. Nic. Bo nic nie ma. Poza wiecie już czym. Szlag mnie trafia. To są normalne jaja. Czytałem informacje na FB o biegu pilnie. Nie było słowa o braku żywienia. Potem dowiedziałem się, że było na odprawie. Ale ona była w piątek o 19 i bez wersji online. Dla wyjaśnienia na Garminach czy Zbóju odprawy były online dostępne cały czas. Z prawdziwymi informacjami. A tu na stronach informacje sprzed lat. Nigdzie ani słowa, że nie będzie co jeść.

Przypomina mi się wypas na Garminach i Zbójniku. Też był covid. Ale dało się lać gorącą zupę do kubków biegaczy. Dało się dostarczyć zapakowane kanapki. A risotto na Zbóju to było mistrzostwo świata. Ale jestem tu. Na Tauron Festiwalu. Mam więc dostęp do sezamków, które nomen omen bardzo lubię, tylko nie w tym momencie. Piję więc herbatę, uzupełniam izo, pochłaniam żel i ruszam, bo zimno. I żal mi jest organizatorów stojących na punktach, bo sami nie wiedzą jak tłumaczyć się z tego co nam podają i widać, że im samym głupio. Jak zawsze – decyzja przyszła z góry.

Dalej nie jest łatwiej. Przychodzi kryzys. Trzeba znowu w górę, a nogi nie chcą. Nie wiem czy to brak jedzenia, czy raczej świadomość, że go nie było. Widoki piękne, ale w myślach jakoś szaro.

51 km i jest Ona. Tutejsza królowa – Radziejowa. Teraz będzie w dół, a potem Wielki Rogacz, Eliaszówka i już do Piwnicznej. Ale to jeszcze 15 km.

Kryzys trwa, ale słabnie. Nie będę się dzielił tym co mam w głowie. To moja motywacyjna tajemnica. Pomaga jak zawsze, robi się cieplej. Gdzieś między chmurami przebija się nieśmiało Słońce. I wtedy właśnie spotykam Anioła. Nie wiem, który to był kilometr, ale jakieś zabudowania, parking, a na nim stoja samochody. Widzę ludzi, którzy coś jedzą. Myślę, mają tu swój support. Ale ktoś mnie woła. Dziwię się, dopytuję, ale to najwyraźniej do mnie. Podbiegam, a tu dobry człowiek gotuje coś na kuchence w bagażniku samochodu i pyta czy chcę barszcz? Czy ja chcę barszcz? Nie że chcę, pragnę! I dostaję. Nie tylko pyszny, goracy, świetnie przyprawiony barszcz ale też banana i dobry naturalny energetyk. Ta dobra dusza czeka na swoich biegaczy, ale ma więcej i się dzieli! Cuda! Aż robię zdjęcie i obiecuję, że będzie w relacji.

I tak o 10:51 dostaję +50 do żywotności. Mam za sobą 8 h 20 min biegu i coś ciepłego w żołądku. Można popierniczać w dół. Nagle nogi jakby chwilę po starcie. Już wiadomo, że połówka za mną i to ta z większym przewyższeniem. Zegarek pokazuje, że jestem w limicie czasu. Kilometry znów umykają. Nadganiam. I ani się obejrzałem gdy wbiegałem do Piwnicznej, z lekką nadzieją, że tu będzie jedzenie, bo barszcz i banana spaliłem przez ten czas spokojnie.

Jest 12:20, czyli prawie 10 godzin, a ja mam za sobą 2/3 trasy. Nie jest źle. Szybki toi-toi, biorę worek i się przebieram. Jest Gery. Tym razem chwila na rozmowę i wspólną fotę.

Jak można się już domyśleć organizatorzy nadal morzą nas głodem. A będąc prezycyjnym próbują zasłodzić. Ale ja już nie mogę patrzeć na sezamki i cukierki. Pierniczę taki punkt, biorę tylko wodę i mieszam własne mikstury. Biegacze nie przebierają w słowach. My też nie. I jak się okazuje czasem warto. Bo pojawia się kolejny Anioł, tym razem płci żeńskiej. To dziewczyna, które wspiera tu, na punkcie swojego hmm, nie wiem, chłopaka, męża,brata, przyjaciela? Ale Ona też jest dobrym człowiekiem i daje mi kanapkę! Taką prawdziwą, domową w folii! Radość niezmierna, dziękuję głośno i ruszamy z Gerym w drogę. Chcę się z Nim podzielić, ale kanapka jest z pesto i żółtym serem, a On jest weganinem. I choć szczerze chciałem się podzielić, to nie ukrywam, że nie namawiam. W końcu ta kanapka to obecnie moje marzenie.


Etap 3 – do mety w Krynicy Zdroju

Za punktem jest mocno pod górę. A ja pożeram kanapkę niczym danie w najlepszej restauracji. Idziemy we trzech, wymieniamy się niepochlebnymi myślami o tych, którzy wymyślili, że strach przed covid jest ważniejszy niż nasze bezpieczeństwo. I o ile zadbali bym wiedział doskonale kto jest sponsorem, patronem itd., to nie zadbali by była choć kromka chleba w woreczku. Wiem, już jestem nudny z mówieniem o tym, ale głodni ludzie tak mają.

Takie mijamy widoki, podczas gdy ja, jedząc, ponownie tracę dystans do Gerego. Nie zatrzymuję go. Każdy ma swój rytm. Przed nami jeszcze 34 km. Chcę je zrobić w 6 godzin, ale może uda się szybciej?

Ten odcinek trasy to na przemian podejścia i zbiegi. Ale nawierzchnia jest łatwa. Generalnie mogę już powiedzieć, że pod tym względem to łatwy bieg. To nie są kamiory jak w Ustroniu czy Szczyrku. Trudnych technicznie kawałków jest może 10-15 % jeśli dobrze pamiętam. Ale jest też spoko kilkometrów mocno biegowych, szutrowych dróg, polan, jest gdzie się rozpędzić.

I tak wygląda ten etap w moim wykonaniu. Chcę podgonić. 16 h jest w zasięgu, ale planuję coś urwać. Pierwsze podjeście przed Łomnicą trochę przymula, ale później w głowie otwiera się klapka. Za mną 70 km, więc to już czas by napierać na maksa.

Przyznam, że trochę mi się w pamięci te kolejne szczyty mylą. Nie do końca pamiętam nawet, które zdjęcia są z którego odcinka. Wiem, że gdzieś chyba około 72 km z przodu dostrzegłem koszulkę Gerego. A że nogi wtedy niosły, udało mi się go wyprzedzić.

Na 77 km był przed ostatni punkt w Wierchomli. Tu zdarzył się cud. Mały, ale jednak. Były drożdżówki. Jak potem przeczytałem na FB, starczyło tylko dla niektórych. Byłem jednym z nich. Choć na słodkie nie mogłem patrzeć, a ciasto rosło mi w ustach, to tuczyłem się nim jak gęś. Przede mną było jeszcze 23 km, więc każda kaloria się liczyła. Zegarek pokazywał coś około 12 h i 15 min. Zacząłem więc wierzyć, że 15,5 godziny na mecie jest realne. Po drodze były jeszcze podbiegi i zbiegi ze stoków narciarskich. O ile pod górę czułem się super i doganiałem, to w dół jak zawsze moja słaba technika zbiegowa nie pozwalała mi nadrabiać. Mało tego kilka osób mnie na tych zbiegach dogoniło.

Między 83, a 91 km było ciągle pod górę. Aż na Runek. Ale nie było stromo. Marcin mi powiedział, że to odcinek na którym mogę dużo zyskać lub dużo stracić. Nogi już zmęczone, ale miałem ciągle wbiegać jeśli się uda. I udawało się. Powoli, truchtem, ale biegłem. Doganiałem idących. Zaczynała mi się w głowie ta euforia, którą mam zwykle w końcówkach górskich biegów. Tu znów spotkałem Anioła z samochodem, pomachałem ale tym razem nie zatrzymałem się. Inni bardziej potrzebują posiłku, ja już wiem, że dam radę na tym co mam. Gdy na Runku miałem około 14,5 h a przede mną już tylko 9 km przeważnie w dół, wiedziałem już, że do ostatnich chwil będzie walka o wynik. Im dalej, lepiej czułem, że 15,5 h będzie na styk.

Ostatni żel poszedł w okolicach wyciągów przed Krynicą. Z wrażenia nie zapamiętałem jak się nazywały. Były tam takie podniebne deptaki. Ale ja już nie myślałem o tym. Liczył się tylko zbieg i mijający czas. Na 3 km przed metą jeszcze jedno zmotywowanie, żeby nie odpuścić. Zapomniałem o głodzie, nic nie bolało. Kilkaset metrów wąską ścieżką wśród traw i jakichś chaszczy. I nagle asfalt, droga, Krynica. Ktoś krzyczy, że zostało 500 m. Już widzę, że zdążę. I robi się trochę smutno, że to już. Nigdy nie zrozumiem jak to działa. Bo przecież powinienem mówić ufff. A ja chciałem tylko zjeść i biec dalej. Ale dalej już była tylko meta, medal, gratulacje i ta ostatnia z zawodów fotka.

Przybiegłem z czasem 15:27 w połowie stawki. Na stronach piszą, że ze względu na warunki była to najtrudniejsza z wszystkich dotychczasowych 100 w Krynicy. Wielkich powodów do dumy nie ma, bo gdybym umiał dobrze zbiegać, to spokojnie urwałbym z tego jeszcze 60 minut. Ale na naukę zbiegów umawiam się z Marcinem na zimę. Póki co wiem, że moje granice możliwości są dużo dalej niż na 100-nym km. Nogi dadzą radę, rezerw jest sporo. A mentalnie jestem dużo mocniejszy niż w poprzednich latach. Niby nie powinno tak być, bo ten rok taki dziwny, a jednak czasem okazuje się, że nawet z takiego czasu da się wycisnąć pełnię życia. Te 6 przebiegniętych ultramaratonów jest jakąś miarą tego, że nie odpuściłem tego roku. A to jeszcze nie koniec, bo jeśli nic nie stanie organizatorom na przeszkodzie, to w grudniu zaliczę jeszcze jednego Garmina UltraRace, tym razem w Gdańsku.

A Beskid Sądecki pozostaje w mojej pamięci piękny i pewnie chętnie tu wrócę na różne zawody. Na Festiwal Biegowy – nie wiem, bo organizatorzy mocno zawiedli. Dzień później na Silesia maratonie w Katowicach pokazano jak można przygotować żywienie dla biegaczy również w czasie covid.

Gery przybiegł jakiś czas po mnie, równie szczęślliwy i pełen mocy. Dla Niego to też była pierwsza 100. Mam nadzieję, że jeszcze na niejednej się spotkamy.

mgr inż. Anioł

...tak zostałem "ochrzczony" po jednym z biegów. Mgr inż. jestem prawdziwy. Anioł ze mnie żaden :-) Zostałem zarażony przez przyjaciela pisaniem o swojej pasji i od czasu do czasu popełniam jakiś wpis związany z bieganiem i tym co wokoło i przy okazji.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.