Rybnik godzina 22:00, odliczamy sekundy dzielące nas od startu IX Półmaratonu Księżycowego w Rybniku – już za chwilę zaczniemy przemierzać trasę zawodów, na które obaj zapisaliśmy się niespodziewanie, a w których start obu z nas stał do niemal ostatniej chwili pod znakiem zapytania.

Dwa tempa biegu, dwa kolory czcionki, trzy okrążenia tej samej trasy, co dwa lata temu i 21 kilometrów walki z naszymi życiowymi rezultatami na wymagającej rybnickiej trasie – to wszystko spotkacie w naszej poniższej relacji.

Nic dodać, nic ująć. Dla mnie to czwarty start w tym biegu. Niewątpliwy sentyment i fantastyczna atmosfera czerwcowego wieczoru. Spoglądam w górę i jest! Jasno świeci księżyc, tak żeby nie było żadnych wątpliwości, że nazwa biegu jest trafnie dobrana. W trakcie zawodów go już nie zobaczę, nie będę podnosił głowy tak wysoko, teraz za to gapię się w niego z uśmiechem, tak jakby stamąd miała na mnie spłynąć jakaś dodatkowa energia.

Problemy

Pakiet odkupiłem na niecałe trzy tygodnie przed startem od Marka, któremu serdecznie dziękuję za jego odsprzedaż. Po Wizz Air Katowice Half Marathon czułem niedosyt – choć poprawiłem tam wynik życiowy, to przypuszczałem, że w nocnych warunkach wynik byłby dużo lepszy niż urwane 11 sekund na ostatnim podbiegu.

Niestety, to nie jedyne co czułem po katowickim starcie – odezwał się ból w okolicach piszczeli – ale tę historię opisałem >>> dość szczegółowo <<<.

Ostatecznie o formie przedstartowej nie wiedziałem nic, po dwóch tygodniach rehabilitacji i lekkich treningów mogło być dobrze, ale wcale nie musiało.

Przy tym pogoda kręciła, szalała, kombinowała – od sobotniego poranka za oknem obserwowałem kolejne fale deszczu i wichurę. Wieczorna prognoza była na szczęście sprzyjająca. Tymczasem Tomasz…

Tymczasem Tomasz, siedząc na tarasie apartametnu w Piwnicznej Zdrój, 15 czerwca, w wieczór poprzedzający start w ultramaratonie Visegrad, zastanawiał się co będzie po tymże biegu. W planach do końca lipca nie było już nic, oprócz urlopu. I jakoś tak smutno mi się zrobiło. Urlop dopiero po 10 lipca, a do tego czasu zero zawodów. Paweł już wcześniej powiedział mi, że chce startować w Rybniku. Pomyślałem, że jak ultra pójdzie dobrze to i ja się zapiszę. Ale gdy niespodziewanie w ten sobotni wieczór pojawiła się możliwość przejęcia pakietu od kolegi nie zastanawiałem się ani chwili. Czułem, że pożegnanie pierwszej części sezonu w Rybniku będzie świetnym wyzwaniem. Byłem pewien, że kilka dni odpoczynku mi wystarczy by się zregenerować.

 

IX Półmaraton Księżycowy to sprawna organizacja

To co w Rybniku nigdy nie zawodzi, to organizacja. Wszystko jest przemyślane, dopięte na ostatni guzik, odpowiedzi pojawiają się w kilka chwil po zadaniu pytania. Tak było, gdy pytałem o procedurę przepisania pakietu, tak samo szybko odebrałem pakiet korzystając z wolnego sobotniego popołudnia. Pakiety można było też odbierać w piątek, a we wspomnianą sobotę już od godziny 16.00. Nie było tak bardzo irytującej konieczności odbioru pakietu na 2 godziny przed startem i późniejszą smętną kontemplacje otoczenia.

Biuro zawodów błyskawicznie przetwarzało przybywających, otrzymałem numer startowy, pakiet startowy a w nim poręczną saszetkę, plastikowy kubek wielorakiego użycia, świecący pręcik i odrobinkę makulatury.

Pakiet na IX Półmaraton Księżycowy

fot. Edyta Połomska

O własnie  – powyższa fotka pięknie prezentuje co było w pakiecie. Zapomniałem się przyznać, że odebrałem trzy pakiety startowe – dla Edyty i Grzegorza – tu kolejny plus dla organizatorów, wszystkie niezbędne dokumenty można było wypełnić i wydrukować w okamgnieniu.

Tak jak pisałem – w biurze kolejek nie stwierdzono.

biuro zawodów Półmaraton Księżycowy

Rzut oka na linię startu… Tu już za kilka godzin ruszymy na trasę.

Meta IX Półmaratonu Księżycowego

A tu nam będą polewać

wodopój IX Półmaraton Księżycowy

Ciekawe jak będzie z pogodą? Przez chwilę zrobiło się pogodnie i sielsko:

miasteczko biegacza IX Półmaraton Księżycowy

To zrobiłem sobie selfika.

bookworm przed biurem zawodów IX Półmaraton Księżycowy

Wróciłem do domu. Chciałem jeszcze zrobić małą drzemkę, ale emocje już rosły.

Starty wieczorne są trudne, nie tylko ze względu narastających emocji, ale też wymuszonej diety. Śniadanie można zjeść normalne, obiad lekkostrawny, pojawia się pytanie co zjeść później. Tym razem dmuchałem na zimne, obiad to makaron, kolacja to tylko banan. Przed 21:00 parkowałem na parkingu naprzeciw strefy biegacza.

Ja się pozwolę z Kolegą nie zgodzić :-) dla mnie starty wieczorne są wymarzone bo niemal pokrywają się z moimi treningami. Zwykle biegam wieczorem i mój organizm łatwiej się wtedy zgadza na wysiłek. Ja właśnie rano mam problem z jedzeniem, bo trzeba wstawać wcześniej, jeść 2-3 h przed startem. A tak mam luzik. Obiad o 15:00, kolacja lekka ale kaloryczna o 19:00 i mogę biegać wieczorem ile trzeba.

Też odebrałem pakiet wcześniej i też mam fotkę. Swoja drogą masakra. Stare chłopy, a nie dość że biegają po mieście nocami to jeszcze się fotografują :-)

Przed startem poczułem straszny głód, szybko wskoczyłem więc do Decathlonu i kupiłem najmniejszy batonik – za całe 1,49zł! Tak się kończy głodzenie przed biegiem.

Już po chwili wchodziłem na teren miasteczka biegowego.

Postanowiłem zrobić zdjęcie okolicom startu, przymierzyłem się, wstrzymałem oddech i… poczułem falę uderzeniową zmiatającą mnie, aparat i ostrość w zdjęciu.

Dzień dobry! DZIEŃ DOBRY! DZIEŃ DOBRY!

To witał mnie Krystian, współtwórca ultramaratonu 40 rybnickich rond, który wypatrzył mnie stojącego w charakterystycznej reporterskiej pozie. Wstałem z kolan i poszedłem się przywitać i życzyć udanego startu.

Trasa biegu i nasz chytry plan

Skupienie, skupienie, skupienie tak można podsumować odprawę przedstartową. Na miejscu był Kamil, który wziął ekipę Fizjofunk na bok, rozgrzaliśmy się pod jego fachowym okiem i przyjęliśmy założenia startowe. Spójrzcie na trasę biegu:

trasa IX Półmaraton Księżycowy

Pierwsze dwa kilometry to podbieg pod rondo gliwickie. Tu nie ma zmiłuj, podbieg boli, jest podzielony na kilka etapów przedzielonych zbiegiem na ulicy Żużlowej. Później kierujemy się na ulicę Gliwicką, plac Wolności, zakręcamy na rynek, następnie trafiamy na ulicę Rudzką, z której pierwsza część męczy nas podbiegiem. Ale gdy trafiamy na Obwiednię Północną i gdy widzimy supermarkety to znak, że zbliżamy się do końca siedmiokilometrowego okrążenia. Procedurę powtarzamy trzy razy pamiętając o zbiegnięciu na ostatnim kółku do mety.

Jaki więc był plan na bieg? Pierwsze dwa kółka w tempie 5’00 min/km, na trzecim przyspieszyć na tyle, na ile wystarczy sił. Podstawą było utrzymanie tempa na podbiegu, ewentualna lekka korekta prędkości przy zbieganiu i równy, bardzo równy bieg. Taki rezultat miał nas, wraz z Mirkiem wprowadzić w strefę życiówki poprawionej przynajmniej o minutę. Inna sprawa z Kasią, której życiówka była lepsza od naszych o trzy minuty, musiała wcześniej wypracować przewagę czasową i na ostatnim kółku ją również zwiększyć.

Ja nie miałem żadnej odprawy. To znaczy odprawiłem się sam. Trochę się popukałem po głowie, bo po ultra miałem jakieś dziwne problemy z krtanią i coś mi tam wewnątrz szeptało, że bieg na maksa to może nie najlepszy pomysł. Ale przegoniłem szeptacza, zacząłem się rozgrzewać w samotności i z muzyką Armina Van Buurena w słuchawkach.  I odkryłem przedziwną rzecz. W nogach była moc. Nie biegałem prawie tydzień, po górach złapałem świeżość. Czułem się jak husky z sankami za sobą. Chciałem biec. Ostatni raz pobiłem życiówkę w kwietniu w Dąbrowie Górniczej, wynosiła 1:35:35. Pomyślałem, że w tej świetnej wieczornej temperaturze jest okazja skończyć szybciej. Nie wiedziałem czy jakieś osłabienie z powodu krtani mnie nie dopadnie, ale pomyślałem…. niech mnie goni. Póki co trzeba zacząć ostro!

To co, czas na start?

Ruszyliśmy! W powietrze wystrzeliły kolorowe konfetti, a ja starałem się torować drogę Kasi – tradycyjnie tempo osób biegnących przed nami było niższe, niż nasze docelowe. Wkrótce znaleźliśmy także Mirka, od tego momentu biegliśmy już razem. Bardzo, bardzo pilnowałem tempa, ale i tak byliśmy cały czas szybsi o 5-10 sek. na kilometr od założeń.

Pierwsze kółko było bardzo zapoznawcze i ostrożne, delektowałem się trasą, nocnym chłodem i pięknem kibicującego Rybnika. A propos kibicowania – Mirka pozdrawiało pół Rybnika, strategicznie rozmieszczone na trasie. Znany człowiek, no a ja byłem jego pilotem. Czułem się więc bardzo ważny i potrzebny, co najmniej tak, jak przerywnik reklamowy podczas dobrego filmu sensacyjnego.

Pod koniec pierwszego okrążenia zdystansowała nas Kasia – a właściwie zniknęła w tłumie biegaczy biegnących wspólnie, którzy nas wyprzedzili po jednym z wodopojów. My biegliśmy bardzo równo, co kilometr rzucałem tylko krótko ile mamy sekund zysku na danym kilometrze, wstrzymując szybszy bieg niezmordowanego Mirka.

Wieczór był wymarzony na bieganie, chłód, brak wiatru, podświadomie szukałem problemów z oddechem czy ze zmęczeniem – tak jak to miało miejsce podczas Wizz Air Katowice Halfmaraton, gdzie męczyłem się już podczas pierwszych kilometrów.

Tu biegłem prawie na luzie, gdyby nie wysokie tętno, uznałbym bieg za intensywny trening.

Mirek regularnie na każdym okrążeniu pochłaniał żel, ja swój zjadłem ok. 12 kilometra. Przy okazji dowiedzieliśmy się od jednego z biegaczy, że żele to placebo, tylko się żołądek niszczy. Cóż… Niech to powie ultrabiegaczom, że to złuda – to daleko zabiegną. Tu mała dygresja – po raz pierwszy na półmaratonie gdybym chciał to bym mógł jeść banany w miejsce żeli – były cały czas dostępne w dużej obfitości. Podobnie z wodą na trasie, na każdym okrążeniu były dwa wodopoje oraz jeden dodatkowy przygotowany przez Rybnicką Grupę Biegową i Ochajorun&Friends.  Na większości punktów brałem kubeczek z wodą i piłem łyk-dwa – choć naprawdę nie było takiej potrzeby.

Ja ustawiłem się w miarę z przodu. Pamiętałem, że na początku jest górka. Jak pobiegnę ją mocno to nie będę się musiał przepychać na wąskich uliczkach chwilę później. No i wyrwałem jak dzikus! Tak, wiem. Wszystko wiem, tak się nie robi. Trzeba rozsądnie. Rozkładać siły. Ale ja tego dnia miałem ochotę na ułańską szarżę. Chciałem zacząć poniżej tempa 4’30 i tak skończyć, jeśli sił wystarczy.

Pierwsza pętla szła jak po maśle. Bałem się, że aż za szybko. Biegłem tempem na 10 km, nie na półmaraton. Ale co tam. Już był Rynek, już była Rudzka. Co chwila z kimś się ścigałem. Muzyka napędzała rytmicznie. Dobiegłem na metę pierwszej pętli poniżej 31 minut. Zjadłem żel, popiłem pochwyconą w kubku wodą i w drogę na drugie 7 km.

Rybnik dopinguje, a my biegniemy kolejne pętle

Rybniczanie dopingowali w sposób głośny i oszałamiający. Na całej trasie, może poza Obwiednią, stały i kibicowały całe rodziny. Rynek był miejscem specjalnym – tam też był Zibi z którym przybiłem „piątkę” przy drugim kółku.

Bardzo bawił mnie jeden z punktów nagłośnieniowych pod koniec okrążenia – przy jednym z rond – głośniki emitowały szlagiery z cyklu „Oczy zielone”, trudno było się nie śmiać przebiegając obok.

Mnie też napędzali dopingujący. Zwłaszcza Ci na Rynku. Jak tu nie przyśpieszać? Na każdej pętli spotykałem Marka, kolegę z pracy. Mimo, że się przemieszczał i zmieniał miejsce, za każdym razem udawało nam się przybić piątkę!

Na drugim kółku właściwie nie zwalniałem. Uśmiechnąłem się na 10 km, minęły 43 min i 42 sek. Czyli życiówka na 10 km zrobiona! I co teraz? Osłabnę? Nic na to nie wskazywało, biegłem równo, tętno spokojne. Ani się obejrzałem gdy drugi raz przebiegłem przez strefę mety. Na 14 km miałem czas poniżej 1h 2 min. Zatem jeśli nie dopadnie mnie jakiś kataklizm to z pewnością przybiegnę poniżej 1:35.

Tym razem żel zjadłem przed podbiegiem. Wiedziałem, że pierwsze 2 km ostatniej pętli to jedyne miejsce, gdzie mogę nie utrzymać tempa. Nie chciałem na to pozwolić. Biegliśmy w czteroosobowej grupce. Biegacze obok towarzyszyli mi właściwie od startu. Spojrzałem na górkę koło stadionu. Górka? Jaka górka! Makowica to była górka, a tu jest lekkie wzniesienie. I za diabła nie pozwolę, żeby mi kazało zwolnić. Głowa w dół i jedziemy! Zgubiłem towarzyszy. Byle do Gliwickiej. Tam już będzie w dół i znów Rynek.

Na końcu drugiego okrążenia dognaliśmy Kasię, nie było już konieczności pilnowania tempa, każde z nas musiało rozegrać końcówkę po swojemu. Gdy po trzecim podbiegu odzyskałem  płynność oddechu – przyspieszyłem. Czułem w powietrzu zapach życiówki, z pobieżnych obliczeń wynikało, że przybiegnę ok. 1:43-1:44 co stanowiłoby wymarzony rezultat. Ale nie przełączałem na zegarku ekranu estymacji – udawało mi się utrzymywać tempo w okolicach 4’40 min/km, nie czułem zmęczenia tak charakterystycznego dla ostatniej części półmaratonu, byłem zmobilizowany do walki na ostatnich kilometrach.

Przyspieszenie przyniosło ulgę dla uszu, przez ostatnie kilometry obok nas biegł ktoś z włączonym głośnikiem, a na nim muzyka typu umc-umc-umc, tego da się słuchać, ale nie przez 21kilometrów półmaratonu!

Mnie zostały 3 km. Czas był świetny. Już nie myślałem żeby przybiec poniżej 1:35. Wiedziałem, że mogę urwać jeszcze wiecej i zmierzyć się z 1:34. Ale trzeba było cały czas biec w okolicach 4’25 min/km. Tetno trochę przyśpieszało. Minąłem punkt z wodą na Rudzkiej. Ostatni łyk wody przed metą.

fot. ze strony organizatora

Spojrzałem do przodu. Muszę mieć cel. Wirtualnego pacemakera. Wybrałem 3 osoby z przodu, 100, 150, 200 m przede mną. Teraz zadaniem było ich dogonić. Jeszcze przed rondem Wawok. Za rondem kolejni. Tych dwóch też muszę dogonić. Nagle minęła mnie dziewczyna. Biegła mocno, pomyślałem, że ze sztafety. Ale nie, ona też biegła półmaraton. Szacun. Nie utrzymałem jej tempa. Szybciej niż 4’20 już biec nie mogłem. Jeszcze doping bębnów, Castorama, ostatnie rondo. Chciałem popatrzeć na czas, ale przypomniał mi się finisz maratonu w Kopenhadze gdy prowadzący mnie kolega krzyczał „pie***ol zegarek!”. Słusznie, finisz na maksa.

Minąłem metę z czasem 1:33:54! Półtorej minuty szybciej niż w najlepszym dotąd półmaratonie. Ale jeszcze bardziej mnie cieszyło to 6 sekund. Dużo i mało. Ale cieszyło :-) Zająłem 130 miejsce w kategorii OPEN i 31 w kategorii M40. Plan wykonany z nadwyżką. Biegi w górach zrobiły robotę!

Podbieg pod stary kościół za rynkiem i późniejszy podbieg pod Rudzką był męczący, ale ja je pamiętałem jako wręcz wyniszczające dwa lata temu. Teraz wymagały tylko koncentracji, mocniejszej pracy rąk i już po chwili wbiegałem na długą prostą na Obwiedni Północnej. Na środku której czaił się… Kamil i Sebastian czyli ci, którzy przybyli aby przypilnować mojego finiszu. Wcześniej stanowili asystę i motywację Marka, który łamał życiówkę na 1:30…

Od Sebastiana usłyszałem tylko, że jest świetnie, jeśli utrzymam tempo będzie 1:42, więc… przyspieszyłem. Jak późniejsze zapisy wskazały, pognałem z tempem 3’50, co zemściło się błyskawicznie, już po 100metrach, gdy straciłem oddech. Kamil krzyczał, że już tylko 400 metrów, że mam wyprostować się, utrzymać pracę rąk, Sebastian podążał krok w krok za nim i też wołał, że tylko ostatni zakręt i będzie wymarzona meta. Faktycznie meta zbliżała się, ja z godnością dogorywałem, ale skręciłem w stronę linii finiszu, usłyszałem jeszcze krzyk Kamila, że mam jednego biegacza biegnącego przeze mną wyprzedzić, co też uczyniłem ostatkiem tętna, które dobiło do 184 uderzeń na minutę.

Wpadłem na metę przy której wyświetlał się czas 1:41:15, więc czas miałem niesamowity, a to przecież był czas brutto, więc netto musiało być jeszcze lepsze.

Na szyi zawisł medal, ja oparłem się o barierki, z trudem łapałem oddech, ustępowała powoli kolka złapana na ostatniej prostej. Pilnował mnie Sebastian, który widząc, że ze mną wszystko w porządku i nie zamierzam przenieść się do krainy wiecznych łowów na promocje butów biegowych, odwrócił się w oczekiwaniu na Kasię, która właśnie wbiegała na metę na uginających się nogach…

Minutę później pojawił się Mirek – byliśmy w komplecie – ekipa Fizjofunk… Szczęśliwi, z życiówkami, w całkiem znośnym stanie.

Poszedłem szukać Tomasza i… wody, bo nagle poczułem, że woda w życiu biegacza za linią mety również jest ważna.

Za linią mety

Za linią mety rozpoczęło się gratulowanie i przyjmowanie gratulacji. Tego wieczoru większość uczestników zemściło się na swoich dotychczasowych rezultatach życiowych, niektórzy o minutę, dwie, rekordowe zwycięstwa sięgały ponad 10 minut!

Ja udałem się w poszukiwaniu mojej kurtki, bo cosik zimno się zaczęło robić, a Tomasz udał się w poszukiwaniu toi-toia. Spotkaliśmy się pod podświetlonym napisem RYBNIK, pod którym zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. O takie:

Czy widać promieniującą z nas i naszych nowych życiówek radość życia i biegania?

Pożegnaliśmy się z Tomaszem, ja jeszcze chciałem zostać i pogadać ze znajomymi, w tym z ekipą Fizjofunk i jej trenerem, który tego wieczoru był wyraźnie zadowolony ze swoich podopiecznych. Ja też byłem zadowolony, wziąłem srogi odwet na połówce z Dąbrowy Górniczej, wykorzystałem moc, która została przyduszona upałem podczas półmaratonu w Katowicach.

Poszedłem po pyszny żurek, który pochłonąłem w towarzystwie biegaczy Luxtorpedy z Czerwionki,  w tym Wojtka, który zameldował się na mecie jako 25. biegacz z czasem 1:19:54 (kategoria OPEN).

Do stołu, przy którym siedzieli znajomi podszedłem już tylko z kawałkiem chleba, czym wywołałem zrozumiały smutek i żałość, że widać dla tych, co biegną w tak powolnym tempie została już tylko skibka chleba, banan i łyk wody…

Rozmowy ciągnęły się jeszcze długo w nocy, powróciłem do domu po godzinie 2.00…

Czas na podsumowanie

IX Półmaraton Księżycowy niespodziewanie przeszedł do historii jako najszybsza tegoroczna trasa. Niektórzy tak mówili o tym w Dąbrowie Górniczej, ale tam karty rozdawał wiatr i upał – ja niestety wylosowałem same blotki. Rybnik, dzięki bardzo chłodnej pogodzie pozwolił, na przekór podbiegom, na szybkie i mocne bieganie.

Bieg wygrał Ukrainiec Artem Kazban z wynikiem 1:07:08. Pierwszą kobietą na linii mety była Svetlana Kovgan z czasem 1:17:20, a pierwszym Polakiem (i rybniczaninem) był Kamil Czapla.

Pełne wyniki znajdziecie na stronie Datasportu.

Sam bieg – to też rybnicka tradycja – był świetnie zorganizowany, biegacze biegli w pełnym komforcie otoczeni wolontariuszami, kibicami, dopieszczeni dużą ilością wody i owoców.

Stąd też nasz niski ukłon wobec organizatorów tego biegu, jak i samych mieszkańców Rybnika. Dziękujemy za wszystko, liczymy wrócić na trasę półmaratonu za rok – na jubileuszową dziesiątą edycję. Czuć, że biegacze są w tym mieście bardzo mile widziani, to dobre miejsce do spędzenia tej wyjątkowej biegowej nocy – w świetle księżyca…

 

A ja sobie pozwolę na podsumownie moich startów na rybnickim półmaratonie. W 2014 roku debiut. Miałem 41 lat i zaczynałem biegać. Skończyłem na 420 miejscu z czasem 1:51. Rok później było już miejsce 354 i czas 1:46, spory progres w 2016 bo już 218 miejsce i czas 1:42. I no opisywany dziś start. Miejsce 130, czas 1:33.

Niby człowiek coraz starszy, ale jakby nie bardzo :-) Za rok nie ma wyjścia, trzeba wskoczyć do pierwszej 100! A Pawłowi nie pozostanie nic innego jak zejść poniżej 1:40. Patrząc jak trenuje wiem, że zrobi to z uśmiechem na ustach!