Bieganie, Relacje

Garmin UltraRace Trójmiasto 52 km — relacja


Za mną niezwykle bogaty w zawody biegowe 2018 rok. Kiedy 12 miesięcy temu pisałem excela z planem, było w nim 8 maratonów lub ultramaratonów. Na grudzień był zaplanowany inny, ale gdy tylko przeczytałem, że Labosport przygotował nowe zawody z cyklu Garmin UltraRace, nie miałem wątpliwości, że nie może mnie tam zabraknąć. Ponad rok temu, miałem bowiem wielką przyjemność, uczestniczyć w zawodach z tego cyklu w Radkowie. Być może niektórzy pamiętają moją relację z tamtego startu.

W tym roku zawody zostały zorganizowane również w Trójmieście i choć to 570 km drogi z mojego miasta, szybko się zapisałem. Pierwotnie chciałem wziąć udział w biegu na dystansie 85 km, ale gdy w listopadzie przemarzłem na kość na górskim maratonie SilverRun w Srebrnej Górze, zdecydowałem się przepisać na 52 km. Obawiałem się ponad 10 godzin w zimnie. Gdybym wtedy wiedział, że w Gdańsku podczas startu będzie aż 6 stopni, pewnie decyzja byłaby inna.

Organizatorzy biegów, uczcie się od Labosport!

Nieczęsto podsumowuję organizację już na początku relacji. Tu jednak temat ten uważam za ważny i gdyby ktoś nie przebrnął całej relacji, niech przeczyta choćby to, że organizację biegów z cyklu Garmin UltraRace uważam za bliską perfekcji. A porównanie mam, bo tylko w tym roku stanąłem na starcie 18 imprez biegowych krajowych i zagranicznych. Ale żeby nie być gołosłownym, kilka aspektów organizacji, które można postawić jako wzór:

  • informacje dla uczestników przygotowywane przed biegiem są kompletne, spójne i rzetelne, zarówno na stronie internetowej, jak i na Facebook’u jest wszystko, co potrzeba, a przesłany mailem RaceBook to mistrzostwo świata
  • odprawa zrobiona online! świetna sprawa, bo zawodnicy jak ja, dojeżdżający z daleka nie zawsze mają możliwość w niej uczestniczyć, a tu każdy w spokoju może wysłuchać tego, co go interesuje
  • biuro zawodów sprawne organizacyjnie, wszystko załatwia się szybko, podoba mi się też pomysł z wydrukiem karty zawodnika samodzielnie, przed przybyciem do biura
  • oznaczenie tras znakomite, mimo że biegły 4 dystanse, ani razu nie zerknąłem na track w zegarku, wciąż miałem komfort i pewność, że jestem na trasie
  • punkty żywieniowe, na których jest to co potrzeba, na każdym z nich było pod dostatkiem płynów, owoców i przekąsek
  • organizatorzy się rozwijają, bo części z tych, wymienionych powyżej plusów nie było rok wcześniej, proszą też startujących o wypełnienie ankiety, a ja lubię, gdy ktoś chce słuchać mojej opinii i wyciągać wnioski

Bardzo chciałem do czegoś się przyczepić i wskazać coś, co można ulepszyć. Ale właściwie mogę prosić tylko o jedno — organizujcie więcej górskich imprez biegowych!

Przed startem

Do biegu w Trójmieście nie przygotowywałem się specjalnie. Po starcie w SilverRun w zasadzie więcej odpoczywałem, niż trenowałem. Tydzień przed zawodami wybrałem się jednak w Beskidy na spotkanie z zimą w okolicach Błatniej, Klimczoka i Szyndzielni. Zrobiłem połowę mojego dystansu GUR, z podobnym jak w Gdańsku przewyższeniem.

Jako cele na zawody postawiłem sobie: czas poniżej 6 godzin i miejsce w pierwszej ćwiartce startujących. Mapa trasy zapowiadała urozmaicenia, przewyższenie 1160 m nie było duże, ale profil wskazywał na dużą zmienność terenu. Nie spodziewałem się więc wielokilometrowych podejść i zbiegów, ale zupełnie nie wiedziałem, jakiej nawierzchni oczekiwać. Nigdy wcześniej nie byłem bowiem w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Padający od kilku dni deszcz zapowiadał natomiast dość miękką i błotnistą trasę.

Profil trasy

Do Gdańska wyruszyłem samochodem w piątek, tak aby przejechać całą Polskę z południa na północ i zdążyć do biura zawodów przed 21:00. Trafiłem bez problemu i sprawnie odebrałem pakiet startowy z numerem, chipem oraz okolicznościową czapką Mikołaja.

Ponieważ start był o 8:00, zdążyłem się wyspać, zjeść tradycyjne tostowo-dżemowe śniadanie i w kwadrans dojechać z mieszkania przyjaciół na parking przy ulicy Kościerskiej, zlokalizowany dosłownie tuż przy starcie. Rozgrzewka i byłem gotowy. No, może prawie, bo od kilku dni dokuczała mi dość mocno spuchnięta lewa kostka. Ale przedstartowe emocje pozwalają zapomnieć o takich detalach.

Start i za szybka pierwsza połówka

Nie było żadnych opóźnień i dokładnie 4 godziny po zawodnikach z dystansu GUR 85 km wyruszyliśmy na trasę.

Kilkaset metrów asfaltem i wbiegliśmy w las. Już na początku było lekko pod górkę, trochę błota i od razu spostrzeżenie, które potwierdziło się już do końca dystansu. Trasa była bardzo łatwa technicznie. Praktycznie bez kamieni, korzeni, nagłych stromych spadków, czy podejść. Od razu więc w głowie zapaliła mi się lampka! A może by tak szybciej niż w planie? Po co przybiec z zakładanym tempem średnim 6’45, skoro jest tak łatwo?

Już na trzecim kilometrze poczułem, że to jednak nie zima, mimo że grudzień. Było mi za ciepło. Podjąłem więc ekwilibrystyczną i prawie udaną próbę ściągnięcia z siebie w biegu bluzy, którą miałem jako drugą warstwę. Od tego momentu bielizna i kurtka były już wystarczające dla utrzymania komfortowej temperatury.

Trasa, jak już pisałem, oznakowana była znakomicie, pozostawało podziwiać leśne nadmorskie tereny i próbować nie przyśpieszać. To drugie nie udało mi się zbytnio, bo na 10 km miałem czas 00:58:40. Buty na zbiegach trzymały świetnie, pozostawało więc się dobrze bawić.

W takiej właśnie euforii dobiegłem do pierwszego punktu żywieniowego na 11 km.

Pochwyciłem pół banana, kilka kostek czekolady i w drogę. Adrenalina napędzała, zjadłem też już jeden żel, nie było powodu, by przystawać na dłużej.

Błoto miejscami  dawało się we znaki. Odezwał się kontuzjowany staw skokowy.

Wiem, że to niezbyt zalecane, ale po którymś kilometrze z bólem, połknąłem jeden Ibuprom. W perspektywie było jeszcze prawie 5 godzin zawodów, wiedziałem, że bez tego lepiej nie będzie.

Ani się obejrzałem gdy był 20 km. Tempo wciąż miałem dobre, czas 2:02:06. Niedługo potem znów zajadałem czekoladę z punktu na 24 km. Stamtąd już blisko było do połowy dystansu. Osiągnąłem go z czasem 2:42:04. Zaczynałem już czuć pierwsze oznaki zmęczenia.

Gdy sił coraz mniej, a meta wciąż daleko

Kilometry mijały coraz wolniej. Zaczął wychodzić brak przygotowania do biegu.  Od czasu do czasu słyszałem dziwne dźwięki. Ale nie żebym słyszał głosy, he he. W pierwszej chwili myślałem, że nadjeżdżają czołgi, potem zrozumiałem, że to chyba startujące samoloty. Nikt z biegnących obok nie wykazywał zainteresowania, więc pomyślałem, że Oni, tutejsi, pewnie wiedzą, że obok jest jakieś lotnisko. Może cywilne, może wojskowe? Tak czy owak, uświadomiłem sobie, że kompletnie nie wiem gdzie jestem. To nie moje beskidzkie szlaki, które dobrze znam. Zastanawiałem się, czy z trasy będzie widać Bałtyk? Później na chwilę wyszło słońce, a drzewa przybrały niesamowity zielony kolor.

Przeminął kryzys, nogi jakoś chętniej podbiegały pod górę. Zbiegi w ogóle były niesamowite, bo łatwa nawierzchnia pozwalała odważniej się rozpędzić. Ani się obejrzałem, a już witali mnie czuwający nad trzecim punktem żywieniowym. Kilka zdań, uśmiech, łyk coli i pobiegłem dalej, ciesząc się promieniami słońca.

Zbliżałem się do 42 km. Lubię ten moment, kiedy mijam tę wciąż magiczną dla mnie granicę. Znów biegło się trudniej. Zwłaszcza pod górę coraz bardziej zwalniałem. Ale czas w okolicach 4:30, wciąż dawał nadzieję, że jeśli ostatnią dychę pobiegnę spokojnie, to będzie lepszy wynik, niż oczekiwałem. 

Na nadziei się jednak skończyło, z każdym kilometrem słabłem. Nie potrafiłem już wbiegać na wzniesienia, na płaskim też ciężko było mi utrzymać tempo. Właściwie tylko zbieganie wciąż sprawiało mi przyjemność i od czasu do czasu biegnąc w dół, mijałem tych zawodników, którzy chwilę wcześniej wyprzedzili mnie na płaskim. Męcząc się solidnie, dotarłem do ostatniego, czwartego punktu żywieniowego.

Wkrótce potem — długo oczekiwany widok. Zobaczyłem ze wzgórza morze! Wiem, że dla gdańszczan to żadne wydarzenie, ale dla mnie niesamowita odmiana, że podczas biegu widać coś innego niż góry. Od razu na twarzy pojawił się uśmiech. Poświęciłem chwilę na fotkę, miałem bowiem zapas czasu, by spokojnie dotrzeć na metę przed upływem 6 godzin.


Odliczałem kilometry do mety. 8, 6, 4, 2…. i tu zacząłem się dziwić. Bo nic nie zapowiadało mety, a ja byłem już, według wskazań mojego zegarka na 51 km. Oczywiście wiem, że na biegach górskich dystans jest podawany orientacyjnie i na tak długim dystansie, spokojnie może okazać się, że trzeba przebiec kilometr więcej, niż było w rozpisce.

Ale to oznaczało, że czas mi się kurczy i trzeba mocno przyśpieszyć, by osiągnąć cel. Zbiegliśmy się z zawodnikami z krótszych dystansów. Doganiałem, wyprzedzałem i śledziłem czas na zegarku. Wreszcie asfalt i słychać głos spikera. Na zegarku 5:57. No teraz już nie odpuszczę ! Jeszcze zakręt i widać metę. Nie wiem skąd znajduję siłę na sprint (jeśli można tak nazwać dwukrotne przyśpieszenie) i mijam jeszcze jedną osobę na ostatnich dwóch metrach.  Przybiegam z czasem 5:58:51, a więc z minutą zapasu. Miejsce jak się potem okazuje 80-te, a więc niemal dokładnie pierwsza ćwiartka, zgodnie z założeniem.

Za moment na kilkadziesiąt sekund mogę być siedzącym na tronie Królem GUR. No OK, królikiem powiedzmy,  bo do królów z czołówki mi daleko i wiem to dobrze!

Podsumowanie

Organizatorów zawodów pochwaliłem już na wstępie. Mogę też powiedzieć, że ci, którzy nie wierzą, że nadmorskie tereny mogą solidnie zmęczyć, powinni spróbować biegania w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym.

Z siebie też jestem zadowolony, bo ta impreza fajnie podsumowała mój sezon biegowy. Już godzinę po przekroczeniu mety byłem gotowy do zwiedzania Gdańska by night. Robi wrażenie, naprawdę! Rano jeszcze obowiązowe odwiedziny nadmorskiej plaży i byłem gotów do powrotu na Śląsk.

Teraz przede mną 2 tygodnie odpoczynku i zaczynam przygotowania do Zimowego Janosika 48 km. Relacja sprzed roku przypomina o tym, że jeśli 19 stycznia będzie prawdziwa zima, to uczestników czekają nie lada przeżycia.


5 Comments

  1. slaszLDR

    Fajna relacja, ładne fotki, dobry wynik.
    Przeczytałem z zaciekawieniem bo byłem ciekaw, jak nasze trójmiejskie lasy podobają się przyjezdnym. Mam to szczęście że mieszkam w 3M i często w TPK (Trójmiejski Park Krajobrzowy) trenuję biegając lub jeżdżąc MTB.
    Ten las jest tym bardziej niesamowity że można nim się dostać praktycznie od Straszyna na południe od Gdańska aż do Lęborka. Jest fajny o każdej porze roku.

    Załapałem się nawet na jednej z fotek, ale to tylko dowód że ja zacząłem za szybko bo na miecie byłem kwadrans później.

    Pozdrawiam i zapraszam.

    ps. Labosport robi też najlepsze imprezy tri i takie same super MTB.

    • Mgr inz. Anioł

      Fajnie piszesz ze masz szczescie, bo to prawda. Park super. Morze blisko. A do tego POWIETRZE. Tego nam nawet mieszkajac stosunkowo blisko gór brakuje najbardziej. Bieganie zima u nas jest ryzykowne. Tylko gory i to na wysokosci lub gleboki las… a Wy macie to na wyciagniecie reki i mozna biegac caly rok. Super sprawa :)

  2. olcia

    nieźle zwolniłeś na końcówce jak widzę :D u mnie maraton wpadł w 4:46 , czas na mecie 5:55 :) gdyby nie skurcze od 47 km udało by się przyspieszyć jeszcze nawet :D Do zobaczenia na zimowym Janosiku, ja sobie przespaceruje Murgrabiego ;)

    • Mgr inz. Anioł

      No niestety :) tak jak pisalem zabraklo energii na tych ostatnich km. Moze wlasnie trzeba bylo wolniej zaczac, albo lepiej sie przygotowac :) gratuluje wyniku! Do zo w Niedzicy :)

  3. Anonim

    Gratulacje

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén