4. bieg po moczkę i makówki – relacja


Uczestniczyliście kiedyś w biegu, w którym za najlepszy doping na trasie przewidziana jest nagroda? Biegliście kiedyś w grupie kilkuset przebierańców na dystans 10km, śpiewając skoczne piosenki i śmiejąc się w głos? Bo ja już raz tak.

Prawie równo rok temu, jako biegacz neofita, uczestniczyłem w najweselszym biegu w regionie, w biegu, który wynalazł oczywiście niezawodny mgr inż. Anioł. Biegu po moczkę i makówki – który opisywałem o tu:

Bieg po moczkę i makówki

Byłem zachwycony zarówno organizacją biegu, jak i całą otoczką wokółbiegową, dbałością o detale (śląski regulamin – poczytajcie tegoroczny, moczka i makówki jako posiłek regeneracyjny, dowcipne infosłupki na trasie, medal z piernika!) i poczuciem, że jest to bieg organizowany przez biegaczy, którzy dostarczają uczestnikom dokładnie tego, co sami chcieliby napotkać na biegowej trasie. Do tego cudowny, unikalny doping.

Wisienką na torcie była też zabawa związana z wymyśleniem i przygotowaniem przebrania, z podziwianiem przebrań innych biegaczy. Wreszcie z opisaniem całości, co nie było łatwe, bo to były absolutnie początki mojego blogowania. Ten bieg „powołał do życia” pseudonim Tomka, który stał się (alleluja!) mgr. inż. Aniołem. Dlaczego? To doczytacie właśnie w relacji z ubiegłorocznego biegu.

Los był dla mnie na tyle łaskawy, że 19. grudnia 2015 roku stanąłem na starcie 4. biegu po moczkę i makówki w Stanowicach. A com widział i przeżył, chętnie opisuję.


Kto, z kim i w czym?

Byłem czujny jak Tomme Lee Jones w Ściganym – wyczekałem moment ogłoszenia zapisów do biegu, poinformowałem Anioła, widziałem, po prostu wiedziałem, że taki bieg ja ten długo nie będzie się cieszył wolnymi miejscami. Wrzuciłem też info na bloga. Miejsca szybko się kończyły. Niestety Marek z blogu Drogadotokio.pl nie zdążył się zapisać na listę podstawową. Trafił do losowania w dogrywce i … nie wygrał! (jak tak można było się nie dać wylosować??) Jednak była jeszcze część osób, które nie zapłaciły i … tu tym razem on był czujny – wpłacił opłatę startową na dany przez organizatorów znak i już wiedziałem, że w biegu będzie nas trzech! Plus liczni bliżsi i dalsi biegowi znajomi.

Tu było pewne. Mgr inż. Anioł nie będzie aniołem. A ja już nie chciałem być Szejkiem szukającym złóż sukcesu w gminie. Jeszcze w uszach mi dźwięczało hasło sprzed roku: „gonić Araba!” Marek szykował swoje wielkie „entree” zdradzając na blogu kolejne szczegóły startowe. Ostatecznie ja zostałem Meksykaninem rączo pomykającym po stanowickim płaskowyżu – co szerzej opisałem wczoraj,

Jak zrobic Meksykaninamgr inż. Anioł – Kapitanem Ameryką, Marek – no właśnie, kim? Cygańskim grajkiem na akordeonie o korzeniach rosyjskich? Pewno sam to opisze w swojej relacji – w komentarzu widzę, protestuje, ale co on tam wie).

Dlaczego tak daleko?

Bieg liczył tradycyjne 10 kilometrów, rozłożone na cztery pętle. Żeby było weselej, to dwie pętle dłuższe, dwie krótsze. Zalet tego rozwiązania jest wiele. Przede wszystkim nie ma paraliżu połowy powiatu, po drugie można zagęścić dopingujące ekipy. Z każdą można spotkać się na kolejnych okrążeniach. To jest niesamowita zaleta. Z drugiej strony 10km w przebraniu to jest mordęga. Można na metę się doturlać w stanie zdekompletowanym.

Preludium

Rano Małżonka zrobiła mi świetny makijaż i z pieśnią na ustach wyruszyłem do Żor, gdzie miałem wsiąść w boski rydwan mgr. inż. Anioła – aby wspólnie udać się do Czerwionki. Wszystko przezornie przygotowałem sobie wieczór przed startem. W ramach oczywistości … nie wziąłem ze sobą inhalatora. Podstawowego rekwizytu biegacza-astmatyka. Zbyt wolno przewijałem w głowie checklistę, przypomnienie mi wyskoczyło, gdy już byłem 2km od domu. Nie chciałem wracać, trudno pobiegnę wolniej. Na 10. km odebrałem telefon od Małżonki – była gotowa gnać do Stanowic i przywieźć mi inhalator. Odmówiłem, a co, będę twardy.

W Żorach, w oczekiwaniu na Tomka, wszedłem do pobliskiego „spożywczaka” po banany i wodę. Mając pełną świadomość, jak wyglądam. A wyglądałem o tak:

Jak zrobić Meksykanina

Grzecznie się uśmiechnąłem, przywitałem i poprosiłem, żeby nie zwracali uwagi na mój wygląd. Przypuszczalnie w Teksasie już bym patrzył w wyloty luf kalibru 44. Na szczęście za mną do sklepu weszła mama Tomka, która z wdziękiem rozładowała sytuację informacją, że ja i on biegniemy w biegu przebierańców. Uff… Dziękuję!

Załadowaliśmy się do rydwanu ciesząc się z wrażenia, które musieliśmy robić na współkierujących. Mgr inż. Anioł w masce i uniformie Kapitana Ameryki. Ja jako brązowoskóry Meks.

Pojechaliśmy do Czerwionki i zaparkowaliśmy. Dostojnie wytoczyliśmy się z pojazdu i zaczęła się najweselsza przygoda biegowa tego roku.

Bawimy się!

Szliśmy krok za krokiem w kierunku Biura Zawodów. Wiecie jaka to przyjemność budzić swoim widokiem takie zainteresowanie? Za każdym przebierańcem podążały liczne spojrzenia. Zmierzająca w przeciwną stronę para rzuciła śmiejąc się: „Fajne przebranie”. Zatrzymaliśmy się. Zamyślili. „O którym z nas była mowa?”

W biurze było gwarno i wesoło. Gdy odbierałem pakiet, zgrabnie obracając w ustach cygaro, zacny człek – Andrzej Toman – wydający koperty z pakietem startowym na mój widok płynnym ruchem wyciągnął z kieszeni … zapalniczkę i podsunął mi ją pod cygaro… Zdębiałem i zrozumiałem. „Nie dziękuję, nie szybciej niż na mecie” – wyjaśniłem.

Poczekaliśmy na Marka (i jego przytroczony akordeon), gdy się pojawił, oczywiście zaczęliśmy z podziwem wzajemnie analizować detale naszych przebrań. Później krótka sesja fotograficzna i przerzuciliśmy się na analizę innych współbiegaczy. A było na co patrzeć. Właściwie słowa są tu ułomne, musicie zajrzeć do linków prowadzących do galerii pobiegowych. Startujące grupy biegowe przygotowały tematyczne grupowe przebrania. W ubiegłym roku Rybnicka Grupa Biegowa przebrała się za personel sali operacyjnej niebotycznie podnosząc poprzeczkę. W tym roku inne grupy przygotowały równie wytworne przebrania.

kominiarze

Byli kominiarze, pszczółki, „wspomnienia babci 100 lat temu”, do tego rozmaite bajowe postaci, stwory, przebrania cywilne, służbowe (ksiądz z rewelacyjnym konfesjonałem), kelner z pełnymi kieliszkami i butelką szampana, były widoczne zmiany płci, rodzaju – wszystko, wszystko wszystko.

Pszczoly1 Gdzieś krążył też niezawodny Antonio Macierewicz budząc zrozumiałą grozę. Prawie każdy był przebrany – lub miał jakiś wesoły akcent – czapkę, kurtkę, koszulkę.

pies

Tylko pies, leżący przed wejściem wydawał się być sobą. Cała reszta była przebrana. Może poza nielicznymi wyjątkami biegaczek i biegaczy, którzy zamierzali stanąć na podium i potrzebowali nie tyle zabawy co szybkości.

Można zdjęcie?

Największą atrakcją było pozowanie i wzajemne robienie sobie fotek. I wiecie co? Ten zaszczyt kopsnął nawet mnie! Dwie piękne, roześmiane kobiety chciały zrobić sobie zdjęcie z Meksykaninem! Jedną z nich była Małgorzata Rencz, którą bardzo dobrze kojarzyłem z biegów, w których nader często stawała na podium. W tym biegu stanęła na drugim stopniu podium w kategorii open! Spuchłem z dumy. Ha!

Bieg po moczkę i makówki relacja

fot. M. Rencz

Na szkolnym korytarzu spotkaliśmy kolejnych znajomych, którzy byli z synem. Ujrzałem jego wzrok pełen zachwytu, był wpatrzony w Kapitana Amerykę! Wskazałem go wzrokiem Tomkowi, który dał mu potrzymać swoją tarczę.

tarcza1Chłopak nie posiadał się ze szczęścia i zapytał czy Kapitan będzie tą tarczą rzucał! No, rzucał to może nie ale odpychał konkurentów to na pewno! Tu warto docenić wkład pracy Anioła nad tarczą, bo tarcza była piękna a do tego funkcjonalna – miała dwa uchwyty umożliwiające trzymanie lub założenie jej na plecy. Wiadomo – inżynier! Zeszłoroczne składane skrzydła Anioła były majstersztykiem. Ale tarcza to również było to!

Dzieciom już tym posiadającym telefony komórkowe podobały się nasze przebrania na tyle, że stawaliśmy do fotografii na prawo i lewo. Bardzo ciekaw jestem, na ilu „naszych klasach” już wiszą zdjęcia z Meksykaninem, Kapitanem Ameryką oraz z Cyganem o pochodzeniu proletariackim. Z akordeonem!

Fot. Anioł

Fot. Anioł

Fotki robiliśmy również z mniejszymi dziećmi i ich rodzicami – wreszcie mam zdjęcie z Edytą – w stroju Superbohaterki :)

Z Edyta

Fot. E. Połomska

A mnie dorwał przed biegiem jakiś pan z kamerą i uroczą dziennikarką. Ciekaw jestem czy to, co wygłosiłem ujrzy światło dzienne.  Proszę, ujrzało. Kawałek wywiadu jest ucięty ale reszta – to rzeczywiście ja! Od 4:49:

Równolegle – jeśli dobrze widziałem – telewizja TVT zrobiła wywiad z Kapitanem Ameryką.

Tomek wywiadPrawie czkawki ze śmiechu dostałem, gdy usłyszałem o jego zeszłorocznych mocach anielskich, które przetransponował w tym roku na supermoce superbohatera. Dobrze, że w ramach mocy nie przydzwonił dziennikarzowi tarczą – z czystej sympatii.

Marka oczywiście też dziennikarze rozszarpywali:Marek slawa

Mnie również (z rozpędu) sfilmowała Telewizja Katowice. Szczegóły naszej sławy wrzucę w końcówkę relacji biegowej – tam też będę wpis uaktualniał.

Po drodze Marek jeszcze się dowiedział, że ma odwrotnie zapięty akordeon. Przełożył i od razu lepiej się poczuł, kwestia umiejętnego rozłożenia środka ciężkości. Miał też pewne obawy co do tego czy będzie w stanie grać podczas biegu i czy paski mocujące wytrzymają – ale martwił się wybitnie na zapas.

Marek i Edyta

Śmialiśmy się ze wszystkiego, włącznie z tym, że fajne przebranie przygotowali panowie w takim niebieskim vanie z napisem Policja. Tyle tylko, że zabarykadowali się w środku i chyba ostatecznie w biegu nie uczestniczyli?

Piętnaście minut przed „samym południem” ruszyliśmy na rozgrzewkę.

Ksiadz i spolkaUrocze wygibasy trwały dobre 10 minut. Zabawy było sporo, z tego co widziałem, żadne z przebrań się nie rozsypało podczas rozgrzewki.

rozgrzewkaNo to chodźmy na start.

Na start

Grzecznie ustawiliśmy się.

przed startem

Biegniemy!

Ruszyliśmy dość punktualnie. Od początku Marek i Anioł narzucili ostre (dla mnie) tempo. Anioł wyprzedzał lewą, prawą, bokiem, staraliśmy się z Markiem za nim nadążyć. To ja starałem się a Marek nie przyspieszał, bo starał się grać w biegu. I udawało mu się to! Niestety, tempo, które narzucili było poza moim zakresem oddechowym. Z żalem zwolniłem. Na jednym z zakrętów ujrzałem znikającą w oddali tarczę Kapitana Ameryki. Faktycznie wyglądała jak tarcza, coś ktoś o płonących strzałach wspomniał nawet.

Aniol11 Biegliśmy dalej.

Trasa obfitowała w smaki i smaczki, choć przecież dopiero na mecie mieliśmy poczuć główny smak – czyli smak śląskich specjałów. W ramach oznaczeń trasy podziwiałem przygruntowe „infosłupki”.

Winkiel1 Winkiel

Pieron A na trasie szalał…

…niewiarygodny doping

  Bo tradycją biegu w Stanowicach jest dodatkowa kategoria w której stają w szranki zarejestrowane ekipy prowadzące doping. Który był wyjątkowy i godzien szerokiego opisania. Dzieci, młodzież, przebierańcy. Jedna z ekip była tak wspaniale przebrana, że zacząłem się zastanawiać czy w przyszłym roku nie dojdzie dodatkowa kategoria nagród: „za najlepsze przebrania dopingujących”.

Doping

W biegu przybijaliśmy dziesiątki „piątek”, zwalnialiśmy przed „maleńtasami”, które choć może nieśmiałe przy pierwszym okrążeniu, od drugiego przybijały zawodowo piątki, częstując biegnących uśmiechami od ucha do ucha, ku radości rodziców.

Jeden z wyprzedzających mnie wiarusów biegowych z niedowierzaniem kręcił głową, mówiąc do kolegi, że takiego dopingu to nie było nawet na finiszach znanych maratonów.

Doping wywoływaliśmy też sami, część trasy prowadziła wzdłuż ruchliwej drogi – machanie do kierowców skutkowało nieśmiałym „titaniem” klaksonami. Nieśmiałym, bo na jednym z rogów stała Policja, której widok budził stosowny respekt. Swoją drogą panowie bawili się też nieźle, bo coś przez zewnętrzny system nagłośnienia komentowali.

Jak to umysł rejestruje niektóre kadry z biegowej trasy – widok starszej pani miło machającej zza płotu, mieszkańca wytrwale obserwującego nas przez wszystkie cztery okrążenia, choć jego pies chciał nas zeżreć zza płotu. Nerwusek taki.

Tymczasem na trasie

Wróćmy z relacją na trasę biegu. Okrążenia powoli mijały. biegłem w kapeluszu, który regularnie spadał mi, gdy wybiegałem zza zabudowań. Spadał albo był zwiewany. Gdy spadał, to działał jak spadochron spowalniający bieg. Niby takie małe coś, a w porywach wiatru dawało się we znaki.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie mogę biec zbyt szybko, raz – ze względów oddechowych, dwa pod moim ponchem zacząłem się pocić. Kocyk polarowy grzał. Przewidziałem ten fakt i byłem ubrany pod nim wyjątkowo lekko, poncho przecież miało też rozcięcia po bokach, ale i tak pot wystąpił mi na czoło i zaczął spływać. Wraz z farbą, No to zwolniłem, stając miejscami i robiąc zdjęcia.

A było kogo fotografować, bo i przebrania były wspaniałe. I niejeden biegacz był dużo mocniej opatulony, niż ja. Rzecz charakterystyczna, kostiumy były bardzo przemyślane, na trasie nie leżały porozrzucane rekwizyty. Tu bardzo podziwiałem Marka, bo ja bym akordeon oddał zaraz po starcie.

Marek gra

Na osobny akapit zasługuje organizacja grup biegowych. Karnie, razem, czekając na wolniejszych biegaczy – ustawiając się w szyku, śpiewając, skandując i pogadując cały czas – taki sposób biegania nie jest możliwy podczas jakiegokolwiek innego biegu. Tylko tu podczas biegu można śpiewać na całe gardło „Pszczółkę Maję”, tylko tu można domyślać się co tam Cygan na akordeonie próbuje zagrać.

Przez pewien czas biegłem z HR Max Żory,

moczkaresztę okrążeń z bzykającym równo i z klasą Ochajo Run. Ach te ich żądełka i zespołowy wlot na metę, trzeba było to widzieć, więc zwolniłem, żeby ekipa przyleciała przede mną w komplecie.Pszczoly

Na ostatnim okrążeniu pojawił się już smutek, że to koniec. Cały rok czekania, przygotowań, a tu za chwilę będzie po prostu koniec całej imprezy. A propos końca – zbliżał się już niestety ostatni zakręt („a teraz drzi wiela się do!!!)

Drzi ile sie daa za nim

meta1

META

Za metą uczestnicy otrzymali piernikowy medal, zawieszkę oraz butelkę wody. Złapałem oddech a mnie złapał Marek, z nieodłącznym akordeonem. Jego czas na mecie to 00:51:49. Edyta jako Superbohaterka (Wonder Woman) przyfrunęła 20 sekund po Marku. Brakowało natomiast mgr. inż. Anioła. Cóż, Anioł skończył z czasem 00:53:23 i gdzieś się ulotnił. W końcu finiszował ponad 8 minut przede mną.

Pełne wyniki 4. biegu po moczkę i makówki można sprawdzić na stronie organizatora.

Nie powiem, odrobina makijażu ze mnie spłynęła. Ale to wciąż był ten sam – nie do zdarcia – Meksykanin Juan!

Po biegu

W szkole ustawiłem się do kolejki po losy – to hojni sponsorzy postanowili nie wypuszczać biegaczy z pustymi rękoma. W moim wylosowanym pakiecie znalazłem smycz i bardzo fajną kieszonkową latarkę. Marek natomiast – szampon i … kredkę do oczu? Ale nie chciał się zamienić…

Poszliśmy po kultowe potrawy śląskie – moczkę i makówki. Do kompletu wziąłem kubek kawy – to pierwszy bieg, który kończę kawą, to jest możliwe tylko w Stanowicach! Marek z pewnymi obawami przystąpił do konsumpcji nieznanych mu potraw – ale wnioski końcowe znajdziecie w jego relacji blogowej.

A propos relacji, jeśli będziecie wyjątkowo grzeczni to pod choinką znajdziecie również relację z biegu autorstwa mgr. inż. Anioła. Proszę, obiecał? Obiecał. Napisał? Napisał – to też poczytajcie:

Bieg po moczkę i makówki - relacja

Wróćmy jeszcze do wyników, 4. bieg po moczkę i makówki  miał dodatkowe i niespotykane gdziekolwiek indziej kategorie*, w których konkurencja była bardzo ostra. Ekipa dopingująca na trasie oraz „najlepsze przebranie”. Niecierpliwie czekaliśmy ogłoszenia wyników, choć trudno było je usłyszeć, bo nagłośnienie z prawej części sali gimnastycznej i na środku sali co prawda było, ale było niezrozumiałe. Huczało a głos się nakładał. Z tego co wywnioskowaliśmy dość szybko, żaden z nas nie został wyróżniony. Na podium stanął biegacz przebrany za lekarza, ekipa kominiarska oraz … clown? Niestety jakość zdjęcia słaba, bo z oddali.

PudłoCóż, może przegapiliśmy jakieś dodatkowe wyjaśnienia czy wprowadzenie – niestety po prostu niczego nie było słychać. Dopiero wychodząc z sali „zaczęliśmy słyszeć” poprawnie to, co mówiono do mikrofonu – lewa strona sali była dużo lepiej nagłośniona.

Cóż, nadszedł czas krótkich, męskich pożegnań, obiecaliśmy sobie: „do zobaczenia za rok” i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.


Galerie, relacje i filmy

Warto śledzić stronę wydarzenia biegowego na Facebooku, to tam trafiają galerie i filmy znalezione w mediach. Część z nich jest dostępna tylko z poziomu Facebooka.

Nieocenionym źródłem jest fanpage organizatora – Grupy Biegowej Luxtorpeda, również na Facebooku.

Relacja TVP Katowice jest tu (od około 10. minuty),

Film autorstwa Rafała Góryńskiego z Rybnickiej Grupy Biegowej.

Galeria Piotra Kucharskiego.

Relacja Marka z bloga Drogadotokio.pl

Relacja Gabrieli Kucharskiej na portalu Maratonypolskie.pl

Relacja Piotra Szałaśnegotestyoutdoorowe.pl

Gdy tylko pojawią się kolejne filmy i otwarte galerie, bez wątpienia je tu zalinkuję.


Na koniec gorąca prośba. 4. bieg po moczkę i makówki na pewno będzie startował w licznych plebiscytach na portalach biegowych.

Jak piszą organiztorzy:

W tym roku postanowiliśmy być wcześniej i głośniej! Już raz udało się uzyskać prestiżową nagrodę „Złoty Bieg 2014”, trzecią lokatę w kategorii „Nietypowe i Niezwykłe” w konkursie organizowanym przez portal MaratonyPolskie.pl.

Zarejestrujcie się proszę na portalu maratonypolskie.pl zanim zostanie ogłoszony tegoroczny plebiscyt. Brak zarejestrowanego konta przed wydarzeniem wykluczy Was z oddania głosu (i losowania nagród). Już to raz przerabiałem, gdy zgłosiłem swoją fotografię na konkurs – chętnych do oddania głosu było sporo, tyle tylko, że nie mieli jeszcze zarejestrowanych kont.

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

27 komentarzy

  1. Pierwsza Dama pisze:

    Aż się uśmiechałam, czytając tę relację. Wygląda na to, że zabawa była przednia! Natomiast Ty z pewnością byłeś najprzystojniejszym Meksykaninem na trasie!

    • Bookworm pisze:

      Bardzo mnie cieszy, że wywołałem uśmiech – warto więc było się przebierać :)
      No wiesz, byłem JEDYNYM Meksem, więc tak do tematu patrzeć, to byłem najprzystojniejszym Meksem :D

  2. Piotr Stanek pisze:

    Kolejna relacja po której chcę tam pojechać.
    W tej edycji nie miałem szczęścia w losowaniu, a wcześniej nawet nie wiedziałem o tym biegu.

    Bardzo dobrze, że taka impreza jest.

  3. Kant pisze:

    Wywiad rewelka, konik ponny robi furorę:) Ps. Gdzieś w radiu mówili, że dzisiaj jest sylwestrowy bieg przebierańców:)

  4. Blogierka pisze:

    Świetna relacja! A moim skromnym zdaniem przebrania Meksykanina i Kapitana Ameryki zasługiwało na podium!
    ps. Oraz szacun-ja bym się chyba bała bez inhalatora zasuwać.

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję :) No myśmy sobie to podium przez chwilę zawłaszczyli ;) A inhalator? Cóż, trochę jakby mi ktoś „turbo” odłączył, po prostu sobie potruchtałem….

      • Blogierka pisze:

        Ale z tymi inhalatorami to słyszałeś zapewne że Marit Bjoergen i inne Norweżki miały domniemaną astmę z tym sprzętem rozwalały system? Doping prawie legalny? ;)

  5. Justyna Rolka pisze:

    Cudowna relacja, genialny bieg i boski Ty:) Stworzyliście niesamowite trio, godne podium:)

    • Bookworm pisze:

      Dziękujemy :) Ha, o boskość to mnie jeszcze nikt nie podejrzewał, jesteś pierwsza :)
      Nasze trio sobie po cichu przywłaszczyło podium, spójrz na jedno ze zdjęć – stoi w tle :)

  6. Pawel, wszystkiego naj, nieustajacego poczucia humoru, ktorym szczodrze nas obdarzasz na blogu, nieustajacego zapalu do biegania i po prostu Wesolych Swiat. Pozdrawiam serdecznie Beata

  7. BasiaK pisze:

    Za każdym razem, kiedy czytam Twoje relacje i docieram do słów „oceń tekst”, myślę sobie: już? koniec?? Miło się czyta, miło się patrzy, fajny relaks mi zafundowałeś w tej gorączce przedświątecznej, dziękuję. :) A zdjęcie Juana rozwesela mnie za każdym razem kiedy spojrzę. :D Ten uśmiech, ten makijaż, to cygaro. :D Szacun wielki dla wszystkich przebranych uczestników, jak widać każdy starał się jak mógł i do sprawy podchodził poważnie, o ile w ogóle o powadze można mówić w tak dobrej zabawie. :) Świetna inicjatywa. Świetna relacja. Do Marka oczywiście też zajrzę. Ciekawa jestem jak mu się biegło z tym akordeonem. :) I na inne relacje też zerknę, kiedy minie ta świąteczna gorączka. A! Twoją prośbę spełniłam, zarejestrowałam się na portalu maratony polskie. :) A teraz czekam na relację mgr inż. Kapitana Anioła, bo byłam w tym roku wyjątkowo grzeczna, więc chyba zasłużyłam? ;)

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję Ci moja Najwierniejsza Czytelniczko :)
      Mówisz, że Kapitanowi Aniołowi trzeba się przypomnieć? A przypomnę, przypomnę :D

      • mgr inż. Anioł pisze:

        Zapewniam Was ze on pamięta :) tylko jeszcze wciąż siedzi w pracy i próbuje zamknąć rok :) ale w pierwszej wolnej chwili napisze :) choć po tak wyczerpującej i barwnej Bookwormowej relacji trudno wymysleć co jeszcze można dodać :)

        Świąteczne pozdrowienia dla blogujących, czytających i biegających :)

  8. Po twojej relacji przychodzi mi na myśl tylko jedno: ja chcę jeszcze raz! Niczym Osioł ze Shreka… :) Bardzo pozytywna inicjatywa, takie przebieranki i bieganie to rozumiem. Ten bieg wpisuję na listę rzeczy zrobienia przed śmiercią – serio :)

  9. Cygan? Wypraszam sobie! Ruski akordeonista! ;)
    Dobrze, że mi poleciłeś ten bieg.
    Masz plusa, a nawet dwa!

    • Bookworm pisze:

      A kto wrzucił takiego hasztaga u siebie, hm? „‪#‎grajpieknycyganie‬” :P
      Uff, miałem przerośniętego kolegę co pilnie notował wsystkim plusy i minusy. Minusy – wiadomo – strzał w japę. Kiedyś ktoś odważył się zapytać, co będzie z tymi trzema plusami. Kolega zmarszczył się, skalał czoło myśleniem i odrzekł: „to będzie raz w ryj”. Będzie lepiej? :D

  10. halmanmonika pisze:

    Fajny ten bieg, z tego co widać z filmów, fantastyczna atmosfera. Też bym pobiegła… ale dystans musiałby być ze 100 razy mniejszy :P No i daleko na Śląsk mam, ale oczywiście kibicowałam Meksykaninowi z oddali ;-)

  11. Niezłe wariactwo :) Ale bardzo pozytywne. Trochę zazdroszczę, ale trochę też współczuję. Bieg w takiej kreacji nie należał do najłatwiejszych. Aha może mi umknęło, ale czy na mecie zapaliłeś to cygaro? ;)

    • Bookworm pisze:

      W tym roku kreacja była wyjątkowo wygodna, choć zbyt ciepła – rok temu w szacie Szejka umierałem przy silnym wietrze; ) Nie, nie zapaliłem cygara, nie palę :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.