Relacje

Górska Przygoda II w Wiśle – relacja

Gorska Przygoda w Wiśle Relacja

Górska Przygoda II w Wiśle to jest relacja z najfajniejszego biegu, w którym brałem udział. Relację zacząłem pisać na gorąco, po biegu, ale zwolniłem tempo, bo w sobotę, na skutek endorfin i adrenaliny stworzyłbym tak hurraoptymistyczną relację, że aż nie pasującą do polskiej smuty narodowej i do narzekania. Dziś czuję trudy sobotnich górek, to pewno sobie ponarzekam. Ale gdy zamykam oczy, widzę piękno naszych Beskidów. I radość, która towarzyszyła każdej kropli potu i każdemu oddechowi górskiego powietrza.

Bieg w Wiśle okazał się zupełnie inny od tych tradycyjnych „płaskich”. Piękniejszy. Niepotrzebnie się go obawiałem. To był też jeden z nielicznych startów, który ukazał mi w pełni piękno i wartość biegania.

Nie tak dawno przeczytałem relację Mateusza Jasińskiego z maratonu w Atenach. Jeden z jego wniosków był taki, że w Polsce są organizowane biegi na naprawdę wysokim poziomie. I że mamy tyle pięknych miejsc startowych do pokazania, tylko że ich nie doceniamy. Dołożę do tych wniosków jeszcze jeden (wiem wiem, koła nie odkryłem). Że piękno biegu wcale nie zależy od liczby uczestników. I wiem też, że za rok będę jednym z pierwszych chętnych do zapisów do biegu w Wiśle. Do „Górskiej Przygody” III.

Część zdjęć zamieszczonych na blogu można powiększyć klikając na nie. W ostatniej części relacji będę uaktualniał linki do galerii biegowych – warto będzie jeszcze tu wrócić.


Rozterki przedstartowe

Śmieszna sprawa, bo w listopadzie nam się kończy rok biegowy. Niektórzy blogerzy już nawet zakończyli sezon. Po zapisach na Półmaraton Królewski w Krakowie mgr inż. Anioł podrapał się w głowę i się okazało, że jedyne co jesteśmy w stanie wymyślić do końca roku to Bieg Barbórkowy w Rybniku i Stanowice czyli bieg „po moczkę i makówki”. Anioł jednak uparty jest, niczymTommy Lee Jones w Ściganym i nie odpuścił poszukiwań jakiegoś ciekawego startu.

Już 26 września dostałem od niego mail z linkami do zapisów i informacji o Górskiej Przygodzie. Pierwsza myśl, to przerażenie, że gdzie, ja w biegu górskim? Przecież w biegach górskich startują sami tytani górskich tras, którzy te 17km literalnie „wciągną nosem”, podbiegną te 700m różnicy wysokości na jednym wdechu. A ja… przybiegnę ostatni. Sprawdziłem listę startową, sami klubowi biegacze, kilku nawet kojarzyłem jako totalnych „ultrasów”.

No i trasa w Wiśle. Spójrzcie jak wygląda w widoku trójwymiarowym. Zapowiadała się mordęga.

Uprzedzając moje marudzenie mgr inż. Anioł wrzucił dwa argumenty, pierwszy na KO, drugi na „fatality”, używając terminów z Mortal Kombat.

No fajna przygoda, bo po górach, powietrze świeże, 0 niskiej emisji :) myślę że damy radę, bo choć pod górę, to za to druga połowa z góry, jeśli widziałeś profil trasy :) jakoś się na dół skulamy :)

I może bym jeszcze oponował, ale na ekranie zamigał mi napis „Fatality finish him!”

Aha ! no i życiówki nie trzeba pobijać bo jeszcze takowej nie ma!

Zapisałem się. Zresztą on dobrze wiedział, że wahać to ja się długo nie będę. Tak myślę. On ma taki dar przekonywania, że jedynie osoby ze specjalnym zaświadczeniem lekarskim mogą się argumentacji oprzeć. Czyli denaci i zombie.

Założyliśmy sobie plan minimum. Że nie będziemy ostatni. To znaczy ja, bo Anioł wiedział, że nie będzie ostatni (bo przecież, jakby co, to ja zajmę to zaszczytne miejsce).

Jedynym poważnym problemem był mój brak stosownego górskiego wyposażenia. No bo jeśli góry, to pewno śnieg, wiatr, deszcz, wichury, niedźwiedzie, kamienie, rwące potoki, błoto… I wilki – wilki obowiązkowo! A ja tu takie zwykłe wyposażenie biegowe posiadam. Żadnych czekanów, raków, lin, rac sygnałowych. Nic. Nawet butów do biegania nie po asfalcie.

Tu z pomocą przyszedł mi Darek – Radliniok w biegu. On już biegał chyba wszędzie, słysząc, że mam jeszcze wciąż buty z Lidla – kazał je wziąć, że w zupełności wystarczą. Tak, te moje pierwsze buty biegowe, w których przebiegałem całą zimę i kilka dłuższych biegów też. Mają świetną przyczepność i są wytrzymałe. I w tym momencie się moje problemy ubiorowe skończyły. Resztę jakoś skompletowałem, do tego okazało się, że prognoza pogody jest niewiarygodna – 9’C, lekki wiatr i … słońce!

Przed startem

Pojechaliśmy. Zaparkowaliśmy, wysiedliśmy z auta i … ZIMNO! W aucie było stanowczo cieplej. I … nie wiało! Poszliśmy do biura odebrać pakiet startowy a tak właściwie to numer startowy, kupon rabatowy i bon na posiłek po biegu. Nic więcej ale… wystarczająco. Wróciliśmy do auta i przebraliśmy się do startu.  Podczas przypinania numeru okazało się, że … ten numer jest wielokrotnego użytku! Był cały podziurkowany na rogach – cóż. I tak to był numer zwrotny, ale pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Choć czy to czemukolwiek miało przeszkadzać?

Numerek

Organizatorzy jasno dali nam do zrozumienia gdzie przypina się numer. No cóż, zawsze mógł się znaleźć ktoś kto by numer przypiął do…. Hm. Pleców?

numer

Mgr inż. Anioł przytwierdził swój numer do pasków swojego plecaka – bardzo sprytny patent.

Ruszyliśmy w kierunku startu, wraz z innymi biegaczami. Co jeden to był lepiej wyekwipowany, wspaniałe buty, ciuchy biegowe, jakieś super kominiarki, plecaki – widać było, że to wytrawni biegacze górscy. A ja tu taki „biegacz nizinny”. W butach z Lidla. Co prawda mój pierwszy półmaraton był w Żywcu, ale po górkach to nie biegaliśmy. Podbiegi były, widoki też ale takie… nisko górzyste.

Do tego Anioł podniósł poprzeczkę.

„Żebyśmy nie byli w ostatniej dziesiątce”

– łoooo, no to jak to się mówi –  pojechał. Nie tak się przecież umawialiśmy… Do tego grozę budził pewien drogowskaz

Dokąd zmierza biegacz przed startem? Zgadliście! Do toi-toia! Bieg bez kilkukrotnej wizyty w plastikowym pomieszczeniu jest biegiem nieudanym. Tu były trzy ale znaczącej kolejki do nich nie stwierdzono.

rozgrzewka i idziemy na start.

rozgrzewkaTętno z emocji powoli przyspiesza – 105 uderzeń na minutę, jest dobrze.

Po drodze mijamy dziwne urządzenie (tak, tak po biegu pewno będziemy jak ta … dętka)

Detki

Ustawiamy się przed startem. Jesteśmy gotowi do boju!

Ruszamy!

Start lekko się opóźnił i pięć minut po 11 wystartowaliśmy. Chwilę po nas mieli wystartować „kijkarze” czyli Nordic Walking. Kawałek zbiegliśmy do drogi, zakręt w lewo i później ostro pod górkę. Po drodze jakieś pozostałości naturalnego nawozu, który sądząc po śladach – zmierzał na przyczepie za traktorem do góry.

A do góry, pod górkę było coraz bardziej ostro. Tak ostro, że wszyscy jak jeden mąż i żona przeszli do marszu.

Mgr inż. Anioł ma w swoim miejscu pracy wielu ultramaratończyków i biegaczy górskich. Doradzili mu, aby podbiegi w większości pokonywał marszem. Bo inaczej się zajedzie. Wziąłem sobie to mocno do serca. Tak więc nie miałem wyrzutów sumienia. Tętno wskoczyło ponad 170 uderzeń/minutę, czyli standardowo dla mnie przy zawodach. I to nie wydolność serca mnie ograniczała ale zadyszka. Plecy Anioła szybko zniknęły, jego marsz pod górę był szybszym marszem pod górę niż mój.

Po 600m usłyszeliśmy stukot kijków, to czołówka Nordica nas doganiała. Oni szli szybciej niż my. Jak maszyny, pochylone sylwetki, mocne odbicia się kijami – robiło to wrażenie. I wiecie co? Po raz kolejny nabrałem dla nich szacunku. Co innego widzieć rekreacyjne stukające kijkami o ziemię emerytki osiedlowe, co innego zobaczyć taką walkę o czas.

Na pierwszych dwóch kilometrach zapomniałem, że jestem biegaczem. 9:13min/km i 9:25 to był pogrom. W pewnej chwili widziałem na moim Polarze M400 13min/km, taka góra była. A zazwyczaj chodzę bardzo szybko więc, to po prostu była tragedia takie podejście. Akcentem humorystycznym było wyobrażenie mojego zlotu powrotnego – bo tędy mieliśmy wracać. Nie uprzedzam biegu (zlotu) wypadków.Trzeci kilometr to średnia 6:45, nie powiem, chwilę sobie pobiegałem.

Ale w gruncie rzeczy to był czysty Galloway, podejście, bieg, podejście, bieg.


Na ostrych podejściach tak się „gotowałem”, że zdejmowałem z szacunku czapkę odparowując ciepło, którą po kilkudziesięciu sekundach znowu zakładałem – wiatr wiał nieustannie.

Na podejściach wyprzedzali nas „kijkowicze”, później znowu my ich i tak zmienialiśmy się na prowadzeniu żegnając się z humorem „do zaś”. Oni jednostajnym tempem, my zrywami.

Po drodze zachwycałem się pięknem przyrody, oszałamiającym zapachem żywicy w lesie. Pytałem współbiegaczy czy to czują – otóż nie! Tak się spieszyli, że zapachów nie czuli. Ja postanowiłem tym razem odpuścić sobie kwestie czasowe, zająłem się podziwianiem przyrody, fotografowaniem i konwersacjami. Bo piękno przyrody było wszechogarniające.

Aparat i po aparacie

A propos zdjęć. Aparat miałem skonfigurowany do zdjęć w biegu. Aparat wskazywał przed wyjściem z domu 100% naładowania. Przed startem zrobiłem nim kilka zdjęć, flesza nie używałem prawie wcale. Przed biegiem aparat był ok. godzinę na pasku. Przed rozpoczęciem biegu wskazał nagle 25% naładowania! Przeczuwałem kłopoty… Bardzo słusznie, po 3km ryjek aparatu nieodwołalnie zamknął się. Koniec prądu. Przypomniały mi się wszystkie opisy biegów górskich, gdy biegaczom w nocy kończyło się szybko światło w czołówkach, bo baterie padały jak muchy w chłodzie. Teraz doświadczyłem tego ja – rzetelnie nie sprawdziłem voltomierzem ich stanu. Po drodze mijaliśmy schronisko, już miałem tam skręcić, żeby zapytać czy nie mają „paluszków” gdy mnie olśniło, że środków płatniczych niestety nie mam ze sobą…A przecież nie stanę na zmywaku, żeby odpracować koszt bateryjek.

Cóż, wyciągnąłem więc komórkę, dobrze mieć zawsze „plan B”. I wtedy moim oczom ukazał się cudowny widok.

Trzy krowy marki Milka na polu, dzwoniące na wietrze dzwoneczkami. Cisza, tylko huczy wiatr, słychać tupot butów biegaczy, ich oddech i … dzwonienie dzwoneczków! Zrobiłem zdjęcie ale również nakręciłem kilkusekundowy filmik. Niestety trzeba go mocno pogłośnić, żeby usłyszeć ciche dzwonienie…

Pobiegłem dalej. Na jednej z polan był bufet.

Wolontariusze nakierowywali „kijkarzy” na skręt w prawo, kolejni, jeden po drugim chcieli zdobywać górkę przeznaczoną tylko dla biegaczy ;) Zanim się obejrzałem porwałem ciasteczko  z pudełka i sam się sobie zdumiałem. Przecież miałem ze sobą żel energetyczny, miałem nie zaklejać się niczym ale ciastko tak kusiło… Zjadłem, podziękowałem i pochwaliłem. I wtedy usłyszałem:

Dziękujemy, domowej roboty, same piekłyśmy… w ognisku!

ogniskoBo obok jakiś lokalny baca właśnie palił ognisko w sobie tylko znanym celu. Obfotografowałem więc scenerię z uporem japońskiego turysty i pognałem dalej pod górkę. Już współczułem mgr. inż. Aniołowi tego czasu, co spędzi na mecie czekając na mnie, ja tu sobie ciastka zjadam, pogaduchy uskuteczniam, a on biedak ściga się z czasem…

Moją uwagę przykuła znajoma koszulka. Koszulka Rybnickiej Grupy Biegowej.

Znane porzekadło mówi, że jeśli w jakimś biegu na terenie Europy nie startuje przedstawiciel Rybnickiej Grupy Biegowej, to znaczy, że bieg jest do powtórki. Wisły powtarzać nie będzie trzeba, bo biegła Zuzia. Ostro walczyła z podbiegami, tam gdzie ja sobie dreptałem szybkim krokiem, tam ona podbiegała. Powoli i wytrwale mnie wyprzedzała, po czym ja ją doganiałem na płaskim.

Górska Przygoda Wisła - Zuzia Rybnicka Grupa Biegowa

Przez dłuższy czas biegłem równo z dwoma biegaczami.

Prześmieszna historia – zapytali mnie skąd jestem. Nauczony doświadczeniem, podałem: Pszów koło Rybnika. Bo Rybnik to jeszcze Polska kojarzy. Pszów, to tylko co bardziej religijni. A tu ujrzałem dwa szerokie uśmiechy – to oni w takim razie są z … Raciborza koło Pszowa! No tak, sami swoi… Oczywiście szybko zgadaliśmy się gdzie startowaliśmy razem i jak bardzo nam się podoba krzyżkowicki las i jego podbiegi. A propos podbiegów.

Wg mojego Polara dobiegaliśmy do połowy dystansu, wyglądało na to, że już wkrótce zacznie się to, co tygrysy lubią najbardziej. Zbieganie. Ale zanim opiszę ten punkt programu, króciutka historyjka.

Jak do drzewiej w Beskidach chodziłem

Miałem to szczęście, że chodzeniem po górach zarażono mnie skutecznie w podstawówce. Mieliśmy wspaniałą panią z geografii – panią Halinę. Brała nas często na wyprawy w góry, najczęściej jednodniowe, później na dłuższe. Przy okazji nazbierałem dość punktów na małą srebrną odznakę GOT. W liceum trafiłem pod skrzydła podobnego pasjonata, tyle że fizyka. Z dużą radością korzystałem z wyjazdów organizowanych przez niego. Miał już swoje lata ale…

Kiedyś pognaliśmy na dół pewnej górki, licząc, że go odsadzimy i będziemy mieli na dole kwadrans wolnego. Dociągnęliśmy sznurówki, paski plecaków i ziuuuu pognaliśmy na dół, ciesząc się z tego, jaką przewagę czasową sobie wypracujemy. Zatrzymaliśmy się zziajani na dole, zrzuciliśmy plecaki, przybiliśmy „piątki” dumni z naszej szybkości i … Ujrzeliśmy szeroki uśmiech pana profesora, który wyłaniał się zza zakrętu robiąc kilometrowe kroki. Cóż…

Wycieczki górskie nauczyły mnie szacunku do podejść, ale jeszcze większego szacunku do zejść, które po prostu są trudniejsze. Podobnie z bieganiem górskim, podbieg wymaga siły i kondycji. Zbieg wymaga techniki i doświadczenia. Zatrzymałem się więc. Dociągnąłem maksymalnie szurowadła. Czas na wisienkę na torcie. Czyli…

Zbieganie

No i zaczęło się. Zbieganie w tym biegu dzieliło się na zwykłe zbieganie – czyli po prostu jest lekko z górki i można osiągać prędkość maksymalną (wg mojego Polara było to 4:13min/km), zbieganie właściwe, podczas którego po prostu biegnę w dół wybierając właściwą trajektorię lotu, omijam kałuże i dziury, no i zbieganie ostre. Gdy nogi z całych sił hamują, a grawitacja do spółki z pędem radośnie ściąga mnie ku glebie (a wszystko przez moją masę).

Na zbiegach było wszystkiego po trochu. Bardzo przydały mi się treningi zimą na leśnych duktach Krzyżkowic. Nogi tańczyły pomiędzy wystającymi konarami, kamolami, przeskakiwałem kałuże mniejsze lub większe, zgadywałem z ukształtowania terenu i pryzm liści gdzie jest kałuża, gdzie błotko a gdzie twarde podłoże. To był rzeczywiście taniec ze zmiennym rytmem. Pomiędzy różnymi skokami przypomniał mi się jeden z odcinków Pingwinów z Madagaskaru. Tam była „hopsalnia”. Tu też. Próbowałem w kontrolowany sposób przyspieszać przy zbieganiu – nic z tego. Przypominałem wtedy „młodego gniewnego”, który wsiadł do starego BMW i nacisnął gaz. Utrata przyczepności i „merdanie” tyłem. Biegłem więc dalej zachwycony zabawą. Hopsając dosyć losowo. Wraz ze mną hopsała woda w brzuchu, ciasteczko i jeden żel.

Kamień

Miejscami podłoże było kamieniste. Nie wiem jak to jest, ale czasem udaje mi się nadeptując na kamień wprawić go w taką rotację, że trafia mnie w … kostkę. Po kilku takich stąpnięciach miałem dość kamieni. I wtedy nastąpiłem na wyjątkowo złośliwy kamień, który uderzył mnie w kostkę, poleciał do przodu i … trafił mnie w kostkę po raz drugi! O nie bratku, zatrzymałem się. Wziąłem drania do kieszeni w pasie biegowym – cóż. Poddam go domowej reedukacji. Wyszkolę, nauczę dobrych manier i zawiozę go kiedyś na powrót do Wisły. Gdy już będzie gotów. Kaganiec oświaty… A co! Pogalopowałem na dół. Teraz jeszcze kamień mi podskakiwał na hopsalni…

W pewnym momencie trasa zakręciła ostro w prawo i … zaczął się podbieg. Ej, to nie fair, jak to tak, miały być zbiegi a tu … podbieg?

Wszystko co dobre się szybko kończy

W pewnej chwili zobaczyłem bardzo smutną kartkę. Że do mety już tylko 3km. I wiecie co? Zrobiło mi się cholernie żal, że to już wkrótce koniec biegu. Była piękna pogoda. Cudowne krajobrazy. Nie spieszyłem się – biegłem w swoim tempie. Nie byłem zmęczony, wycieńczony – wciąż łapałem oddech. Wyćwiczony organizm działał jak maszyna i chciał więcej. Nie walczyłem o rekord, nie walczyłem o czas. Byłem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy, że właśnie dziś los się do mnie uśmiechnął i dał mi wystartować w tak niesamowitym biegu, w tak cudownym otoczeniu. nie było tłoku, nie było asfaltu, nie było … cywilizacji?

Była – na pobliskim poletku śmigał na traktorze pan Baca. Który rozrzucał na polu obornik. Wyglądało to epicko, krowie zmielone placki śmigające parabolami w powietrzu i lądujące w różnych miejscach pola. Zapach też był stosowny. A mi się chciało śmiać, tak absurdalnie to wyglądało. Obok stały koniki i z pełnym zrozumieniem przyglądały się biegaczom radośnie galopującym w kierunku mety.

Trudno też było nie zauważyć infrastruktury turystycznej.

Został kilometr. Chciałem przyspieszyć. Ale nie dało się, to był odcinek z betonowymi płytami, na najostrzejszym nachyleniu trasy. Rozluźniłem nogi, które zaczęły wybijać jeszcze bardziej szalony rytm. Minąłem kilka osób. To było szaleństwo – a jeszcze pojawiły się zakręty!

Zobaczyłem taśmy wyznaczające kierunek finiszu i … rany boskie, schodki – przegalopowałem po nich, wskakując po dwa i modląc się, żeby się na finiszu nie wyłożyć na płasko. Widząc już metę, dałem gazu na maksa, pomykając niczym rasowy chart w kierunku cyferek. Usłyszałem znajomy głos: „brawo, brawo, brawo!” i minąłem linię mety. 2h 2min tak około.

Zacząłem odpinać numer, żeby się z nim pożegnać i żeby otrzymać piękny drewniany medal.

Znienacka pojawił się mgr inż. Anioł z kamerą w ręku. Bo zapomniałem Wam napisać, że na tę wyprawę wziął kamerkę. Żeby nakręcić wesołe filmiki. Zasypałem Go moimi zdjęciami, a on montował, spawał, ciął i giął. Aż do samego ranka. Popatrzcie co z tego wyszło (1080p)… Jak to przyjemnie obejrzeć ten film po biegu. I śmiać się z siebie samego po raz kolejny. I z tego co szczerze powiedziałem, po przekroczeniu linii mety.

 Podsumowanie

To był najwspanialszy bieg, w którym brałem udział. 193. miejsce z czasem 2:02:40. 24 miejsca i 8 minut przede mną przybiegł mgr inż. Anioł.

235. biegaczek i biegaczy ukończyło bieg. Byłem więc w „ogonie” biegu i … dobrze mi z tym. Bieg z czasem 1:09:09 wygrał Patryk Piasecki. To pokazuje jaka przepaść dzieli przygotowanie kondycyjne zwycięzcy od takiego amatora jak ja. Ale… Mi się bardzo podobało. Debiut górski. Chcę więcej!

Bieg był świetnie zorganizowany. Po prostu. Świetnie oznaczona trasa.

kierunekNie miałem ani sekundy zawahania gdzie należało skręcić. Wspaniali wolontariusze.  Profesjonalne zabezpieczenie.

Cóż więcej napisać. Dwa dni po biegu, bardzo mocno czuję, które mięśnie pracowały przy podejściach, które hamowały mnie podczas zbiegania. I jest to bardzo miłe odczucie.

Czym się różnią zawody zwykłe od tych górskich? Sporo się nasłuchałem podczas tego biegu. Rywalizacja w górach jest inna. Nie nastawiona aż tak na czas. Wszyscy, którzy rozmawiali ze mną podczas biegu podkreślali, że właśnie tak jest z biegami górskimi. Zachwyt nad przyrodą, „coś zupełnie innego”.

Podczas biegu „tradycyjnego” człowiek nie zatrzymuje się, żeby robić zdjęcia. Nie rozmawia z kibicami na trasie. Dwukrotnie widziałem, że biegacze dawali aparaty turystom, którzy robili im fotki na tle fajnych widoków górskich.

Kameralność biegu też jest zaletą, czego do tej pory nie wiedziałem. Podczas biegu masowego ważne są sekundy. Wielokrotnie rozważałem podczas zawodów, ile dziesiąt miejsc wyżej w klasyfikacji bym był gdybym gdzieś „urwał” pół minuty. A tu? Spokojnie mogłem być szybciej na mecie o kilka minut. Tylko … W tym wypadku bym zyskał może z … 10 miejsc? Nawet nie. I co by mi to dało?  Większy medal? Przecież nie.

Gdyby spadł deszcz, bieg by był zupełnie inny. Ale czy bym w nim wystartował wiedząc, że będzie lało? Oczywiście, że tak. Czy bym się tak cieszył? Pewno też. Góry są zawsze piękne, nawet, gdy leje deszcz.

Jeszcze jedno – ten bieg nie zablokował żadnego miasta, nie było rzeszy gniewnych mieszkańców, którym znowu jakiś bieg dezorganizuje życie.

Epilog

Gdy wracaliśmy do domu, wyjąłem aparat z futerału i wyznałem Aniołowi, że nie sprawdziłem baterii i aparat odmówił współpracy z powodu braku prądu. Nacisnąłem guzik uruchamiający aparat i … z głupią miną obserwowałem ryjek aparatu wysuwający się, jak i wskaźnik 100% naładowania baterii.

Mgr inż. Anioł dostał napadu śmiechu.

Inżynier i nie wie jak obsługiwać aparat, no teraz to się nawet nie tłumacz!

Ale w domu zmierzyłem napięcie baterii. Cóż… Na wymagane 1,5V (a właściwie 1,6V jak mają co lepsze egzemplarze), te miały po 1,36V.

V


Media

Kolejną relację z biegu znajdziecie na portalu festiwalbiegowy.pl.

Wkrótce pojawią się również skróty do galerii biegowych, bardzo dużo osób robiło zdjęcia, szczerze liczę, że się nimi podzielą.

Moje zdjęcia można obejrzeć na Fanpage bloga:

 Fanpage


Jeżeli spodobał Ci się ten tekst, lub jeśli masz do niego uwagi – zapraszam na fanpage bloga – zostaw komentarz, polub profil lub napisz do mnie prywatną wiadomość.

Będzie mi bardzo miło, jeśli udostępnisz tekst dalej, korzystając z poniższych ikonek. 

41 Comments

  1. Czas pokaże, ale chętnie pobiegnę ten bieg. Dystans i trasa podobają mi się.

  2. Fromviewof

    Te krowy na zdjęciu wyglądają jak pasące się alpejskie Milki :D

  3. Te krowy na zdjęciu wyglądają jak pasące się alpejskie Milki :D

    • Też miałem takie skojarzenie. W każdym razie szok był spory, wdrapał się człowiek na górkę a tam … krowy brząkają dzwonkami…

  4. Ale czad! Relacja bardzo przyjemna, a i oko było czym nacieszyć. Trzeba być biegowym świrem by po górach hasać – pamiętam z czasów judo..wbiegi na Kasprowy i nazad … A co do najlepszego Milka, widziałeś Milki – cuuuudowne są :)

  5. Jak zwykle świetnie się to czyta. A uśmiech na twarzy na filmiku mgr Anioła mówi sam za siebie – nie kłamiesz, pisząc, że to niesamowita radocha. Brawo, brawo, brawo, że tak zacytuję. ;) No i udało się łyknąć tych dziesięciu biegaczy, a nawet więcej!

  6. Gratuluję Ci fantastycznego biegu i przeżyć – super zdjęcia i opis :) A hurraoptymistyczne relacje wprost po biegach ? Ja uwielbiam takie pisać ;)

    • Dziękuję :) Ja też bardziej lubię takie przygodowe, niż suche relacje, co nie znaczy, że i takie też nie są ważne :)

  7. Uwielbiam ludzi z pasja!! Wormie- czytając Ciebie człowiek zaczyna wierzyć ze bieganie moze być fajne ;).
    Biegacz nizinny, krowy Milki, wredny aparat, kamera-man Anioł (ps.w krókich gacaich?!), ciasteczko, powrót do przeszłości, itp <3. Przegenialna recka! :D
    ps.Jasiński to ten od slow jogingu?

    • Ja, ja miałem krótsze gacie! Anioł miał takie 3/4 plus kompresja! :D Tak, ten Jasiński, ale on jest od wszystkiego – od maratonów po biegi po schodach :D

      • Cos mi disqus nie powiedział o Twojej odpowiedzi i już smutałam że mi Wormie nie odpisuje..;)
        No to Wy zimnoluby jesteście z Aniołem ;))
        A Jasiński to myślałam że tylko w slow joggingu się specjalizuje-a tu proszę „spec od wszystkiego” ;)

  8. Hahaha… ubawiłam się niesamowicie. To JEST hurraoptymistyczna relacja. Żadnego narzekania nie znalazłam, nawet na ten złośliwy aparat. :-) Dobrze, że miałeś komorkę, bo zdjęcia sprawiają, że aż chce się jechać w góry. Już, natychmiast, teraz. :-) A sposób w jaki przekazujesz swoje emocje i ogromną radość z tego biegu powoduje, że każdy kto przeczyta tę relację, przynajmniej przez chwilę pomyśli :a może ja też spróbuję? Każdy! Nawet ja, która z bieganiem mam niewiele wspólnego. :-) Widzę, że pogoda dopisała, no ale cóż się dziwić. Kiedy biegnie Anioł, musi być pięknie.:-) Za filmik mgr inż. Anioł dostaje ode mnie Oskara, mimo że spowodował zakwasy moich mięśni brzucha. :-D Film jest świetnym uzupełnieniem całości. :-D Jakoś nie zauważyłam żebyście wyglądali jak dętki. :-D Dziękuję za kolejną dawkę pozytywnej energii i radości.:-) Ps. Jeszcze nigdzie nie widziałam żeby ktoś tak poetycko opisał nawóz naturalny. :-D

  9. Minus! Ogromny minus za to, że nic nie wiedziałem o tym biegu! Nic mnie to nie obchodzi. Mogłeś dzwonić, wysyłać maile, bądź inne depesze!
    Fajnie się czytało. W przyszłym roku muszę się tam pojawić.

  10. Świetny tekst. Ubawiłem się w czasie czytania jakbym sam tam biegł i wygrał :p

  11. mgr inż. Anioł

    A wiesz… nie powiedziałem Ci, bo jakoś mi umknęło w entuzjaźmie po biegu. Napisałeś, że bieg niczego nie blokował i nie było wkurzonych mieszkańców :) Otóż byli ! I miałem nieprzyjemność ich spotkać. Na szerokiej polanie, na płaskim zobaczyłem przed sobą grupę 5-6 osób. Nie wiem czy byli mieszkańcami czy turystami ale na pewno byli wkurzeni. Widziałem jak kolejni biegacze mają problem z ich wyminięciem bo szli tyralierą zajmując cały szlak. Zbliżając się do nich dość szybko zawołałem „lewa wolna” jak to się zwykle na biegach robi. W zamian zostałem obrzucony obelgami i stwierdzeniami w stylu „powinniście biegać między drzewami a nie szlakiem debile”… był moment, że chciałem się zatrzymać i wymienić z nimi słówko, ale że jestem z natury furiat to nie wiem jakby się skończyło. Stwierdziłem więc, że okoliczności przyrody muszą na mnie działać kojąco i tylko się uśmiechnąłem. Niemniej jak widać wszędzie można liczyć na niezawodnych przeciwników wszystkiego, na szczęście tym razem byli w zdecydowanej mniejszości :)

    • Powiem poetycko: merde! Szkoda, że ich jakoś nie oznakowałeś jakąś dzidą w plecach albo choinką w odwłoku, bym się nimi zajął. Tak jak spokojny człowiek jestem, to im bym zafundował przyspieszone zejście z wysokości, bo nie zasłużyli byli obcować z górami. Chociaż… czekaj – do rozrzucania obornika by się przydali :D

      • To musieli być turyści, prawdziwi górale tak by się nie zachowali. :-) Dzidę w plecy – rozumiem, ale choinkę w odwłok?? Hahaha, moja wyobraźnia padła ze śmiechu. :-D Tylko wiesz dużo zaryzykowałeś, bo nie wiem czy choinki Ci to wybaczą :-D A idą święta, może być okazja do zemsty. ;-)

    • Trzeba ich było do Wawy zaprosić podczas np.biegu niepodległości ;).
      Zacny filmik Panie Anioł ;)

  12. Ależ to pozytywne:) Powiało taką wolnością. A jakie widoki na tym filmie, aż czuć to rześkie powietrze :) No zachciało mi się od razu w góry, chociaż w najbliższym czasie najdalej gdzie pojadę to do Torunia, a tam gór nie ma.

    • Było bardzo pozytywnie. Kogo nie mijałem, miał uśmiech na twarzy. Przyroda potrafi nas bardzo pozytywnie naładować, tylko trzeba dać jej tę szansę i opuścić kanapę ;) Toruń jest piękny sam w sobie, ale … no fakt. Gór jeszcze tam nie stwierdzono ;)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén