II Rudzki Półmaraton Industrialny – relacja


II Rudzki Półmaraton Industrialny pojawił się w naszym kalendarzu startowym za sprawą Tomka. Choć nie pamiętam, jakie było uzasadnienie naszych zapisów, bo z takim ubiegłorocznym wyborem Bytomia jako miejsca startu, temat był prosty:

bo Bytom jest na B!

Tu pewno kwestia nocnej atmosfery i domniemanej niższej temperatury zrobiła swoje. I patriotyzm lokalny, jesteśmy Ślązakami, „industrialny” – czyli coś dla nas.
Ta relacja jest rozpisana znowu „na dwa głosy”. Ten zdecydowanie bardziej z przodu stawki (Tomasza) oraz mój. Jakby lekko z głębi i oddali. Bardziej zdyszany.

Dlaczego Ruda Śląska? Już rok temu, miałem ten bieg w swoim kalendarzu. O dobrą „połówkę” w trakcie wakacji wcale nie jest łatwo. Do tego wieczorowa pora, niedaleko, a organizacja przez Augustyna Jakubika gwarantuje wysoki poziom. W tym roku mocno zmieniono trasę w porównaniu z edycją ubiegłoroczną. W mojej ocenie trasa lepsza w tym roku, choć nadal wymagająca.


Wątpliwości

Im bardziej zbliżał się termin startu, tym więcej miałem wątpliwości startowych. Bo z jednej strony trenowałem intensywnie, z drugiej – przed samym startem miałem 11 dni urlopu, podczas których biegałem incydentalnie, nie wg ułożonego planu. Z trzeciej – sześć tygodni wcześniej startowałem w Rybniku w Półmaratonie Księżycowym i tam dotarłem na metę z czasem 1:51:06. Tam też były trzy okrążenia po 7km. Tam jeszcze jakoś mi się biegło przez dwa okrążenia, a trzecie mnie zatrzymało. I wciąż miałem tę sytuację przed oczyma. Jak miało być teraz?

Paweł porównywał bieg do rybnickiego, ja z kolei miałem w pamięci start ubiegłoroczny w tym samym miejscu. Bardzo się cieszyłem na te zawody, gdyż od startu w Rybniku zdążyłem zgłodnieć jeśli chodzi o współzawodnictwo i adrenalinę towarzyszącą tego rodzaju wydarzeniu.

Przed startem…

… prawie zaspałem. Przygotowałem sobie wyposażenie przed małą popołudniową drzemką. Drzemka sobie mile mijała, ja byłem pogrążony w półśnie delektując się odpoczynkiem i domowymi odgłosami a tu mnie olśniło, że czas wstawać i gnać na spotkanie z Tomkiem! I niby byłem spakowany i przygotowany, ale zapomniałem słuchawek. I tak dobrze że nie zapomniałem butów albo spodenek biegowych.

Do biura zawodów dojechaliśmy statecznie i w trybie ECOdrivingu, czasu było sporo. Do biura trafiliśmy bezproblemowo, bo Tomek jest już rudzkim weteranem startowym, pamiętał lokalizację biura sprzed roku. W dużej hali przywitał nas poniższy „witacz”, więc bez problemu odnaleźliśmy nasze numery startowe.

Witacz

Po odwróceniu się można było znaleźć swój numer startowy:

listaNie było kolejek do odbioru pakietów. Ot sielanka.

pustoCo w pakiecie? Kubek Węglokoksu (sponsora biegu), energizer marki Tiger, zestaw makulatury, chip do przymocowania do sznurówek oraz numer startowy. I fajna koszulka, w której wystartowało naprawdę wielu biegaczy. Piszę „makulatury” ale w zestawie materiałów były ciekawe informatory – jeden dotyczący wszystkiego co dla startujących istotne, drugi – ściąga z zabytków industrialnych, które znajdowały się przy trasie. Warto też przypomnieć, że utworzone Wydarzenie na Facebooku, jak i sama strona internetowa półmaratonu zawierały wszystkie niezbędne do startu informacje i z mojego punktu widzenia (bardzo złośliwego zazwyczaj), były prowadzone wzorcowo. Brawo!

W międzyczasie już byliśmy w kontakcie z Markiem – blogerem z bloga Droga do Tokio, który odebrał pakiet i zauczestniczył w imprezie odbywającej się na niedalekim rynku.

Ruszyliśmy niespiesznie w kierunku muzyki, sprytnie przesmyknęliśmy się uliczkami przy garażach, kierując się na okazały kościół św. Pawła Apostoła,

Kosciol1weszliśmy miękko w ostatni zakręt i naszym oczom ukazał się rynek. Takiego jeszcze rynku nie widziałem. Z jednej strony wspomniany kościół, którego wieża ma 64m wysokości,

Tomasz1z boku urząd miasta, trzecia strona rynku to kamieniczki, przysłonięte rzędem toi-toiów,

WCa naprzeciw kościoła, za ulicą znajdował się olbrzymi blok mieszkalny – taka rudzka „superjednostka”. Ta katowicka była zwana „mrówkowcem”.

Scena

Na samym rynku właśnie przygotowywano start „biegu w szpilkach”.

szpilkiSzukano chętnych, na wszelki wypadek chyłkiem, po angielsku, wraz z Tomkiem opuściliśmy okolicę; wyraźnie publice brakowało rozrywki, nie chcieliśmy przypadkowo – „na ochotnika” zostać włączeni w tak karkołomną konkurencję. Na usprawiedliwienie dodam, że akurat zapomniałem w pośpiechu startowym wydepilować nóg.

Czas oczekiwania na start minął szybko. Jeszcze na parkingu zagadnął nas przyjezdny biegacz, który pytał o bieganie w nocy – to miał być jego pierwszy nocny start. Rudę Śląską wybrał jako sprawdzian formy przed startem we Wrocławiu. Ta historia będzie miała dalszy ciąg po biegu…

Podczas rozgrzewki na rynku spotkaliśmy Marka i Seweryna, z tym drugim mamy fajną fotkę przedstartową (ach to moje przerażenie w oczach).

Trio

Paweł napisał wszystko, nic dodać nic ująć. Może tylko wspomnę, że mnie rudzka świątynia nieustanie kojarzy mi się wyglądem z meczetem. Te kopuły są jakieś takie mało katolickie :-)


Nasza strategia na bieg

Postanowiłem pobiec pierwsze okrążenie zachowawczo. Swoim tempem. Nie korzystając z pomocy obecnych pacemakerów. Głównie dlatego, że pacemaker biegł na 1:50, aby zaatakować moją życiówkę, musiałbym mu się „urwać” kilka kilometrów przed metą, żeby wypracować ponad 30 sekund przewagi. Ostatnie kilometry to podbieg – a więc realny taki atak zbyt nie był. Pozostawało też pytanie w jaki sposób pacemaker zamierzał prowadzić grupę – równym czy dopasowanym do profilu trasy tempem.

Logicznym było oszczędne zbieganie i wytrwałe podbieganie – bez rozwijania szczególnych prędkości czy forsowania się. Chciałem pilnować tempa 5:10 min/km, jeśli je utrzymam, będę na mecie w okolicach 1:49:00 i rekord będzie mój. Obawiałem się najbardziej trzeciego kółka. Wciąż pamiętałem jak trudno było w Rybniku walczyć na trzecim okrążeniu. Ale z drugiej strony, tu panowały świetne warunki do biegania – rześkie powietrze, 16’C – nic tylko biegać.

Ja z kolei poprzedni start w Rudzie zakończyłem wynikiem 1:43:44, w tym roku celem było pobiec 3 – 4 minuty szybciej. Może niezbyt ambitny plan, ale w trakcie dość intensywnych przygotowań do weneckiego maratonu, nie mogłem oczekiwać rekordów w starcie, który jest jedynie elementem treningu.

Postanowiłem, że pierwsze kółko pobiegnę tempem około 4:50 min/km, a potem zobaczymy jak będzie. Chciałem też pilnować tętna, żeby nie przekraczało 160 ud/min.

Każda z pętli biegu prezentowała się na mapie następująco:

ruda_mapa


Start

Wystartowaliśmy „przedplanowo” a więc o godzinie 21:13 a nie 21:15. Jeśli ktoś jeszcze spędzał czas w Toi-Toiu to po wyjściu musiał nieźle się zdziwić widząc pusty rynek. Co prawda czas liczy się brutto a nie od momentu strzału startera, ale przyspieszony start był ciekawostką. Jak to zwykle w półmaratonach bywa, wszyscy wystartowali w tempie jak do biegu na 10km. Po kilkuset metrach, po ustaleniu się stawki najszybszych biegaczy nadal byłem wyprzedzany przez … zadyszanych biegaczy. Jaki to sens zaczynać tak mocno, przy półmaratonie?

Ustawiliśmy się w pierwszej ćwiartce startujących. Uczestników było około sześciuset, więc rozpoczęcie biegu było komfortowe. Bez przepychania się.  Jedynie ustawione na środku jezdni pachołki, rozdzielające pas dla biegaczy od tego dla samochodów, sprawiały, że kilkakrotnie na początku biegu wykonywałem figurę jak przy biegu przez płotki. No, może z nieco mniejszą gracją niż będą to czynić płotkarze w Rio :-) ale oni nie biegają po ciemku, są więc mniej zaskoczeni !

Pierwsze okrążenie

To okrążenie pobiegłem bardzo „czujnie”. Nie chciałem zbytnio się podczas zbiegania rozpędzać, pamiętałem, że będę potrzebował sił na drugą część okrążenia – podbiegi. Na całe szczęście, w przeciwieństwie do Rybnika, na tej trasie były wyraźnie rozgraniczone zbiegi i podbiegi – wszystko bardzo konkretnie ustalone. Pędzimy w dół – to tak poniżej 4:30, wspinamy się, no to wyraźnie prędkość spadała – powyżej 5:30min/km. Około drugiego kilometra dogoniliśmy pierwsze panie startujące w Nordic Walking – które startowały kwadrans (no dobrze, 13 minut) przed nami. Było to zastanawiające, 2km do pokonania w 26 minut, to czas spokojnego marszu – a to były zawody. My je pokonaliśmy w około 10 minut, jeśli dobrze liczę, panie miały 10 minut (nasz bieg) plus 13 minut forówna pokonanie tego dystansu. 1-7

Około czwartego kilometra wyprzedziłem Alka, który niezmordowany pędził na swoim wózku – szacun Chłopie, po prostu szacun!

Natomiast na piątym kilometrze, na jednym ze skrzyżowań stał… tak, kilkukrotnie musiałem mrugać, zarówno na tym okrążeniu, jak i na kolejnych. Stał posągowy policjant. Wyglądał tak wzorcowo i tak bardzo był nieruchomy, że przez dłuższą chwilę miałem wrażenie, że to … figura, nie policjant. Przy niektórych szkołach stawia się takie sylwetki, na ich widok kierowcy zdejmują nogę z gazu. Ja też zwolniłem. Z wrażenia. Na kolejnych okrążeniach podobnie – choć tam już wiedziałem, że to żywa istota – rozmawiała ze znajomymi.

Po zakończeniu pierwszego kółka, rzut oka na średnie tempo – 5:08 a więc „jadę idealnie”. Tyle tylko, że przecież zbiegać mogę szybciej. Trasa bardzo ciekawa, nocna Ruda Śląska rozświetlona była reklamami i podświetlonymi bannerami. Z przyjemnością chłonąłem atmosferę i nocne widoki. Uwielbiam nocne bieganie po dużych miastach, ma to swój klimat. Niektóre z ulic miały wydzielony tylko jeden pas dla biegaczy, niektóre były w pełni przekazane nam do użytku. Biegło się świetnie. Postanowiłem przyspieszyć zbieganie podczas drugiego okrążenia.

Pierwsze kółko pozwoliło nam już zapoznać się z podbiegami na trasie. A było tego trochę. Pierwsza część pętli prowadziła w dół, a w drugiej królowały podbiegi. Oto jak wyglądał profil trasy :

ruda_profil

Biegłem spokojnie, chyba nawet za spokojnie. Jak okazało się później pierwsze kółko było moim najwolniejszym w tym biegu (wg mojego zegarka przebiegłem je w 34:39) z tętnem średnim 153. Na mecie tego okrążenia zezłościłem się na siebie. No bo czemu biegnę sobie jak na wczasach ? Postanowiłem, że czas się zmęczyć :-)

Drugie okrążenie

Skoro szybciej, to proszę bardzo – przygotowałem się na agresywniejsze zbieganie. Bez ekstremum i nie przyspieszając podbiegów. Po drodze zjadłem żel energetyczny i popiłem kilkoma łykami wody. Miałem swój zapas wody i choć dwa razy porwałem kubki z wodą z rąk wolontariuszy – to nie chciało mi się bardzo pić. Namoczyłem sobie buffa na ręku – to jest moja „tajna broń” gdy czuję, że od nadmiaru ciepła tonę w pocie. Ze zdziwieniem zarejestrowałem, że jedna z biegnących w podobnym do mojego tempie biegaczek miała włączoną… latarkę. A było jasno, nie było ani jednego „wątpliwego” niedoświetlonego odcinka biegu.

Pisałem, że nie dołączyłem do pacemakera na 1:50 – za to przez pewien czas trzymałem tempo DAMIANO z Night Runners Gliwice. Który chyba znał większość startujących biegaczy – rozmowom nie było końca. Trzymał bardzo równe tempo, może czasem podczas zbiegów wyprzedzałem go, a on znowu na podbiegach był ode mnie szybszy. I ostatecznie na mecie też – ale nie uprzedzajmy rozwoju wypadków.

8-14

Zbiegać dałem radę szybciej niż w pierwszym okrążeniu, podbiegi były męczące ale jeszcze dawałem radę je pokonywać bez większych trudności. To niewiarygodne, ale drugie okrążenie udało mi się skończyć szybciej niż pierwsze średnie tempo – 5:05min/km.

Ja również zacząłem wydłużać krok na zbiegach, metr po metrze wyprzedzałem biegaczy. Serducho wreszcie miało co robić. Zrobiło się też nieco chłodniej, powiewał wiaterek i generalnie było idealnie by dać z siebie wszystko. Na podbiegach było oczywiście trochę trudniej. Nie odpuszczałem jednak. Poniższa fotka obrazuje tę walkę z własną słabością. Głowa w dół jak koń i zap…lamy :-)

13987477_1254527247914834_2941505020385174728_o

Efekt było widać na końcu tego okrążenia. Skończyłem go w 32:54 i pojawiła się szansa by powalczyć jeszcze o 1:40:00 na końcu biegu. Humor zatem miałem dużo lepszy niż pół godziny wcześniej.

Trzecie okrążenie

Trzecie okrążenie zacząłem niczym lisek chytrusek. Miałem siły, byłem „w czasie”, nawet z lekkim zapasem. Pozostało mi utrzymanie tej „przewagi” nad założeniami. Nie kalkulując więcej zbytnio dałem gazu na drugim i trzecim kilometrze pętli: 4:42 i 4:40 – takiej prędkości pod koniec półmaratonu to jeszcze w swoich startach nie miałem! Oddychałem swobodnie, nogi mnie niosły, czekałem co się będzie działo podczas podbiegu. I faktycznie, tu jednak okazało się, że byłem mocno zmęczony – czasy 5:28 oraz 5:26 dobitnie ukazują jak bardzo kilometry dały mi w kość ale… per saldo wciąż biegłem szybko!

15-21Ostatni raz mijałem znajome już reklamy i rozświetlone neony. Przybijałem „piątki” dopingującym dzieciakom. Ostatni raz machałem do rozdopingowanego towarzystwa obok salonu Opla. Ich doping było widać i słychać z bardzo daleka – robili to profesjonalnie i z olbrzymim entuzjazmem. Dziękuję!

Trzecie okrążenie zacząłem jak drugie. Biegłem ile tylko się dało. Kibice koło Opla i mnie ponieśli :-) To był taki moment, że przede mną ani za mną nie był nikogo w odległości jakichś 100 m. Gdy sobie uświadomiłem, że cały ten doping dla mnie, to poniosło tak, że mój zegarek pokazał tempo 3’20” ! Oczywiście było tak trochę w dół :-)

Jeszcze 4 km przed metą miałem czas na rekord życiowy. Później jednak zaczęły się podbiegi.

Finisz

Ostatnie dwa zakręty i nogi same poniosły mnie na finisz. Zza linii mety błyskały flesze, przekroczyłem linię końcową (tempo 4:31!) i po wyhamowaniu odebrałem medal z ręki młodziutkiego wolontariusza oraz butelkę wody. Zatrzymałem zegarek – jest rekord! Pytanie tylko jaki… Odwiązałem i zdałem chip i trafiłem na uśmiechniętego Tomka pytającego o mój wynik… Pozostało oczekiwać na sms z ostatecznym werdyktem jury.

Finiszowałem wespół z Panem Adamem (tak do niego wołali kibicujący mieszkańcy Rudy Śląskiej). Bardzo mi to pomogło, ostatnie 1,5 km wyprzedzaliśmy się nawzajem. I choć wiedziałem już, że życiówki nie zrobię, to celem stało się zwycięstwo w tym pojedynku. Doprowadziło do nas do pasjonującej końcówki na ostatnich metrach, którą wygrałem o pół kroku. Podziękowania za walkę za metą były bezcenne :-)

Ostatnie okrążenie zajęło mi 33:22. Na mecie czułem się świetnie i żałowałem, że to już koniec. Wysiłku, emocji, tego pięknego choć chłodnego letniego wieczoru.

Jakoś żadnemu z nas nie chciało się zbytnio jeść – choć ten jeden raz Tomek nie był wynudzony oczekiwaniem na mnie na tyle, żeby nabrać chęci na jedzenie. Przeszliśmy obok punktów wydawania posiłku regeneracyjnego. I zagłębiliśmy się w noc, w której jeszcze wciąż przemykały biegaczki i biegacze.

20160806_230655

Powrót

Pełni wrażeń ruszyliśmy w kierunku parkingu. Medale leniwie dyndały nam na piersiach. Szliśmy „pod prąd” a więc chodnikiem, wzdłuż którego finiszowali ostatni uczestnicy biegu. Co chwilę dopingowaliśmy ich zapewniając, że to już ostatnie metry biegu. Ale sami wiedzieliśmy doskonale, jak bardzo irytujący jest dla zmęczonego biegacza widok tych, którzy już zakończyli swoje męczarnie i którzy dumnie z medalami zmierzają do domu.

Na parkingu przebraliśmy się, gdy Tomek zauważył biegacza, który pytał nas przed startem o doświadczenia z nocnego biegu. Okazało się, że na trasie złapała go biegunka – stracił czas na dwukrotną wizytę w toi-toiu. Klął na czym świat stoi – bo przy tym zapomniał zamocować przy bucie chip! Czyli przebiegł cały dystans jako „wolny strzelec”, nie będzie go w żadnych statystykach biegowych. Jak pech, to pech.

Podsumowanie

Już po powrocie do domu otrzymałem sms z dokładnym wynikiem pomiarowym. 1:47:35! 240 miejsce w klasyfikacji OPEN (na 583 sklasyfikowanych), 217M i 75. M3. Czyli mam nowy rekord – poprawiłem ubiegłoroczny rekord o 114 sekund! Na dość męczącej trasie (255m podbiegów).

Negative Split

Dużym zaskoczeniem dla mnie jest też moje tempo od 7. do 18 kilometra. Jeśli wierzyć zapisowi, jest to mój drugi czas na 10km i to wykręcony podczas półmaratonu (a wszystko dzięki dwóm odcinkom ze zbieganiem).

relacja z II Rudzkiego Półmaratonu Industrialnego

Ja z kolei skończyłem bieg z wynikiem 1:40:55. Dało to 151 miejsce OPEN i 43 w kategorii wiekowej. Trochę żałowałem tego pierwszego wolniejszego okrążenia, bo stracona na nim minuta nie pozwoliła pobić życiówki z Żywca i złamać te magiczne dla mnie 1:40:00. Szybko się jednako pocieszyłem, przypominając sobie, że ten bieg to nie był cel. Ten jest za kilkadziesiąt dni w okolicach Placu Św.Marka :-)

Cóż można dodać, organizacja biegu była świetna, wszystko perfekcyjnie grało. I dlatego można się zastanawiać dlaczego było tak relatywnie mało startujących (800 zapisanych osób). Sezon urlopowy? Obawa przed upałem?

Wyniki II Rudzkiego Półmaratonu Industrialnego 2016.

Foldery1


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

13 komentarzy

  1. BasiaK pisze:

    Haha, wiem co czują osoby, które jeszcze biegną i patrzą na tych co już wracają z medalami. :-) Czy irytację? Chyba nie. Ja raczej skupiałam się na tym, że zaraz finisz i ile jeszcze mogę z siebie wycisnąć żeby trochę poprawić czas i nie umrzeć z wysiłku. :-) Ale to był bieg na 10 km, o półmaratonach nie mam zielonego pojęcia. :-) Z ogromną przyjemnością przeczytałam Waszą relację, jak zawsze. :-)

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Ja mam tak, że w tamtym momencie wolę być tym idącym z medalem, niż finiszującym. Ale…. dzień, dwa później tęsknię za atmosferą współzawodnictwa i chętnie bym znów wystartował :-)

  2. Seweryn Czapla pisze:

    Świetna relacja jak zawsze, biegi z Wami zawsze z pozytywnym nastawieniem:). Jako bonus wiem też już gdzie zakończę sezon – żorskie lasy czekają, ale bardziej mnie interesuje rozsławione już afterparty:)

    • Seweryn Czapla pisze:

      Może jakiegoś dzika upolujemy na trasie do tego makaronu :) no i mam nadzieję że poprowadzisz wspólny stretching albo coś podobnego:))

  3. Seweryn Czapla pisze:

    Świetna relacja jak zawsze, biegi z Wami zawsze z pozytywnym nastawieniem:). Jako bonus wiem też już gdzie zakończę sezon – żorskie lasy czekają, ale bardziej mnie interesuje rozsławione już afterparty:)

  4. Fajnie Was czyta!
    Naprawdę fajnie się biegło. Dawno nie czułem takiej radochy po przekroczeniu mety.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.