IV Bieg Pszczyński o Puchar Carbo Asecura – relacja


Siedzieliśmy we trzech na pszczyńskim zalanym słońcem rynku, zajadając się dużymi porcjami pysznych lodów włoskich. Z przyjemnością wystawialiśmy się do słońca, żeby … wyschnąć, już zaczynało być nam chłodno. Upał 30 stopni, my wciąż jeszcze z numerami startowymi i medalami na piersiach, w mokrych ciuchach i rozważający jak wielkim trzeba być wariatem, żeby biegać w takim upale.

Jak na biegającego wariata przystało – opis IV Pszczyńskiego Biegu o Puchar Carbo Asecura będzie dość szarpany, chaotyczny, będzie wiele przeskoków i opisów retardacyjnych. Na końcu zamieściłem linki do galerii zdjęć oraz do oficjalnych wyników biegu. A poza tym trup się będzie słał gęsto bo z częstotliwością ok. 3 na 1km. Gotowi?


Mój akces do biegu w Pszczynie to (jak zwykle) sprawka niezawodnego biegowego towarzysza –  mgr.inż. Anioła. W tym sezonie biegowym zdałem się na jego wybory imprez biegowych. Poza maratonami rzecz jasna, bo to nie moja liga.

Mgr inż. Anioł ze znawstwem wynikającym z ponadrocznej praktyki biegowej wynajduje, niczym rodzynki w cieście, fajne biegi. Pamiętacie może taki film „Michael” z Johnem Travoltą? Jeśli nie to obejrzyjcie. Jedyny „ludzki” anioł wiedzący co w życiu dobre. Mam w tym filmie dobrych 10 ulubionych scen. Może kiedyś je przedstawię. A może kiedyś przedstawię i tu mgr.inż. Anioła. Zobaczymy.  Aha, kto jeszcze nie wie kim jest wspomniany Anioł, niech poczyta moją relację z biegu w Stanowicach. Póki co wróćmy do biegu.

Co o biegu w Pszczynie wiedziałem? Że jest płasko. Bardziej płasko niż w Bielsku w biegu Fiata. Więc będzie można próbować zmierzyć się z rekordem. Tak sobie naiwnie myślałem, do momentu, gdy nie ujrzałem prognozy pogody. Że będzie 30’C. W cieniu. A niestety do tej pory nie miałem okazji mierzyć się z taką temperaturą. Więc pozostało pojechać, przebiec i (być może) przeżyć bieg.

Temperatura

W ramach przygotowań oczywiście biegałem w upale i popołudniowym zaduchu, ale słupek rtęci nigdy nie sięgał 25’C. Choć może nie do końca, w przeddzień i na dwa dni przed biegiem pracowałem intensywnie na działce. Przez kilka godzin, w pełnym słońcu i upale. Nie biegałem ale wypracowałem bardzo skuteczną metodę z przegrzaniem. A wszystko dzięki Aniołowi.

Otóż mgr inż Anioł opowiadał mi o maratonie w Pradze. O gąbkach nasączonych wodą i o namaczaniu czapki. No to też tak robiłem podczas pracy w upale. Czapka do wiadra i siup – na głowę. Pomagało. Na jakieś 10 minut…

Upał, teoretycznie do tematu podchodząc, to nic dobrego. Z mądrych tabel można wyczytać, że optymalną temperaturą biegania jest 12-14’C (zakładając, że odczuwalna temperatura nie jest jeszcze inna).

temperatura i bieganie

źródło: http://www.runningperformance.pl/publikacje/10-artykuly/39-korzystanie-z-kalkulatora-treningowego

Cóż, nam „kroił się” dół tej tabeli.

„Biegnę dla Maciusia”

Do Pszczyny dotarliśmy planowo. Był już problem z parkowaniem, ale trudno się dziwić. Imprezy biegowe trwały już od wczesnego rana. W każdym razie – dzięki faktowi, że pojazd mgr. inż. Anioła wjedzie wszędzie – zaparkowaliśmy i ruszyliśmy do biura zawodów. Pszczyna to oczywiście Pałac i … ogrody pałacowe:

Pole

Biuro zawodów przeszliśmy jak burza. Szybko też pobraliśmy karteczki „biegnę dla Maciusia”. Ucieszyła mnie kolejka biegaczy pobierających kartki. Może padnie rekord osób uczestniczących w akcji pomocy?

Fundacja PKO

Wstępną rozgrzewkę przeprowadziliśmy na wzgórzu zamkowym. Obok przechodziły zadziwione ekipy turystów.

Biegnę dla MaciusiaCo ciekawe, bardzo mili starsi państwo zaciekawieni karteczkami, które sobie wzajemnie mocowaliśmy na plecach, przyszli podpytać o co chodzi z tą ideą. Bardzo się przydały „odrobione lekcje” przy przygotowaniu informacji o biegu – gładko i płynnie mogłem informować o wsparciu fundacji PKO BP dla Maciusia. W końcu zapowiedź biegu zawierała najważniejsze informacje o Maciusiu. Fajnie tak móc pomagać a jeszcze dalej być ambasadorem dobrej sprawy.

Start!

Pobiegliśmy się rozgrzać. Choć w tym upale odpowiednim słowem jest „zajechać się”. Po kilkuset metrach szybszej przebieżki mój organizm miał dość. „Głupie” 10km wydawało się rosnąć i rosnąć, „marnie widzę ten bieg” stwierdziłem. No ale przecież się nie poddamy, prawda?

Powoli nadchodziła godzina startu, włączyliśmy się w sznur biegaczy podążających na linię startu na rynku. Jeszcze tęskny rzut oka na podium przed którym brykały szczęśliwe dzieciaki biorące udział w porannych biegach:

Podium biegu w Pszczynie

Przed biegiem przezornie zaopatrzyłem się w zapas wody. W bidonach na pasie miałem 0,3l wody, w ręku butelka 0,5l – postanowiłem ją wykorzystać do polewania się wodą – jeśli jej nie zgubię. Niestety ile razy bym nie biegał z butelkami w rękach, zawsze któraś mi się wyślizgiwała podczas treningów.

Na linii startu był już tłok, nad głowami unosił się dron. Permanentna inwigilacja!

Jeszcze chwila na przemówienie gospodarzy i organizatorów, czas na pamiątkową „słitfocię” przed startem, ostatni łyk wody do gardła i do czapki i startujemy.

Przed startem Pszczyna

Fot: Sylwester P.

No i poooszło, strzał startera (chyba najkonkretniejsze „pierdyknięcie” jakie na starcie słyszałem) całkiem komfortowy start, szeroko, przestronnie i płynnie, nie było takich problemów jak choćby podczas Korfantego w Katowicach. Nikt przede mną się nie przewrócił, nie zgubił smartfona – start i już sukces.

Endomondo

Pierwsze połówki kilometrów mijały sobie powolutku. Ustawiłem endomondo na raporty co 500m i szybko tego pożałowałem. Dlaczego? Ano przed samym biegiem uaktywniłem wygraną wersję premium, która ma trochę więcej opcji niż wersja podstawowa, z której korzystam już prawie rok. Jedną z zalet premium jest możliwość ustawienia dystansu, co który aplikacja podaje czas i tempo. Tylko tempo podawane jest nie na minutę, ale na ustawiony dystans. Więc zamiast słyszeć „tempo: 5:00” słyszałem „tempo 2:30” – oczywiście na pół kilometra, nie na kilometr. Całe szczęście, że byłem w stanie szybko mnożyć x2, bo gdybym ustalił na 300m to mnożenie razy 3 i 1/3 tak gładko by mi nie przebiegało.

Pierwszy łyk wody pociągnąłem po drugim kilometrze – polałem też sobie czapkę. Dwa kilometry przebiegłem zbyt szybko – wyrównałem tempo i wytrwale człapałem trochę szybciej niż zazwyczaj podczas treningów.

Tym razem to mnie powolutku wyprzedzał sznur biegaczek i biegaczy, nie przejmowałem się tym. Nawet zacząłem odliczać ile koszulek Formy Wodzisław mnie minie i HRMax Żory. 1… 2… 3… 4…. Miejsca do wyprzedzania mieli sporo. A ja nie zamierzałem biec po laury. Nie tym razem, nie w tej temperaturze. Szczęśliwie trasa przebiegała tak, że niewiele było odcinków asfaltowych bez drzew rzucających cień. Wytrwale lawirowaliśmy raz w lewo – raz w prawo tak, aby choć chwilę uniknąć palącego słońca. Na otwartych przestrzeniach mile chłodził nas wiatr. Niestety na częściach asfaltowych upał wgniatał w asfalt.

Rozbiegamy to miasto

Rozbiegamy to miastoWarto wspomnieć pozytywnie zakręconego wariata z grupy biegowej Rozbiegamy To Miasto Czechowice Dziedzice (pamiętacie go z finiszu w Bielsku?), który tym razem na 2-3 kilometrze kręcił relację. Kawał dobrej, wybieganej roboty:

Woda

Z tego co pamiętam z książki Jerzego Skarżyńskiego, organizm ludzki niestety 70% przetwarzanej energii przekształca w ciepło. W czasie biegu, w zależności od poziomu wytrenowania organizmu pocimy się i to pot chłodzi skórę biegacza. W tak niesprzyjających warunkach biegowych przez 10km można wypocić nawet ponad litr płynu! Krew szybciej krąży aby odprowadzać skuteczniej ciepło. Spada niestety wydolność. Więc pomagałem organizmowi jak potrafiłem na przemian pijąc wodę i chłodząc głowę kolejnymi chluśnięciami wody. Niech paruje coś innego niż mój pot.

W połowie dystansu był przygotowany „wodopój”. Na nim pozbyłem się pustej już półlitrowej butelki, gasząc pragnienie kilkoma łykami wody z kubeczka. A reszta… reszta na głowę i na kark. I biegłem dalej, każda kropla wody usprawniała mój bieg.

W kilku miejscach rozstawili się Strażacy oferując fontannę mgiełki. Rozkosz! Wielkie podziękowania za ratowanie przed skutkami upału. Ale i mieszkańcy Pszczyny dołączyli do akcji – w jednym miejscu ekipa uruchomiła myjkę Karchera – tęczowe strugi wody cudownie chłodziły skórę. W dwóch kolejnych lokalizacjach mieszkańcy stali z wężami ogrodowymi, chłodząc kolejne fale zombie-biegaczy.

Od około szóstego kilometra zacząłem obserwować osoby zwalniające i schodzące z trasy. Kilku nieszczęśliwców siedziało już na ziemi, u stóp wolontariuszy i służb porządkowych. W oczach mieszkanek dopingujących biegaczy widziałem kilka razy strach. Miejscami upał przygniatał i biegliśmy siłą treningowego przyzwyczajenia. Były osoby, które wychodziły z butelką wody wyraźnie oczekując czy nie trzeba będzie kogoś ratować. Pojawił się też jeden spontanicznie przygotowany dodatkowy punkt nawadniania.

Kolejna kurtyna wodna, kolejny zakręt i powoli zbliżał się park pszczyński. 2 kilometry do końca. Patrzę na zegarek – powinienem się zmieścić w 55 minutach. Przyspieszanie niestety było ryzykowne. Na dziewiątym kilometrze już widziałem leżącego w parku na trawie biegacza, wokół niego osoby pomagające. Nie chciałem tak skończyć.

Słychać metę – widać tabliczkę: 200m! To już zaraz koniec męczarni. Jeszcze podbieg przez 2 parkowe mostki. A tu tuż przed metą znajoma postać…. Rozbiegamy to miasto po raz drugi!

(zgodnie z informacją autora – aby się na filmiku znaleźć, od swojego czasu na mecie należy odjąć 37 minut. )

Ależ ten gość ma zdolności do motywowania! Jeszcze dałem radę przyspieszyć, jeszcze ostatnie 120 metrów… Widzę metę i wyświetlacz, mój czas brutto niewiele się będzie różnił od netto, uffff, zdążyłem przed 54. minutą…

META! Dostaję butelkę wody i medal na szyję.

Pszczyna 2015  IV Bieg Carbo medal

Słyszę komunikat, żeby nie brać więcej wody bo … może nie starczyć dla wszystkich. No czego, jak czego ale wody w biegu to chyba nie powinno zabraknąć?

Spotykamy się w przedstartowym gronie. Tomek, Sylwek, Seweryn i mgr inż. Anioł. Obliczamy szybko o ile kto biegł wolniej od „życiówki”. No tak, młodość biegła szybko albo i szybciej. „Doświadczenie” biegło dokładniej. Czyli wolniej. Nic to, w komplecie na mecie!

I co? „Chodźcie gdzieś do słońca, bo …. zimno tak jakoś”. Fakt, jestem mokry z góry do dołu – tylko w butach sucho. Ostatnie polewanie z węża przemoczyło mnie dokumentnie.

Siedzimy na rynku, jemy lody a z czapki kapie sobie powolutku woda. Kap… Kap… Kap….

Ech, przegapiłem ważny fakt. Przecież ten upał był taki, że … mgr inż. Anioł przykleił się do roztopionego w okolicach rynku asfaltu! Po raz kolejny żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia. I to dokonał tego w całkiem nowych lśniących butach. Choć pewno zaraz zdementuje, że nie takich nowych bo „z nalotem 100km”. Ale był przyklejony.

Podsumowanie

Linki do galerii zdjęć oraz filmów można zbiorczo odnaleźć na tej stronie: http://www.cabroker.pl/.

Oficjalne wyniki znajdują się na stronie datasport jak również na stronie enduhub.com.

Zbiórka dla Maciusia. Zgodnie z informacją ze strony Fundacji Omnibus kwestujący wolontariusze zebrali 1888,98zł.

Biegnę dla Maciusia: na 868 osób kończących bieg aż 619 pobiegło dla Maciusia! Super!

Pakiet startowy: odbiór przebiegał szybko i sprawnie. Zawartość pakietu – hmmmm tu bym podyskutował. Butelka wody, garść ulotek i koszulka. Nic o mieście? No to jak z tą promocją? Żadnego okolicznościowego folderu? Cóż – tu Żywiec pozostaje niekwestionowanym liderem. Gdyby nie foldery dealera Skody Auto Gazda, który zajął pszczyński rynek, to bym nie miał co juniorowi przekazać do poczytania. Żartuję, ale jeśli chodzi o koszulkę, to tu już proponuję na poważnie przemyśleć zasadność dawania jej w obowiązkowym komplecie. Głosy na forach od dawna podnoszą ten temat: koszulka winna być opcjonalnym zakupem. Do tego w Pszczynie zabrakło zamówionych rozmiarów! Przy tym koszulka jest dość dziwna rozmiarowo – wziąłem tradycyjną „L”kę, która jest obcisła. Z reguły Lka jest luźna. I tu kieruję wzrok na panie biegaczki, których budowa anatomiczna jest różna od mężczyzn. Przypuszczalnie takiej koszulki nie będą miały okazji wykorzystać. Jeśli chcę sobie kupić koszulkę, to wolę ją sobie kupić, odkładając pieniądze z niższych opłat startowych.

Trasa była czytelnie oznaczona, co kilometr tabliczka. Nad jej przebiegiem nie dyskutuję, bo nie znam Pszczyny na tyle, żeby proponować jej inny przebieg. Na szczęście trasa w sporej części przebiegała przez park i obszary względnego cienia.

Zabezpieczenie trasy bardzo dobre: widoczne służby mundurowe, w tym ratownicy medyczni. Niestety jeden punkt nawadniania to było mało. Nie każdy był wystarczająco przewidujący i nie pobiegł z wodą ze sobą. Mojej nawet jeszcze zostało, ale przy tym upale bezpieczniejszą opcją by były dwa punkty z wodą. To było „samo południe” a do tego temperatura dla mieszkańców Afryki a nie starego kontynentu.

Żałuję, że nie miałem czasu na obserwowanie porannych wydarzeń biegowych.

Program przedpołudniowy wyglądał tak:

10:00 – bieg I- przedszkolaki wraz z rodzicami – 300 m
10:10 – bieg II przedszkolaki wraz z rodzicami – 300 m
10:20 – bieg III – klasy I-II, chłopcy- 300 m
10:30 – bieg IV – klasy I-II, dziewczynki- 300 m
10:40 bieg V – klasy III-IV, chłopcy-500 m
10:50 bieg VI – klasy III-IV dziewczynki- 500 m
11:00 bieg VII – klasy V-VI, chłopcy-500 m
11:10 bieg VIII – klasy V-VI, dziewczynki-500 m
11:20 bieg IX – klasy gimnazjalne I-III, dziewczęta i chłopcy – 1000 m

Przygotowując się do startu, słyszeliśmy, że poranna frekwencja była tak wysoka, że … zabrakło medali (a było ich przecież aż 500!). Oczywiście medale zostaną domówione i zawisną na piersiach każdego ze startujących.

Bardzo budujący jest fakt, że dzieci startowały za darmo. Bardzo cieszy to, że wystartowało tylu młodych biegaczy, których pewno niedługo spotkamy na starcie „dorosłych” biegów. Brawa dla organizatorów i sponsorów! 

Dodając porannych uczestników, do tych z biegu na 10km myślę, że to była jedna z największych imprez biegowych regionu.

IV BIeg Pszczyński Carbo Asecura 2015

Ciekawostki

W każdym biegu są różne ciekawostki wpadające w oko lub ucho.

1. Biegnę sobie grzecznie już drugi kilometr a tu ktoś mnie trąca (w tym momencie mój umysł wskakuje na wyższy bieg – bo patrzę w twarz podbiegającego, którego zupełnie nie kojarzę – a może powinienem – ale przecież WSZYSCY moi znajomi są na bank przede mną – a tu ten podbiega z pytaniem…. czy pracuję w PKO BP! No ja nie, ale koszulka faktycznie „firmowa” bo wygrana w konkursie „biegajmy razem!”. Może osoby pracujące w PKO BP miały biec szybciej i to miał być doping? No nie wiem :) Bo przecież karteczki „Biegnę dla Maciusia” miała większość.

2. Na rynku stał sobie … No właśnie. Na pierwszy rzut oka co to mogło być? Moi życiowo doświadczeni koledzy zgadli bezbłędnie i natychmiast. A ja? Podszedłem sprawdzić jakie są aktualne ceny pochówku biegacza…Kawawan Pszczyna

Tak proszę państwa to był KAWAWAN.

3. Siedzieliśmy sobie na rynku kontemplując urocze okoliczności przyrody, krzyk rozczarowanych sępów, ryki głodnych żubrów i kołujące nisko drony, a tu wzrok mój padł na kolory aut wystawianych przez Auto Gazdę Rybnik. No sami powiedzcie jaki to kolor. Wiśniowy? Czy to jest fair produkować dobre samochody w kolorach spoza podstawowej „męskiej” palety kolorów?

Auto Gazda

4. A propos sępów. Poszliśmy – tradycja taka pobiegowa – coś zjeść poza pakietem biegowym. Zapomniałem opisać w poprzednich relacjach, co i gdzie jedliśmy. No i tym razem zaniosło nas na rynek. Niestety w jednej z pizzerii nie można było płacić kartą. Do tego właściciele byli głównie zajęci komentowaniem „głupoty klientów” nie widzących stojaczka „rezerwacja” na blacie. Przeszliśmy do lokalu obok i … Spędziliśmy tam ponad godzinę czekając na zamówienie. Permanentny zastój w kuchni. Do tego zgłodniały mgr inż. Anioł otrzymał zupę, która była … zimna. A nie był to chłodnik. Już po 15 minutach odgrzewania zupa powróciła triumfalnie na stolik. Po kolejnej półgodzinie czekania i my otrzymaliśmy taki-sobie posiłek. Dziękuję ale następnym razem zjemy poza pszczyńskim rynkiem częścią „pizzową”.

Eat5. I na koniec – uwielbiam czytać napisy koszulkowe. Zawsze coś ciekawego znajdę, niestety rzadko sfotografuję. Tym razem zdążyłem! Genialne w swej prostocie. Więc… Do następnego razu!

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. Iwona Ad pisze:

    Bardzo fajna impreza!!! Dzieci szczęśliwe dumne z odznaczenia a my?… no cóż….. pakiet startowy 40 zł, dojazd 20 zł, satysfakcja z przekroczenia mety (pomimo upału) BEZCENNA:D.

    Fajna relacja, bardzo miło powspominać i oczywiście czekamy niecierpliwie na kolejny V już bieg w przyszłym roku:) Do zobaczenia:)

  2. Head Divided pisze:

    Jej, gratuluję ukończenia tego biegu! Przyznam szczerze, że w tym temacie jestem zielona – nigdy nie brałam udziału, ale poobserwować mogę :)
    Najbardziej powalił mnie ten kanawan – niezła motywacja :D
    No i bardzo fajnie,że razem z innymi biegaczami udało się uzyskać tyle pieniędzy!

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję :) Na całe szczęście odsetek „poległych” biegaczy na trasie nie był wysoki :)
      A biegi „celowe”, gdy się komuś pomaga bardzo motywują biegaczy. Biegając móc zrobić coś dobrego – ideał

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.