Relacje

IV Żorski Bieg Ogniowy – relacja

IV Żorski Bieg Ogniowy 2016

11. maja o godzinie 22:00, raptem w trzy dni po naszym starcie w biegu Wings for Life w  Poznaniu, stanęliśmy z Tomkiem na starcie IV Żorskiego Biegu Ogniowego. Ta relacja będzie kolejną relacją (po WFL) pisaną równocześnie przez nas dwóch. I nieustająco jestem ciekaw jak Wam się taka wersja podoba. Tak więc tym kolorem będzie pisał mgr inż. Anioł.


Biegacz bez życiówki

Rok temu miałem w tym biegu wystartować. Niestety rosnąca gorączka godzina po godzinie odbierała mi nadzieję na jakikolwiek udział w Biegu Ogniowym. Rano twierdziłem, że będę w biegu startować, około południa już czułem, że najwyżej to dam radę powolutku potruchtać w biegu, około 16:00 chciałem jechać na ten bieg jako kibic a o 22:00 leżałem jak kłoda z 40’C temperatury.

W tym roku było optymistyczniej, jedynie obawiałem się zmęczenia po niedzielnych poznańskich 15 kilometrach. Wieczór wcześniej „odrobiłem” zapisane przez trenera 4km i dwa całkiem szybkie rytmy. Nie było źle. Ale moja forma była nieustającą zagadką. Bo wiecie co, ja to do tej pory nie miałem takiej porządnej, zmierzonej życiówki na 5km. Wszystkie moje wyniki na 5km pochodziły z międzyczasów, bądź właśnie z Żor, z Biegu Tropem Wilczym – a to był leśny bieg. 26 minut, 24 minuty – to wszystko była abstrakcja.

Czym jest Żorski Bieg Ogniowy

Teraz ja ? Już ? Aha… :-) No to kilka słów o pewnej żorskiej tradycji. Żory to miasto, w którym mieszkam od 29 lat,  które kiedyś było nazywane tym koło Rybnika. Od paru lat, odkąd miasto jest świetnie skomunikowane „Bursztynową” autostradą A1 z resztą świata, to raczej Rybnik leży koło Żor :-)

Nazwa miasta, które miejskie prawa otrzymało w 1272 roku wzięła się od wielkich pożarów, które w historii zdarzały się tu wielokrotnie. Jeden z większych pożarów wybuchł w 1702 roku, zniszczył drewnianą zabudowę  śródmiejską oraz wieżę kościoła farnego. Wtedy, na zgliszczach Śródmieścia, mieszkańcy modlili się, odbyli procesję i obiecali, że będą ją odbywać co roku.

Tradycja ta trwa do dziś. W tym roku, przy jak zawsze zgaszonych latarniach miejskich i w mroku, po raz 314, tłumy mieszkańców, trzymając w rękach pochodnie i świece przemaszerowali przez Starówkę.

swietoogniowe1(zdjęcie Dziennik Zachodni – Marcin Lustig )

Przed 4 laty, do wydarzenia tego dołączyła jeszcze jedna tradycja. Żorskie stowarzyszenie biegaczy HRMax organizuje na zakończenie święta bieg ulicami miasta. Bieg niezbyt długi, bo jedynie 5 kilometrowy, ale za to z niezapomnianą atmosferą nocy, świateł pochodni i pokazów ogniowych.

Żorski Bieg Ogniowy start(zdjęcie WirtualneZory.pl – Remigiusz Sitko)

Pakiet

Dzięki uprzejmości mgr. inż. Anioła, pakiet miałem odebrany i mogłem przyjechać do Żor na godzinę 20:30 i u niego na podwórku zaparkować stalowego rumaka. W pakiecie to co najważniejsze dla biegacza: numer startowy i koszulka – ale nie techniczna ale „cywilna”. Do wygodnego noszenia. I takie coś to ja rozumiem – mam pół szafy plastikowych koszulek, których pewno nigdy nie ubiorę. W zimie biegam w jednej. W lecie w innej. I sporadycznie korzystam z tych biegowych. Żorskie pakiety są dla mnie zawsze wzorem i przykładem. Rok temu był świetny buff, z którego intensywnie korzystam oraz torebka na pas, która już od tegoż używania zdążyła mi się rozsypać. Miała prawo.

Strategia na bieg

Tomek uprzedzał mnie, że trasa jest trudna. Oddam mu tu głos, tak się składa, że biega po tych okolicach codziennie.

Faktycznie, tak się składa, że Żory nie są położone na terenie płaskim. W samym Śródmieściu są dwa solidne wzniesienia, na które prowadzą długie podbiegi. Organizatorzy urozmaicając bieg, prowadzą trasę właśnie przez te dwie górki. Natomiast początek i koniec biegu rozgrywa się na żorskiej Starówce, dwukrotnie przebiega się przez Rynek, a start i finisz znajduje się nie gdzie indziej, tylko pod kościołem św. Filipa i Jakuba. Pod tym samym, z którego rusza wcześniej ogniowa procesja.

Żorski Bieg Ogniowy profil trasy

Kontynuuj zatem Pawle.

Z moich obserwacji dostępnego profilu trasy wynikało, że pierwsze 1,5km mogę biec z prędkością maksymalną. Kolejne dwa następujące po sobie podbiegi wykasują mi z życiorysu dwa kilometry, a jeśli odzyskam oddech, to ostatnie 1,5km poświęcę na rozpaczliwe próby wentylacji i finiszowania.

Tomek wskoczył na fotel pasażera i ruszyliśmy dokonać „odbioru technicznego” trasy. I ten objazd pięknie wkodował mi trasę w głowę. Dla mnie mało istotnym detalem był ten, że znaki drogowe były owinięte materacami, dużo ważniejszy był układ  złośliwych podbiegów. Które dawały niewielką szansę na wykorzystanie ich lepszych stron czyli zbiegów. Długi podjazd pod Statoil, nawrotka na rondzie, gazem w dół, skręt, kolejny podbieg z wykańczającymi ostatnimi metrami, no a potem… Potem modlitwa o metę.

W drodze na bieg

Jakkolwiek mgr inż. Anioł by nie był poważny, tak ja zawsze coś muszę zmalować. Tym razem postanowiłem ocalić moją superkoszulkę z biegu Wings for Life przed niszczącym działaniem czterech agrafek (a wybrałem ją, bo jest ładna a do tego cała biała – idealna na nocny bieg) i wziąłem opisywany przeze mnie pasek Kalenji na numer startowy. Są na nim trzy „piny” które dziurawią otrzymany numer i (po nałożeniu nakładek) mocno go trzymają. Ale sama konstrukcja budzi pewne wątpliwości. Dlaczego miejsce na numer jest węższe niż większość numerów? To jest sprężynujący pasek i może trzeba go było naciągnąć? Tomek też taki pasek miał, ale nieużywany. No to ja ten pasek naciągnąłem. Tylko naciągnąć należało przed nadzianiem nań numeru. A nie po nabiciu – donośny trzask obwieścił naderwanie numeru. Ajajajajaj! Ale co tam, dwóch inżynierów, taśma klejąca i proszę, nawet numer lepiej wyszedł po „liftingu” niż oryginał – bo wzmacniany.

Kolejną sporną kwestią była wysokość mocowania paska mierzącego tętno. Absurd sięgnął zenitu, dwóch panów startujących w kategorii M40, przesuwających paski pulsometrów gdzieś z okolic serca na mostek… W te i we wte bo powinno być wyżej, bo serce ponoć znajduje się tu a nie tam…  Ale ten temat pominę, przejdźmy już do rozgrzewki.

Pobiegliśmy w kierunku rynku, dokąd zmierzała coraz liczniejsza grupa Żorzan. Już w połowie drogi zasapałem się a tętno radośnie podskoczyło powyżej 160ud/min. Tomek rozgrzewał się w dużo szybszym zakresie tempowym, niż ja to praktykowałem. Ale po chwili tętno weszło w startowy rytm, było dobrze. Jeszcze krótka wizyta na zaciemnionym rynku, no i pobiegliśmy na okoliczny parking aby się rozgrzać detalicznie. Machałem metodycznie wszystkimi kończynami we wszystkich możliwych kierunkach. Pot lał się obficie. I byłem gotów.


Tu się jeszcze cofnę na moment do popołudnia. Biegi wieczorne to rewelacyjny pomysł. Tyle tylko, że wyobraźcie sobie jak rzęsistymi łzami opłakałem fakt, że na obiad nie mogłem zjeść zupy fasolowej ani dobrać dokładki makaronu. I tak o głodzie pojechałem biegać. Współczujecie mi?


Startujemy!

Tuż przed godziną 22:00 zameldowaliśmy się przed startem biegu. Wymienialiśmy uprzejmości i życzenia udanego startu ze znajomymi biegaczami, panowała atmosfera pikniku i biegowej radości.

Dołączył do nas, znany Wam z niektórych poprzednich relacji Sylwek, również żorzanin.

Sylwek, Paweł, Tomasz trio przed Żorskim Biegiem Ogniowym

To jeden z niewielu biegów, w których nie zagoniono nas na pół godziny przed do stref startowych żeby w nerwach oczekiwać oficjalnych przemówień i zaleceń. Wszyscy startujący wiedzieli, że bieg rozpocznie się po 22. Moje nogi już same tańczyły gotowe do akcji. Krótka rozgrzewka, ostatni komunikat policyjny, że trasa wolna…

O godzinie 22:10, po chóralnym odliczeniu od 10 do 1, wystartowaliśmy. Strategicznie byliśmy ustawieni z przodu co narzuca ostry start od pierwszych metrów i trzymanie tempa. W tym biegu wyjątkowo właśnie tak chciałem pobiec. Pierwsze półtora kilometra prawie do odcięcia. Pierwszy zakręt spowodował niesamowite wrażenie. Biegliśmy w gęstym tłumie tak szybko, że miejscami widać było uciekający bruk pod nogami! Niewiarygodne uczucie, jakby się płynęło rzeką! Po pierwszych pięciuset metrach zbiegłem na bok by odrobinę zwolnić. Biegło mi się świetnie, ale zbyt szybko.

IV Żorski Bieg Ogniowy

fot. Kuba Kozłowski

Zbliżał się pierwszy podbieg, bardzo, bardzo długi – opuściłem głowę. Zawsze tak robię by dać odpocząć psychice. Pod koniec górki, przed rondem usłyszałem okrzyk Tomka, który już zbiegał, po nawrocie. Ten to ma sokoli wzrok! A ja… Ja byłem zadyszany, ale trzymałem tempo a nawrót był blisko. Uwierzyłem, że w tym biegu zrobię fajną życiówkę.


Ja w przeciwieństwie do Pawła biegłem ten bieg po raz trzeci. I tu właśnie ustanawiałem moje jedyne życiówki na 5 km. 23:31 w roku 2014 (bieg z pełnym brzuchem w dniu Pierwszej Komunii syna) i 22:12 w 2015, tydzień po maratonie w Pradze.

Tym razem w nogach miałem tylko 23,5 km z Wings For Life i celowałem w kolejną życiówkę. W końcu gdzie jak nie tu, gdzie znam tak wielu uczestników i nie wypada dać plamy :-)

Ruszyłem ostro, szukałem szybko kogoś kogo znam z dobrych wyników i kto nada fajne tempo. Ale Ci najszybsi uciekli jeszcze przed skrętem na Rynek, pozostało więc trzymać się tempa poniżej 4’00 i walczyć :-) To że na górkach stracę było wiadomo.

Niestety na mnie obiektywy nie łapią ostrości tak pięknie jak na Pawle :-)

IV Żorski Bieg Ogniowy

Fot. Kuba Kozłowski


Biegłem dalej, naprawdę biegło mi się dobrze, szykowałem się na kolejny podbieg, który miał zadecydować o czasie na mecie. Długi. Dobijający na końcu. Znowu pojawiła się myśl i chęć o zwolnieniu do marszu. Nigdy! Tu wiedziałem, że mogę spokojnie pobiec „do odcięcia”. To tylko 5km! Tyle przecież przebiegłem „na maksa” w Poznaniu w upale, dam radę i tu! Przy zakręcie na podbieg stali wolontariusze z pochodniami. Otaczał ich nieziemski zapach spirytusu czy innego łatwopalnego płynu. Byłem ciekaw czy po wprowadzeniu takiego powietrza do płuc te zapłoną czy może mnie przytka. Biegłem dalej.

Dobiegłem do szczytu podbiegu, nabrałem oddechu i, kurczę, zostało już tak niewiele do mety… Czas przyspieszyć. Tak uczyniłem. Ostatnie zakręty, wbiegliśmy w okolice rynku. Słyszałem metę. Nabrałem oddechu, na ostatniej prostej „wypuściłem” nogi tak, żeby to one zaniosły mnie na metę. Przypomniały mi się słowa Radka z Inżynierii Biegania, który mówił jak biega się „rytmy”. Ładnie, zwrócić uwagę na sylwetkę, krok, mam być wyprostowany. Tak więc się ustawiłem dając nogom mnie ponieść (płuca i reszta zostały).

IV Żorski Bieg Ogniowy

Fot. Kuba Kozłowski

Bookworm w wersji Lokomotywa – przepraszam nie mogłem się powstrzymać :-) mam nadzieję, że mi tego nie ocenzuruje :-)

Wpadłem na metę walcząc o ostatnie metry i ułamki sekund. Wbiegłem prosto na Marcina, który szybko mi przybił piątkę i wręczył butelkę z wodą. Dzięki Dobra Duszo! Obok był Tomek, pytający o czas. Czas?? Czyżby w okolicach 23 minut??? Na zegarku zatrzymał się czas przy 23 minutach i kilku sekundach. Kosmiczny dla mnie wynik!

Czekałem popijając wodę…. Jest sms! 22:55! Boże, dokonałem niemożliwego! Marzyłem o czasie ok. 24 minut, czysto teoretycznie kalkulowałem czy dam radę urwać kilka sekund…

Zerknijcie jeszcze na fotkę powyżej, ale tym razem nie na tego zadyszanego biegacza na pierwszym planie. W pomarańczowej koszulce biegł Adam, który biega szybciej niż ja. Od jego pierwszego oficjalnego biegu – właśnie w Żorach, w ubiegłym roku – w biegu ulicznym na 10km. Tym razem miałem nieuchwytne wrażenie, że wpadłem na metę pierwszy. I co? Jednak to on był szybszy, choć ja wbiegłem pierwszy na metę. Ale Adam startował z dalszych rzędów i jego czas netto był lepszy. Gratuluję!


Wiedziałem, że jeśli na pierwszej górce nie wyjdę ponad tempo 5’00 to będzie dobrze. I było. Już po 3 km wiedziałem, że mam ponad 30 sek przewagi nad czasem z zeszłego roku.

Tak się złożyło, że przez cały bieg, dokładnie za moimi plecami biegła Kasia z HRMax, jedna z lepszych żorskich biegaczek, wciąż więc dopingowały mnie okrzyki „Kasia dawaj!” Ja też „dawałem”, a raczej nie dawałem się wyprzedzić. I tak aż do linii mety, za którą jak rzadko kompletnie nie mogłem złapać oddechu. Czas 21:23 i 121 miejsce (rok temu 180). Już po chwili pomyślałem o celu na za rok… 20 minut z kawałkiem i pierwsza 100 :-)

IV Żorski Bieg Ogniowy


Szybka słitfocia ze znajomymi… Odeszliśmy na bok, by spokojnie ochłonąć.

IV Żorski Bieg Ogniowy - Szczęśliwi za metą

fot. Dariusz Krause

Stałem tak, by obserwować osoby wbiegające na metę. Miałem się jeszcze spotkać z Agnieszką z bloga Running is my Obsession. Pech polegał na tym, że było ciemno, ludzie przewijali się szybko, a ja nie miałem jej telefonu. Ale stał się cud, ona wpadła na pomysł jak się namierzyć! Ach ta młodzież i nowoczesne technologie!

Za chwilę pojawiła się wraz z koleżanką, wraz z wielkim aparatem. Była zupełnie i całkiem podobna do swoich zdjęć z bloga, tylko brakowało Maksia – jej wspaniałego czworonoga. No to co, szybko przepytaliśmy się o swoje wyniki, wykręciła świetny czas: 25:35, który oczywiście zamierzała kolejnym razem poprawić. No… ja tam niewiele dziewczyn znam z lepszymi życiówkami, sam miałem do tego wieczora niewiele lepszą. To teraz to co tygrysy lubią najbardziej – sesja foto. Jej koleżanka z uporem próbowała wymusić na mnie niezamykanie oczu podczas błysku flesza. Za 158 razem ponoć się powiodło. Rezultat? Świetny!

IV Żorski Bieg Ogniowy Bookworm on te Run Running is my Happiness

Fot. Magda Darowska

Cóż, pożegnaliśmy się „do następnego razu” – czyli do Półmaratonu Księżycowego w Rybniku. Czas było udać się do domu, przede mną jeszcze 40 minut jazdy do domu.

Podsumowanie

Jak dla mnie Żory są wyjątkowym miastem do biegania. Raz, biegi Tropem Wilczym. Dwa – Żorski Bieg Ogniowy. Trzy – Żorski Bieg Uliczny (10km). To był mój czwarty start w tym mieście. Bieg Ogniowy był zorganizowany perfekcyjnie przez klub HRMax Żory. Biegacze wiedzą jak dobrze biegi organizować – sam bieg jest już tak kultowy, że te 700 miejsc startowych rozeszło się błyskawicznie. Za rok będzie trzeba się wykazać nie lada refleksem, żeby załapać się na listę. Gdy nadejdzie moment robienia planów na 2017 rok Żory podkreślam podwójną czerwoną kreską. Bieg obowiązkowy!


Na koniec anegdotka. W biegu nie wystartował pewien mój przyjaciel. W zeszłym roku brał udział w biegu, ale w tym nie czuł się przygotowany wystarczająco dobrze. A wiadomo, we własnym mieście należy wypaść lepiej niż na „obczyźnie”. Nie wziął  więc udziału w zawodach, ale za to wystartował ktoś, o identycznym imieniu i nazwisku, z innego miasta. I… był ostatni…. Proponowałem przyjacielowi by czym prędzej wydał oświadczenie, że to nie On :-)


21 Comments

  1. Świetna relacja!! Aż się zmachałam! Ale najbardziej się uśmiałam z pasków – najpierw z tego do numeru startowego a potem z tych hrów… Już Was widzę jak sobie dyskutujecie o tym, gdzie to najlepiej zamontować, uhuhuhuuu :)

    • Tak było! jak się okazało, to jest ważna kwestia, bo pasek mnie opuścił podczas biegu w Bielsku no i teraz z nim kombinuję jak biegacz asfaltowy z podbiegiem w górach :)

      • A Ty wiesz, że chodzi mi po głowie półmaraton crossowy… Z podbiegami itepe… Ale właśnie – jestem biegaczem asfaltowym, butów nie mam, ani techniki… Za to mam czas – do października :D

  2. Marcin Januszek

    Fajnie się czyta Wasze relacje i przyznam szczerze, że moje podejście do biegu w Żorach było bardziej lajtowe. W zasadzie 5km nie biegam, więc nie za bardzo wiedziałem jak taktycznie to rozwiązać, Pierwszy błąd taktyczny, to ustawienie się zbyt daleko linii startu. Przebić się przez ścianę biegaczy było niesamowicie ciężko. Dopiero obok Nitro było miejsce na wyprzedzanie, ale już w tym czasie miałem pierwszy kilometr minutę opóźnienia. Fakt, nie mogłem za bardzo ciągnąć do przodu, bo próbowałem robić miejsce żonie, która, miała biec za mną. Nawet nie wiem w którym miejscu ją zgubiłem, w tłumie nie mogłem sobie pozwolić na patrzenie za siebie, bo skończyłoby się to potrąceniem jakiegoś biegacza. Drugi błąd – i teraz nie wiem gdzie popełniony – kolka, której nie miałem od roku, która zdarzała mi się kiedyś tam, na początku przygody z bieganiem. Najpierw z prawej strony, potem z lewej (albo odwrotnie). Byłem tak tym zaskoczony, że za bardzo nie wiedziałem czy przyspieszyć, czy zwolnić. W zasadzie do 3 kilometra wciąż bolało, pomyślałem sobie, że jak tak ma wyglądać mój debiut w Księżycowym, to chyba się do tego nie nadaję – ta myśl przeszła po przekroczeniu linii mety. W każdym razie od tego czasu – a zrobiłem w ciągu ostatniego tygodnia kilka biegów kolka już się nie powtórzyła. Pomiar odległości. gdzieś chyba też popełniłem jakiś błąd. Przy wbiegnięciu na rynek zegarek pokazywał mi 4,6km, trochę mnie to zdezorientowało, tym bardziej, że do mety było na oko max 250 metrów, nie wiedziałem czy gdzieś jeszcze skręcamy, przecież czytałem mapę przed biegiem i miała być prosta. Przez to trochę za późno rozpocząłem finisz, ale ostatni km i tak zrobiłem poniżej 5 minut, co jest wynikiem jak na moje możliwości dobrym. Wracamy z żoną za rok, planujemy kolejne rekordy – rekordy nasze, osobiste, kolejne wyniki pracy nad samym sobą.

    Pozdrowienia dla Was Panowie , świat jest jednak malutki, bo okazuje się, że Pan mgr inż. Anioł chyba nawet może mnie jeszcze pamiętać, mimo, że w Żorach nie mieszkam już prawie 11 lat.

    • mgr inż. Anioł

      Oczywiście że Cię pamiętam :) młodszych braci przyjaciela z klasy się nie zapomina :) Btw z Andrzejem spotkałem się ostatnio po latach :) jako że w Polsce nie było nam dane to spotkaliśmy się…. w Grecji będąc na urlopie. Za to Twoją bratową czasem widuję na siłowni ! Pozdro i do zobaczenia na następnym biegu. Księzycowy ?

      • Marcin Januszek

        No tak, trzeba się spotkać 1500 km od domu, mając do siebie kilka kilometrów. Następny to Bieg Fiata, który mam najbliżej domu , tydzień później Pszczyna, kolejny dopiero to Księżycowy, później przerwa od zawodów i we wrześniu Wrocław BiegIT – impreza branżowa.Później powrót z bieganie do Żor. Do zobaczenia na trasie, może gdzieś nam się uda spotkać.

    • Wczoraj na profilu biegu wrzucono świetny filmik, który idealnie opisuje to, co napisałeś – czyli start. Dopiero patrząc nań zrozumiałem to dziwne uczucie śmigającego na starcie podłoża :) Poszliśmy jak z procy ;) U mnie zegarek pokazał 4,9km, nawet nie ścinałem rogów – na jednym z zakrętów mnie „wyniosło” z wewnętrznej na zewnętrzną taki pęd był :D
      A z kolkami jest tyle różnych teorii… Ja pilnuję mocno przedstartowej diety i to na poprzedzające start dwa dni. Unikam błonnika i tych warzyw, które powodują efekty uboczne. To zazwyczaj działa. Zazwyczaj, bo pamiętam te chińskie tortury podczas Cracovia Półmaraton, kolkę miałem z lewej i z prawej i przez kilka kilometrów przed finiszem, jakoś się do mety dowlokłem ale trzymało jak rzep psiego ogona… No i każdy bieg nocny, popołudniowy jest ryzykowny, bo obiad zjeść trzeba, ale bardzo lekki. Nie zawsze to jest możliwe.
      Rekordy osobiste, jak i „rekordy danej trasy” są miłe, oby tylko zawsze w dobrym zdrowiu biegać – czyli do zobaczenia na trasie, może już na Księżycowym?

      • Marcin Januszek

        Muszę sobie zrobić kilka nocnych treningów, żeby wyczuć organizm, bo kolka odbiera radość biegania. 5km kołki to można przeżyć, ale biec półmaraton z kolką, to tak średnio.

        Faktycznie wygląda to niesamowice. Ciasno. Z pewnością za rok zobaczycie mnie w pierwszej linii na starcie ;)

        Tak, jak pisałem niżej Tomkowi, Księżycowy to trzeci w kolejności najbliższych biegów. Do zobaczenia na trasie. Z niecierpliwością czekam na Wasze kolejne relacje.

  3. Bardzo proszę o kontynuowanie wspólnych relacji. Świetnie się uzupełniacie. :)
    Ciekawa historia miasta, ta tradycja też interesująca, a Żorzanin brzmi pięknie.:)
    No cóż, kolejna relacja, po której włącza mi się tryb – jak też tak chcę. :)
    Tylko ja nie mam w nogach takich motorków jak Wy. Jeszcze raz gratuluję. Brawo. :)
    Ps. A tak w ogóle, to ja też osiągam podobne wyniki jak Wy w tym biegu, tylko że na dystansie 3 km. :P ;)

    • … jeszcze nie masz takich motorków jak my :) Wiesz, powoli po prostu się wiele da wyćwiczyć :)

      • No wiem wiem, na takie wyniki trzeba sobie zapracować, moje kenijskie geny, których próbowałam się na siłę doszukać nic tu nie pomogły. :)

        • mgr inż. Anioł

          Po co Ci kenijskie :) ? bedziesz wtedy przeraźliwie chuda, a na dodatek gdzie się nie pojawisz to będziesz musiała co najmniej być na pudle, wiesz jaki to stres ? :) a tak, amatorsko, pyk-pyk dla własnej radochy to lepiej :)

          • Na pudle?? I chuda?? Przekonałeś mnie. Nie mam nic wspólnego z Kenią. Nic a nic. :)

          • No i Kenijki nie robią TAKICH ciast :D fiu fiu….

          • Może robią lepsze? I ładniejsze? Bardziej czekoladowe? :D Ale dziękuję za uznanie. :)

  4. Sceneria biegu wyjątkowa – pochodnie dodają klimatu. Gratulacje.

  5. Gratuluję super wyników! Zachęciliście mnie do tego biegu, w przyszłym roku będę czyhać na zapisy :)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén