II Rybnicki Test Coopera – relacja


Dziś, czyli 20 czerwca, wziąłem udział w II Rybnickim Teście Coopera organizowanym przez Rybnicką Grupę Biegową na stadionie MOSiR w Rybniku. Jechałem na test z uśmiechem, wróciłem zadowolony, zmęczony ale też pełen przemyśleń. Swoją drogą to bieganie to totalne wariactwo. Jechać z uśmiechem na imprezę, która męczy boli, dusi i wysysa siły. Dziwne, prawda? Poniżej relacja.


Czym jest test Coopera opisywałem już wielokrotnie – choćby w zapowiedzi testu czy w relacji z I Rybnickiego Testu Coopera.

Krótszego opisu nie wymyślę:

masz 12 minut na bieżni - pokaż na jaki dystans Cię stać. A gdy już przebiegniesz go, to szukaj usprawiedliwień na tej tablicy:
Test Coopera odległości i oceny

Test Coopera – odległości i oceny

Chmura

Gdy dojeżdżałem do Rybnika, na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu. Już z odległości kilku kilometrów widziałem nad którą częścią Rybnika stoi czarna chmura. Po prostu widziałem, że to MOSiR. Przypomniał mi się październik i I Rybnicki Test Coopera. Wtedy też było pochmurno i coś kropiło. Ale wtedy szybko przestało.

Zaparkowałem, narzuciłem kurtkę i pognałem do biura zawodów. Chciałem wystartować w I grupie o godzinie 16.00. W biurze kolejki nie było, szybko podpisałem się, dostałem numer startowy (tym razem z długimi końcówkami do zawiązania na plecach) i miałem kilka chwil dla siebie.

Chmury zapowiadały „opad ciągły uciążliwy” więc poszedłem do auta. Zapiąć pas pulsometru, klucz wrzuciłem do etui przy sznurowadłach. Przywiązałem numer startowy. Dwa wziewy z inhalatora – astma, to astma. Czas na rozgrzewkę. Zostało 10 minut do startu, wolno truchtałem po bieżni kontemplując okoliczności przyrody.

Przy starcie namiot organizatorów, tam dystrybutory z napojami, poczęstunek, z boku ustawione stanowisko do pomiarów parametrów ciała przez panią dietetyk. Wszyscy zaklinają deszcz, żeby już sobie poszedł.

start

Organizatorzy zmagali się z żywiołem, starając się upchnąć wodę z pierwszej fali deszczu za pomocą mioteł, do systemu odwadniającego. Wyglądało to wszystko obiecująco.

Sprzatanie

Niestety małe krople deszczu zmieniły się w większe. Dołączyłem do ekipy pod namiotem. Padało nadal i to coraz intensywniej. W ramach rozgrzewki przebiegłem tylko 400m…

W czasie deszczu dzieci się nudzą… ale nie tym razem. Jeśli dziecko wyposaży się w kaptur, czapkę, parasol i gumowce, to dziecko się nie nudzi. Może tak biegać do upadłego i to podejrzewam, że do upadłego rodzica.

Dzieci

Deszcz zmienił się w grad a ulewa w potop szwedzki. Wyglądało na to, że impreza będzie zdecydowanie bardziej pływacka niż biegowa. Nasuwały się porównania z meczem przy rozsuniętym dachu na naszym Stadionie Narodowym.

leje

Ale już po dwudziestu minutach niepewnie, bo niepewnie, ale zza chmur wynurzyło się słońce. Chmurka widać nie wytrzymała nerwowo i odjechała przeszkadzać innym.

O dziwo – odprowadzenia wody zdały egzamin, bo woda powoli znikała. Co nie znaczy, że bieżnia nie była mokra, ale nie było już jeziora. Może zestaw kałuż podróżnych tak, ale nie jezioro.

no i po

To co, startujemy?

Moje założenia były proste. W zeszłym roku wywalczyłem 2,5km. W tym chciałem więcej – a co gdyby przebiec 2,8 km? Dzień wcześniej wszystko policzyłem. Wyszło mi, że dopóki 1 okrążenie (400m) będę biegł poniżej 100 sekund (1min40sek) to będzie prawdopodobne. Jeśli nie… A wszystko przez to, że sam nie wiem jakim cudem ostatnio wykręciłem te 2,5km. Będąc nowicjuszem. Te 2,5km przekładało się na tempo 4:45min/km. Na pulsometrze nastawiłem „autolap”  na 0,4km – miałem podgląd na czas każdego okrążenia. Teraz musiałem być szybszy. Pewno się domyślacie że teoria to jedno a praktyka to drugie. Właściwie po prostu nie użyłem rozumu przed startem. Skoro przez pół roku biegania tylko RAZ wyrównałem te 2,5km w 12 minut, to znaczyło, że o 2,8km to mogłem sobie pomarzyć.

Na linii startu czekałem, po prostu czekałem i wiedziałem, że ktoś zada to sakramentalne pytanie (rok temu też padło!).

-Jaka strategia?

-pierwszy kilometr spokojnie, potem do odcięcia.

Strategia okazała się prorocza… Ale nie uprzedzajmy biegu (!) wypadków. Chwila dla prowadzącego… Kwestie organizacyjne. Odliczanie i start!

Start1

No to pobiegliśmy. Każdy start jest miły, łatwy i przyjemny. Pytanie było, kiedy zacznie boleć. Niestety nastąpiło to szybko. Dużo szybciej niż mi się wydawało.

start3

Po starcie – jakieś 200m –  mocno zwolniłem widząc na wyświetlaczu tempo ok. 4 min/km. Zbyt szybko! Trochę zwolniłem ale żeby realizować założenia czasowe musiałem jednak być w okolicach 4:30min/km. Niestety po drugim okrążeniu (800m) zacząłem mieć bardzo dziwne wrażenie że zamykam i to nie peleton. Całą grupę! Do tego po drugim okrążeniu coraz trudniej łapałem powietrze. Astma? A może po prostu to nie mój „zakres roboczy”. Podczas biegu Fiata w Bielsku trzymałem tempo 5:00 min/km przez 10km ale tu zejście poniżej 4:45 kosztowało mnie zbyt dużo…

Starałem się zwolnić i odzyskać oddech. Z tym pierwszym – bez problemu. Z oddechem – amen. Bardzo powoli mijały kolejne okrążenia w pewnej chwili usłyszałem świst i gwizd, to najszybsi mnie dublowali. A tu spiker mówi: 2 minuty do końca – rety, jak fajnie! Za 2 minuty już w końcu umrę i ktoś mnie zakopie… Choć co to za różnica tu, w tym miejscu bieżni, czy za 2 minuty… (ot, taka robocza definicja czasoprzestrzeni).

Niezmordowana ekipa Rybnickiej Grupy Biegowej nawet podczas biegu starała się wygonić kałuże  z bieżni na murawę, dopingowali też i komentowali wyczyny startujących. Bardzo (kwa, kwa) krzepiące było: „widać już metę”!

RGBOstatnie dwie minuty to tradycyjna męka – ale po prześlizgnięciu się przez ucho igielne (szóste minięcie „mety”) wiedziałem, że trochę swój rekord poprawię. 10…9… widzę „pachołek”, który oznacza 2,6km 8…7….. 1… STOP! Pachołek mój, plus kilka kroków, które wyrwałem w ostatnich sekundach.

Umieram, dyszę, rzężę – zatrzymuję stoper, 2,61km! A jednak coś lepiej… Rzut oka wokół – sędziowie błyskawicznie spisują odległości. Oczywiście (tradycja!) przy mnie mają wątpliwości. Ostatecznie, to mój GPS miał rację, ważne, że o 100m poprawiłem rekord. Ważne, że jest postęp…

Spełnia się powoli stwierdzenie mojego brata, że dopiero za jakieś 2-3 kategorie wiekowe mogę być gdzieś w czołówce biegów. W tym wypadku, na dziś, dalej jestem w strefie „jest dobrze”, ale pod koniec roku (a właściwie rocznikowo do tematu podchodząc) „jest bardzo dobrze, trzymaj formę”.  Śmieszne, prawda?

Rzut oka na pulsometr – fiu fiu, tętno wyjątkowo powoli wraca do zwykłego poziomu. Dobiłem do 99% wyliczonego HRMax wg starego wzoru (220-wiek denata, przepraszam, delikwenta).

Wykres

A jak mi poszły poszczególne okrążenia? Jak widać, po drugim okrążeniu to było ratowanie życia nie realizacja planu…

Tempo

Wycieczka na drugą stronę bieżni, izotonik i powrót do świata żywych.

Tak wyglądało moje zmaganie się z opornym powietrzem. Nie ma się czym chwalić ale… Czuję się dumny. Bo wytrzymałem do końca, a po drugim okrążeniu natrętna myśl drążyła umysł: daj sobie spokój… zwolnij… niczego nie musisz nikomu udowadniać… 

A potem poszło już szybko. Po przybyciu na metę drugiej grupy, szybkie losowanie nagród dla pierwszych dwóch grup. Śliczna losująca „sierotka” w koszulce RGB… (oczywiście kto niczego nie wylosował, no kto?)

SierotkaPodziękowania dla organizatorów, odbiór dyplomu i zwrot numeru startowego. I koniec!


Odrębnie opiszę – pewno jutro – wesołą historię związaną z badaniem, któremu się poddałem za pomocą maszynerii pani dietetyczki. Uchylę rąbka tajemnicy – możecie do mnie mówić „grubasie” – ale to dopiero jutro, ok?


Podsumowanie

Wyniki

Impreza na medal – choć rozdawali tylko dyplomy ;) Warto było opuścić kanapę, jechać te kilkanaście kilometrów, żeby pobiegać 12 minut. Wariactwo nie? Po co mi to było?

Ano dla własnej satysfakcji. Po to, żebym miał jakieś w miarę obiektywne porównanie swojej formy z października. Czy test Coopera jest wiarygodny? Nie wiem. Na pewno dokładnie mierzy metry, które się przebiegnie w 12 minut. Na pewno informuje też o tempie maksymalnym, którą da się utrzymać w dłuższym czasie. No i wytrzymałości.

Ja wiem, że dałem z siebie wszystko. Dokładnie wszystko mnie boli. I dobrze wiem, nad czym muszę dalej pracować, żeby rozwijać się.

Organizacja. Jak zwykle bardzo dobra. Rejestracja OK, dyplomy. Nagrody. Nagłośnienie. Poczęstunek. U mnie natomiast trafiły się problemy z obliczeniem przebiegniętego dystansu – sędziowie trochę się pogubili. Może zamiast stawiania „pachołków” ustawić z boku tabliczki 50/100/150/200/250/300/350m?  Pachołków naliczyłem 5 – jak to się ma do 400m okrążenia? No nieważne, ja i tak mam „swój” wynik z GPS.

Termin. Tu chyba największy znak zapytania, dlaczego test był organizowany akurat 20 czerwca – w środku sezonu biegowego. Ale tu by trzeba znać „grupę docelową”. W zeszłym roku wystartowało 86 uczestników, w tym roku mogła być podobna frekwencja (albo niższa z racji pogody). W okolicy odbywały się inne, konkurencyjne biegi, w samym Rybniku również zazębiło się kilka imprez (ale nie biegowych), do tego „dni okolicznych miast”, koncerty itp. Tyle tylko, że za tydzień wakacje a wcześniej też co weekend, to ciekawe wydarzenia. A może bieg był obliczony na jakość uczestników a nie masowość?

Na koniec wesoły akcent. Jeżeli myślicie, że da się napisać szybko relację w środku nocy, to spieszę donieść, że nie da się. Z reguły piszę w nocy, bo wtedy jest cisza i spokój. Niestety, niby rodzina śpi, niby sąsiedzi też ale nie najmłodsza … kotka, której się nudzi. Podczas pisania musiałem jej kolejno odebrać:

-kulkę papierową,

-kulkę z folii metalizowanej – więc z rozpaczy wyturlała

-kulę kauczukową. Teraz leży i odpoczywa, ale przypuszczam, że to nie koniec dzikich harców…

kulki

Zdjęcia

Moja galeria jest na profilu FB – miłego oglądania!

I voila, galeria przygotowana przez Organizatorów (Facebook).

II Rybnicki Test Coopera 20.06.2015

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

7 komentarzy

  1. Nagato pisze:

    Bardzo fajna relacja. Niestety nie mam pojęcia czy te 2600 to dużo czy nie (co nie zmienia faktu że gratuluję), gdyż samemu nie udało mi się tego sprawdzić osobiście – nie dotarłem na poznańską edycję. Oceniając moje zwykłe przebieżki na 6, 8 i 10 km to pierwsze dwa kilometry robię w tempie od 4,40 do 5,19 w zależności od zaplanowanego dystansu. Czyli gdybym biegł „na krótko”, to w teorii w te 2600 (a może i więcej) może i bym się wcisnął. Rzecz w tym, że moja biegowa trasa zaczyna się lekkim, ale długim spadem, więc rezultat jest pewnie nieco przekłamany. Ta czy tak Pawle, jakbyś kiedyś miał biegać w Poznaniu (byle nie za długo i nie za szybko), to chętnie się przyłączę. :)

    • Bookworm pisze:

      Dzięki :) Te 2600 to wartościowsza cyferka niż poprzednie 2500. Więc coś lepiej, choć gdyby było 2750+ to by było znacząco lepiej) ale za dużo zdrowia mnie krótkie dystanse kosztują, wolę sobie cierpienie na dłuższy czas rozkładać. Poznań, no macie tam sporo fajnych imprez :D chyba biegacie non stop ;)

  2. Ehdi Mars pisze:

    Ja mam najlepszy wynik na teście Coopera jakieś 2,5 km i do dziś zastanawiam się jak to zrobiłam ?? Zawsze jak robię test Coopera to zaczynam umierać, cała się spinam i generalnie guzik z tego wychodzi ;).

    • Bookworm pisze:

      O właśnie tak, lepiej bym tego nie ujął :) Wciąż wokół głowy krąży mi pytanie „po co mi to” i pewność, że nie będę się tym testem więcej razy katował. Aha, równie pewien jestem, że przy następnym teście będę jednym z pierwszych zakładających numer na bieżni…

      • Ehdi Mars pisze:

        Powiem Ci, że ja mam tak zawsze na biegach na 10 km. Przed biegiem mam mega stres, później zastanawiam się po co mi to. Lecę z jęzorem na brodzie i w efekcie modlę się o metę. Obiecuję sobie już nigdy więcej i przy najbliżej nadarzającej się okazji znów biegnę … To taki masochizm ludzki ;).

        • Bookworm pisze:

          Tak. Ja chyba biegam między innymi dla tej atmosfery przedbiegowej, dla walki z samym sobą podczas biegu, dla tego totalnego upodlenia za metą no i do powrotu do grona żyjących po biegu. I tego wielkiego pytania – ile tym razem się uda/nie uda wykręcić :) To jest klasyczny masochizm :)

  1. 18 listopada 2018

    […] piekielne opisywałem już dwukrotnie przy wspomnianych testach Coopera w Rybniku. Test 1 oraz Test 2. Tyle tylko, że przy testach jest prosta zasada […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.