Relacje

Górska Przygoda III w Wiśle – relacja

Górska Przygoda III 2016

Rok temu wystartowaliśmy w drugiej edycji wiślańskiej „Górskiej przygody”. Bieg nas oczarował do tego stopnia, że oczywiście postanowiliśmy wystartować również w roku 2016. A jak to bywa przy powtórkach biegów, podświadomie obawiałem się czy będzie równie interesująco jak rok temu. Przed rokiem była świetna organizacja, cudowna jesienna pogoda (złota polska jesień), trasa odurzała nas wspaniałymi widokami, zapachami i … widokiem krów i koni wzdłuż trasy biegu.  Cóż mogło zaskoczyć nas w tej edycji? Zdradzę Wam tę tajemnicę. Pogoda!

Miał to być nasz dopiero trzeci bieg górski, co przy bardzo wielu startach na płaskich asfaltowych trasach, jest liczbą niewielką. Mimo, że wciąż jesteśmy „przedszkolakami” na tego rodzaju imprezach, pochodzimy do nich zarówno z dużym szacunkiem, bo góry to jednak góry, jak i entuzjazmem. O ile przed rokiem była to dla nas zupełna niewiadoma, o tyle teraz mieliśmy już jakiś odnośnik – nasze poprzednie wyniki na tej samej trasie.

Zapraszamy więc do naszej kolejnej pisanej na dwa głosy (Paweł i Tomek) relacji z imprezy biegowej, w której mieliśmy przyjemność uczestniczyć.


Przygotowania

Tak właściwie, aż do wigilii startu nie czułem szczególnej ekscytacji. No bo tak, Babia Góra dała nam w tym roku próbkę czym jest siła gór (wiatr, deszcz i grad) i czym jest duże zmęczenie (zbieganie zamęczyło mnie na amen). Maraton w Wenecji – zahartował nas, jeśli chodzi o długość trasy. Oba biegi zajęły mi po cztery godziny, oba były wyzwaniem. Górska przygoda miała zająć około dwóch godzin. Niemniej zerkaliśmy cały czas na raporty pogodowe, żeby wiedzieć czego się można spodziewać na trasie. A miał być śnieg i mróz. Czyli pierwszy w tym roku bieg zimowy.

Tu pojawiała się kwestia: jak się ubrać ? Wypadało nie zmarznąć – czyli ubiór musiał zabezpieczać i przed wiatrem i przed zimnem, a może i przed deszczem. Trudna sprawa. Wypadło na długie legginsy, bluzę i wiatrówkę. Lekka czapka i kołnierz polarowy. Do tego rękawiczki i pas biegowy z bidonami.

Ja z kolei przystępowałem do zawodów, po okresie dwóch tygodni zupełnie bez biegania. Po maratonie celem numer jeden było wyleczenie do końca kontuzji kolana, a poza tym 6 tygodni po głównym jesiennym starcie jest dla mnie okresem roztrenowania. Dlatego do Wisły wybierałem się głównie po dobrą zabawę, nie stawiając przed sobą żadnych ambitniejszych celów.

Ubrałem się bardzo lekko, ale konkretnie.  Leginsy z windstopperem, bielizna termiczna, cienka bluza i kurta wodo- i wiatro-szczelna. Czapka, rękawiczki i buty trail’owe na błotnistą trasę.  Ze względu na krótki dystans i niską temperaturę nie zabrałem wody. Na trasie mieliśmy aż czterokrotnie mijać punkt odżywczy.


Przed startem

Na miejscu odebraliśmy pakiet startowy, który śmiało możemy nazwać minimalistycznym. Numer startowy (do zwrotu), kupon obiadowy na makaron, wejściówka do klubu fitness oraz próbka płynu do impregnacji odzieży sportowej. Ci co byli na miejscu szybciej, mogli liczyć na kupon zniżkowy na kawę. Przed startem kręciła się ekipa Red Bulla oferująca darmowe napoje tej firmy.

Po odebraniu numeru startowego napiłem się kawy, bez zniżki, ale była znakomita i gorąca, co w ten chłodny wilgotny poranek było zjawiskiem wyjątkowo pożądanym. 

Trasa o długości 17 km dla biegaczy oraz 12,5 km dla zawodników nordic walking wytyczona była w postaci jednej dużej pętli, przy czym jej część pokonywało się w obie strony, co pokazuje również profil wysokościowy.  Różnica wzniesień dla biegaczy wynosiła około 700 m.

gorska_przygoda_trasa

gorska_przygoda_profil

W tym roku start i meta były ustawione po drugiej stronie hotelu „Podium”, w porównaniu z rokiem poprzednim. Moim zdaniem była to dobra decyzja, bo jest tam więcej przestrzeni i ładny widok na góry.


Spotkania

W biegu wystartowaliśmy w trójkę, towarzyszył nam również znany Wam z innych naszych relacji Sylwek, od niedawna członek grupy biegowej HRmax Żory. Na starcie spotkaliśmy też Sylwię i Sławka (iniemaslabych.pl).

img_1898

Liczba startujących w tym biegu znajomych zaskoczyła mnie. Przed startem często przeglądam listę, filtrując ją wg miejscowości. I co rusz wyskakiwały znane nazwiska i imiona.

Wiedziałem, że spotkam tu zaprzyjaźnionych biegaczy z grup biegowych z Czerwionki Leszczyn (Luxtorpeda) i Rybnika, jak również Wodzisławia. Mieli być podopieczni Inżynierii Biegania. Ciekaw byłem czy na linii startu będzie też Edyta z Rydułtów i Dagmara z Czyżowic – obie startowały dzień wcześniej w Krostoszowicach i obie stanęły tam na podium! To dawało (niewielką) szansę, że dotrzymam im kroku. Ale to nie był koniec spotkań. O czym za chwilę.


Start i droga pod górę

Organizatorzy zadbali  o wspólną rozgrzewkę, po której byliśmy już gotowi do rozpoczęcia rywalizacji, punktualnie o godzinie 11:00.

gp1(fotografia – tmfoto.pl)

Trasa po krótkim zbiegu i zakręcie od razu zaczyna mocno piąć się w górę. Zatem zaraz na początku przychodzi zmierzyć się z jednym z najbardziej stromych podbiegów. Fajnym uczuciem, trudnym do osiągnięcia w biegu ulicznym, jest tętno skaczące ponad 170 zaraz za startem. Zmuszało mnie to do truchtu w górę, przeplatanego szybkim marszem, gdy brakowało tchu.

gp2(fotografia – tmfoto.pl)

Biegło mi się bardzo dobrze, kolano po maratonie wróciło do pełnej sprawności i pozostawało mi cieszyć się widokiem miejscami mocno już zimowej aury.

20161112_120421

Naprawdę świetnie było znaleźć się w takim miejscu. Poprzednie zawody w słonecznej pogodzie nad Adriatykiem, a tu wiatr i śnieg smagający twarz tak mocno, że miejscami musiałem zakładać kaptur i przecierać mocno zapadane okulary.

Po 55 minutach dotarłem do najwyższego punktu trasy (wg zapisu z mojego zegarka 1008 m n.p.m.), to o prawie 3 minuty lepiej niż przed rokiem,  więc z radością oczekiwałem zbiegania w dół. Byłem ciekaw, czy tym razem uda mi się wyluzować na tyle, by pędzić w dół ile sił w nogach i nie pozwalać się wyprzedzać innym :-) A jak w tym czasie podbiegało się Pawłowi ?

Tak jak pisze Tomek, początek biegu był prosty i płaski. Całe pół kilometra. O późniejszych podejściach za każdym razem staram się zapomnieć. Było bardzo pod górkę. Na tyle, że podczas ostrego marszu moje tętno również wyskakiwało ponad 170 uderzeń na minutę. Nikt nie odpuszczał. Wszyscy pracowicie „drapali się”, choć miejscami płyty betonowe były oblodzone.

podbiegi

(fotografia – Edyta Połomska)

Dawałem z siebie wszystko, pamiętam jak rok temu łatwo dogonili mnie „nordikowcy”. Teraz, podczas podejść minęła nas jedynie czołowa stawka „kijkarzy”. Oni pokonywali krótszy dystans, była szansa, że jeszcze kogoś na samej końcówce biegu spotkamy.

To co mnie podtrzymywało na duchu, to fakt, że podbieg i podejścia to jedynie 7,5km trasy. To zapamiętałem sprzed roku. Ostatnia część – od rozgałęzienia trasy (z punktem nawadniania) była już płaska na tyle, że będę mógł biec. A właśnie – na punkcie nawadniania porwałem kubeczek z wodą i… wgryzłem się w cieniutką warstwę lodu. Bo temperatura spadła, a do tego zaczął sypać śnieg.

Górska Przygoda

(fotografia – Michał Duda)

Na punkcie nawadniania usłyszałem ciekawą rozmowę:

Nie widziałeś gdzieś Pawła?

-nie!

Po czym jedna z zakapturzonych postaci obróciła się w moją stronę i…

Aaaaa, tu jest Paweł!

Był to zatem spotkań ciąg dalszy i ostatnią cześć podbiegu przebiegliśmy wspólnie z Dagmarą. Tak się pochowaliśmy pod czapkami i kapturami, że trudno było się rozpoznać. Przed nami gdzieś żwawo śmigała Edyta, którą bardzo trudno było dogonić!

Gdy tylko na moment nam się to udawało, to po chwili Edyta znów gnała niczym górski wicher. I każda próba Jej doścignięcia tak się kończyła. Najbardziej zaskakujące było to, że to właśnie Edyta najbardziej obawiała się startu w „Górskiej Przygodzie”. Może więc następnym razem weźmiemy ją na jakiś maraton. Pytanie tylko kto ją wyhamuje po 42 kilometrze :-)


Zbiegamy i spadamy

Druga część trasy wiodła przede wszystkim w dół, choć było również kilka podbiegów. Nie były to stromizny jak na zbiegu z Babiej, nie było na trasie większych głazów, po prostu piękny beskidzki szlak. Próbowałem więc miejscami pędzić, ile tylko się dało. Mimo błota i liści nawet mi to wychodziło. Co prawda kilkanaście osób mnie wyprzedziło, ale i ja dogoniłem kilku zawodników.

gorska_przygoda_2016_dsc08974(fotografia – Martyna Lazar)

Na ostatnich kilometrach gdy pojawiła się asfaltowa ścieżka, widoki, choć nie tak słoneczne jak w zeszłym roku, sprawiały, że biegłem z uśmiechem na twarzy. Głównie samotnie, bo w moich okolicach stawka biegaczy bardzo się rozciągnęła.

gp3

Ja za to cieszyłem się na zbieganie niesamowicie. To co jest najcudowniejsze w „Górskiej Przygodzie” to właśnie druga, powrotna część trasy. Są tam miejsca, w których po prostu można gnać wykorzystując siłę grawitacji – przy mojej masie mało kto miał szansę mnie wyprzedzić podczas lotu prawie swobodnego.

Do tego ja kocham po prostu trasy crossowe z kałużami, błotem, przełomami. Nogi wybijają opętany taniec, podświadomie trzeba wybierać miejsca odbicia, wykorzystywać ściany wąwozów albo po prostu przeć środkiem błotka. W pewnym momencie, przy dość sporym nachyleniu, poczułem, że ja i błoto stanowimy całość. I że razem zjeżdżamy ruchem jednostajnie zdecydowanie przyspieszonym w kierunku przewróconego drzewa. Łupnąłem z impetem godnym fanki Justina Biebera prącej po autograf. W locie wyprzedziłem chyba z 5 osób, które słysząc mój radosny krzyk, przytomnie odskoczyły na boki. Drzewo było moje! I pozycja lidera w tej grupie również.

fot. Michał Duda

(fotografia – Michał Duda)

Tyle tylko, że 2 km dalej Edyta i tak mnie dorwała, strzeliła sobie „selfie” i pognała dalej. Chwilkę porozmawialiśmy, ale to była mała chwilka.

Na ostatnich kilometrach towarzyszył mi Radek. Był szybszy więc na samym końcu pognał niczym chart do mety. Jego też nie było mi dane dogonić…


Meta!

Gdy dobiegałem do mety żałowałem, że to już. Wyjątkowo dużo frajdy miałem z poruszania się w dół. Z daleka było słychać głos komentatora, wystarczyło jeszcze pokonać kilka schodków, potem przede mną był ostatni zakręt i krótka prosta do mety. Zbieganie w tym roku też poszło mi dużo lepiej niż w pierwszym starcie, na mecie zameldowałem się na 151 miejscu, z czasem 1:46:29. Był to wynik o równiutkie 8 minut lepszy niż zeszłoroczny.

Tak na marginesie, gdy zobaczyłem w oficjalnym zestawieniu, na którym miejscu przybiegłem, długo śmiałem się w głos. A to dlatego, że w moich dwóch poprzednich krajowych startach czyli na II Rudzkim Półmaratonie Industrialnym oraz Silesia Półmaratonie, również przybiegałem na 151 miejscu. Jakaś magia prawda ? :-)

Wiślański bieg ma jeden fatalny moment. Gdy sobie człowiek uzmysławia, że już za kilometr czy dwa bieg się skończy. Gna się z górki i narasta świadomość, że jeszcze tylko kilka zakrętów i będzie koniec. Na jednym z wzniesień już słychać metę. Później szaleńcza galopada w dół i bardzo sławne schodki.

fot. Edyta Połomska

fot. Edyta Połomska

Na których w tym roku bym prawie zęby stracił, ledwo wyhamowałem. Chwilę później przebiegłem linię mety, łapiąc oddech dopiero za punktami pomiarowymi.

Rok temu minąłem linię mety z czasem 2:02:40. Po drodze rozmawiałem, fotografowałem, zachwycałem się krajobrazem. W tym roku postawiłem na czas i udało mi się przybiec z wynikiem 1:56:42. A więc niecałe 6 minut szybciej. Zdziwiło mnie, że wcale nie poprawiałem czasów na poszczególnych kilometrach podczas zbiegania, ale podczas podejść. Czyli to ten element biegania/podchodzenia jest moją najsłabszą stroną. Ale obiektywnie patrząc, to właśnie w tym rzecz, że choć gnałem ile się udało (średnie tętno z całej trasy to 171!) to przychylam się do zdania tych, którzy mówią, że warto jednak mieć czas na zachwyty pięknem górskiego biegania. Bo było „w dechę”!

Nie mogło oczywiście zabraknąć pamiątkowej fotki za metą, na której czekała na nas, towarzysząca nam w wyjeździe na bieg Natalia.

20161112_131029


A „nordiki” oszukują!

Nie sposób jeszcze nie poruszyć jednej sprawy. Nielegalnego podbiegania przez niektórych „nordikowców”. Podczas ostrego zbiegania na ostatnich kilometrach wyprzedzałem kilka osób startujących w kategorii NW czyli nordic walking. Dwoje z nich na ostrych spadkach zbiegało – co jest niedozwolone i po prostu nieuczciwe. Żal mi się zrobiło pewnego pana w sile wieku, który z górki wytrwale szedł, ale powoli doganiała go pewna pani, która kijki zabrała pod pachę i biegła. Ja wiem, że to nie była walka o medale. Ale to po prostu nieuczciwe wobec tych, którzy całą trasę pokonywali zgodnie z regułami. Nie tylko ja to widziałem, bo temat przewinął się w pobiegowych komentarzach.

Co ciekawe, na początku biegu skojarzyłem kilku biegaczy, którzy biegli z kijkami – ale to byli biegacze – a kijków używali podczas ostrych podejść. Pewno i tacy byli rok temu, których niesłusznie podejrzewałem o podbieganie. Ale przy zbieganiu już moich podejrzeń byłem pewien. Na marginesie pisząc – bywa, że z „kijkarzami” się zamieni kilka słów podczas podejść (podczas których nas najzwyczajniej „kasują” jeśli nie mamy dość sił na podbieganie). Ponoć w Górskiej Przygodzie w tym roku startowali w kategorii NW medaliści mistrzostw Polski, co dobrze świadczy o randze imprezy.


Podziękowania

Wielkie podziękowania należą się organizatorom za przygotowanie biegu, po raz kolejny, w perfekcyjny sposób. „Górska Przygoda” to bieg wyjątkowy, który pozwala zasmakować biegania w górach. Rok temu to była niewielka i miła przygoda, w tym roku góry pokazały swoje bardziej zimowe oblicze. Ale jest to bieg o idealnym dystansie i przewyższeniu, które nie stanowią wielkiego wyzwania dla biegacza. Poziom zmęczenia, w moim przypadku, był porównywalny ze startem w półmaratonie.

Z całych sił dziękuję też fotografce i fotografom, którzy nie bacząc na zawiewający śnieg i mroźny wiatr, dzielnie strzelali fotki z przeróżnych, bardzo sprytnie dobranych, miejscówek. Rezultaty ich ciężkiej pracy można podziwiać na fanpage „Górskiej Przygody”. Jest to klasa światowa, część ujęć po prostu zniewala. Mało tego, można te zdjęcia, w dużej rozdzielczości, otrzymać mailem – wystarczy poprosić.

Bardzo serdecznie dziękuję też wszystkim, którzy wspomnieli podczas rozmów relację sprzed roku. Po przekroczeniu linii mety, gdy wybrzmiało moje nazwisko czytane przez spikera, usłyszałem pierwsze podziękowanie, za dobrą relację.

Chwilę później, gdy stałem w kolejce po medale, usłyszałem największą pochwałę. Że to właśnie relacja była na tyle przekonująca, że zachęciła do startu w „Górskiej Przygodzie”. Ja się pod tym podpisuję dwoma rękami. Nie byłoby dobrej relacji bez filmu Tomka. I bardzo się cieszę, że teraz piszemy relacje razem, bo każdy tekst wydaje mi się pełniejszy i przedstawiający bieg w sposób o wiele bardziej dojrzały. To co,  z kim zobaczymy się na linii startu za rok?

Ja oczywiście dołączam się do podziękowań. Dodam też, że te zawody nie tylko sprawiają mi wielką frajdę, ale również nastawiają pozytywnie do myślenia o prawdziwych biegach ultra. Gdy tylko poczuję, że zbieganie wychodzi mi w miarę dobrze obiorę sobie za cel któryś z dystansów ponadmaratońskich w górach. Zaczynam odkrywać, że już czas by się z tym zmierzyć.


 

 

9 Comments

  1. Niby gorsze warunki, niby tylko zabawa, a wyniki dużo lepsze. W zasadzie każdy Wasz bieg=kolejna życiówka. Idziecie obaj jak burza. Gratuluję. :-)
    Ps. Będzie filmik? :-)

    • mgr inż. Anioł

      Dzięki :) filmiku niestety nie będzie… uznałem, że filmowanie dwa razy tego samego biegu nie będzie ciekawe. Może to błąd bo była zima. Ale z kolejnego biegu górskiego znów będzie :)

  2. Gratulacje Wam (Dla Sylwka także) za bieg Panowie :)
    Faktycznie fajne warunki i jakże inne po Wenecji mieliście :)
    Mam pytanie do Tomka – jak ocenia swoje buty – bo widzę Speedcrossy Salomona? Dały radę na biegu?

    pozdrowienia :)

    • Dzięki :) No z Wenecją to zdecydowanie inna bajka. Ale jeszcze pociągnę temat butów i takiej ciekawostki, ja biegłem w Asicsach Tambora 5, które bardzo fajnie się sprawdzają w trudniejszym terenie – ale uwaga – nie na błocie. Już kilka razy doświadczyłem „bocznych uślizgów” – taki jest układ bieżnika, niestety. Tzn. jeśli odbijam się do przodu – jest OK. Ale jeśli jest skośnie lub dużo błota, to może noga uciec w bok… Za to gdy pikowałem w dół, zjeżdżając, to czułem jak bieżnik robi wszystko, żeby mnie zatrzymać, ale jest zbyt płytki, żeby ostatecznie złapać przyczepność…

      • Pawle,
        temat butów to ciągnij :)
        Właśnie te buty – Tambora 5 – to nie są buty na śnieg i błoto. Za niski i inaczej rozłożony bieżnik. Zresztą sam piszesz, że jest zbyt płytki. pozdrawiam

        • To na co ten bieżnik jest? Do biegania po kamieniach, ok – podeszwa jest twarda. Lekki teren i lekkie błoto jest OK. Na śniegu to jeszcze nie wiem. Błoto głębsze i to bardziej śliskie też nie :)

    • mgr inż. Anioł

      Dzięki :) co do butów to powiem Ci, że biegłem w nich 3ci raz zawody w górach, no i biegam w nich czasem po lesie. Ich plus to że dobrze trzymają na błocie, nie ślizga mi się noga. Widzialem przede mną ludzi podeszwach z płaskim bieżnikiem – mieli dużo gorzej. Więc na podbiegi w góry super. Poza tym są mocniej zabudowane i solidniejsze, wiec jakieś kamienie czy skałki nie robią na nich wrażenia. Minusem jest to, że są cięższe i mnie komforotwe niż moje Mizuno Wave 19, NewBalance 1080 czy Brooksy Ghost. Więc po lesie to używam ich już tylko gdy jest naprawdę błoto. W niedzielę biegniemy półmaraton leśny i jeśli będzie sucho jak teraz to biorę zwykłe szosówki, zrobię w nich po prostu lepszy czas.

      • Tomku,
        akurat, w przeciwieństwie do Pawła Tamborów, to Twoje speedcrossy się sprawdzają w warunkach błotnych :) Co do ciężkości i komfortu to porównuj je z innymi terenowymi, a nie ze stricte asfaltówkami, które wymieniasz ;)
        No i trzeba wskazać, że dzięki dość masywnej konstrukcji masz ochronę przed kamieniami itp., którą przywołujesz.
        Co do lasu i szosówek (vel asfaltówek jak je nazywam ;) to dopóki nie ma tam ton błota to spokojnie szosówki. Zresztą w góry często biegam w swoich szosówkach, moje terenowe Mizuno naprawdę rzadko używam :D

        • mgr inż. Anioł

          Wszystko święta prawda, tylko z innymi terenówkami porównać nie mogę bo nigdy w innych nie biegałem. Patrząc na to ile biegam w górach to te speedcrossy jeszcze długo pociągną :)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén