Bieg o Puchar Burmistrza Pszowa co roku inauguruje mój sezon biegowy. Tym razem miałem zanurzyć się w las podczas pszowskich zawodów po raz czwarty.

Ten bieg ma wiele twarzy, z dwunastu kilometrów tylko cztery spędza się na asfalcie, resztę pokonuje się na leśnych, szerokich duktach. Trasa jest trudna, zależna od zimowych warunków – bywało tam błoto, głębokie kałuże, częściej pod nogami chrzęścił lód i chrupał śnieg. Bieganie po tym lesie to też ogromna przyjemność, trasa jest dobrze oznaczona, widowiskowa, wielokrotnie słyszałem zachwyty nad jej różnorodnością.

Wszyscy uczestnicy tego biegu zapamiętują jedno – podbieg na ósmym kilometrze. Do kilometra szóstego jest miło, szczególnie przy zbieganiu ze wzniesienia od grodu Gołężyców. To jest ostatni wesoły akcent tego biegu, bo później są górki i wspomniany najostrzejszy podbieg. Zerknijcie na profil trasy, nawet nie tyle sam podbieg jest trudny, co kolejny – zaraz za szczytem – po wbiegnięciu na górkę ma się nadzieję, że to koniec mąk, a tu jeszcze kawałek do przewalczenia. Kto się zbytnio przeforsuje przy podbieganiu nie da rady wykorzystać ostatnich dwóch kilometrów asfaltu na nadgonienie czasu.

Profil trasy biegu w Pszowie

(fot. ze strony organizatorów)

Pszowski bieg jest bardzo kameralny (raptem 140 biegaczy i “kijkarzy”, którzy startują na krótszym ponad ośmiokilometrowym dystansie), to okazja do spotkań znajomych i spokojnego pogawędzenia przy gorącej herbacie o całorocznych planach biegowych.

O mały włos…

Na bieg zapisałem się jako jeden z pierwszych, w końcu jestem mieszkańcem Pszowa, to mój lokalny obowiązek wystartować w tym biegu. I zupełnie nie wiem dlaczego wkodowało mi się, że bieg startuje w samo południe. Gdyby nie pytanie Sebastiana w sobotni wieczór, dla którego to był drugi oficjalny start w zawodach, o której zamierzam być na miejscu, to bym przyjechał pół godziny po starcie.

Cudem przesunąłem poranne niedzielne obowiązki tak, żeby zdążyć odebrać numer startowy z biura zawodów. Na wszelki wypadek prosiłem i Sebastiana, i Edytę o ewentualne porwanie mojego numeru i bohaterską obronę go do momentu mojego przybycia.

Gdy tylko w niedzielny poranek zerwałem się, już wiedziałem, że dzień zacznie się karkołomnie, bo śnieg, który niespodziewanie napadał, co prawda złagodził zaokienną szaroburość, ale równocześnie gwarantował spowolnioną jazdę kierowców na trasie z Pszowa do Rybnika i na powrót do Krzyżkowic, na linię startu.

Przed startem

Zdążyłem! Sebastian upewnił się telefonicznie czy jestem już w drodze i podpowiedział, gdzie najlepiej zaparkować – dzięki!

W remizie strażackiej panował wesoły rozgardiasz, ustawiłem się w kolejce do odbioru zwrotnych numerów startowych z czipem, odebrałem również pamiątkową, jubileuszową koszulkę.

No nie powiem, rozbawiła mnie. Koszulki w pakietach bywają różne, ale zazwyczaj są kolorowe, z nadrukami, z reklamami, często przypominają koszulki zespołów piłkarskich, a tu? Koszulka była dobrej jakości ale była biała, bawełniana (czyli niebiegowa), z napisem na plecach „X Bieg w Pszowie” i herbem miasta na krótkim rękawku. Minimalizm.

Jeszcze chwila na spotkania i rozmowy, Edyta i Grzegorz, Bartek, który czyta bloga, ale jeszcze nie mieliśmy się okazji spotkać, Łukasz no i Sebastian, z którym poszliśmy się rozbiegać i rozgrzać przed startem.

Rozgrzewka potwierdziła, że jest śnieżnie i ślisko. Trzeba będzie się nieźle nabiegać, żeby w tych warunkach wykręcić dobry wynik.

Start!

Ustawiliśmy się na linii startu, by po odliczaniu usłyszeć strzał startera. Moja strategia była prosta, niczym nocne treningi Kenijczyków. Wystartować ostro i utrzymać tempo tak długo, jak długo się uda, nie wbiegając w czarny tunel ze światełkiem na końcu. W tym biegu trzeba wykorzystać każdy równy kawałek asfaltu, bo w lesie mogło być wszystko (może prócz zasp), błoto, lód, śnieg no i ulubione kałuże. Co prawda niektóre z dołów zostały jeszcze w lecie zasypane żwirem, ale zimowych atrakcji i tak miało być pod dostatkiem.

Mój rekord trasy z roku 2015. to 1:06:15 czyli żebym teraz wylądował gdzieś w tych okolicach czasowych, to musiałbym utrzymać średnie tempo na poziomie 5’30’’ na kilometr. Rzecz teoretycznie do zrobienia, pod warunkiem utrzymania dobrego tempa w pierwszej połowie biegu.

Pierwszy zakręt był tradycyjnie śliski i wąski, ale potem długa prosta, niestety pod śniegiem leżał lód i czułem słabą przyczepność przy każdym kroku. Do tego tętno poleciało pod 170 ud/min, odrobinę odpuściłem więc na tyle, żeby nie mieć problemów z oddychaniem. Dobrze pamiętałem mój start dwa lata temu, gdy mroźne powietrze zatkało mnie już na początku – ukończyłem mój marszobieg z czasem 1:15.

Krystian i Rysiek Run czyli leśne biegaczy rozmowy

Przed wbiegnięciem do lasu dognała mnie bardzo charakterystyczna para biegaczy – Krystian i Rysiek Run. Z Krystianem rozmawiałem ostatnio podczas biegu po Moczkę i Makówki w Stanowicach, trudno go było nie zapamiętać, gdyż przebrany był za kelnera i serwował drinki. Dobre i mocne drinki!

A teraz ręka do góry, kto startował w rybnickim Biegu Barbórkowym i kto nie zauważył wysokiego brodacza, który biegł w pełnym roboczym ubiorze górniczym? No to właśnie był Rysiek Run, który towarzyszył Krystianowi. Obaj biegli sobie swobodnie w tempie poniżej 5’00’’ min/km rozmawiając o tym i owym, ja starałem się dotrzymać im kroku, ale konwersacji nie byłem w stanie prowadzić ze względów respiracyjnych.

Oto dwóch panów uchwyconych w obiektyw przed startem przez reporterkę z portalu Nasz Wodzisław:

Oddychałem ze swobodą Lorda Vadera, więc marny ze mnie był interlokutor. Niemniej gdy biegliśmy obok Patrycji noszącej barwy Eko-Okien, chłopaki nie omieszkały wspomnieć o ewentualnej zniżce na stolarkę okienną, przy Januszu z Olzy Cieszyn (ach te informacje na koszulkach) rozmowa zeszła na tematy batoników energetycznych.

Przed słynnym zbiegiem od grodu Gołężyców (na którym na śliskim można nogi pogubić) wysunąłem się przed rozgadane towarzystwo, budząc sporą wesołość nieopatrznym stwierdzeniem, że trzeba wykorzystać zbieg, bo potem już tak wesoło nie będzie.

Chłopaki też przyspieszyły utrzymując się za moimi plecami tak, żebym słyszał każde słowo. Doraźnie komentowali mój krok biegowy:

– ty, kiedy on zacznie biec, bo póki co to chyba Galloway jest, nie?,

– o, na zegarek spojrzał, może faktycznie czas by było trochę przyspieszyć?

Ja się przy tym wszystkim krztusiłem ze śmiechu, no nie dało się skupić na osiąganiu prędkości kosmicznych w tak wesołej kompanii.

Kolejnym epokowym pomysłem Krystiana było zapisanie się na jakieś ultra i zamęczanie psychiczne biegaczy jego nawijką – ty, jakby tak przez dwanaście godzin biegu gadać do jakiegoś biegacza, wytrzymałby to?

Wtedy przypomniało mi się słynne stwierdzenie o typach biegaczy ultra, ponoć ultrasi dzielą się na tych co gadają podczas biegu non stop i na tych, którzy w milczeniu planują krwawy mord na gadułach.

17. Potworny Bieg Zimowy

Mnie się towarzystwo bardzo podobało, tym bardziej, że zostałem namówiony do udziału w 17. Potwornym Biegu Zimowym, który odbędzie się 11. lutego w Rybniku (pod tym linkiem można się na zawody zapisać). Do wyboru dystans 5, 10km, NW, można też biec z czworonogiem.

Coś też chłopaki wspomniały o Ultramaratonie 40 Rybnickich Rond (40 rond i 62km), ale w tym momencie napotkaliśmy na wyraźną granicę naszych możliwości.

Otóż na jednym z podbiegów drogę zatarasowała nam zwalona sosna, zgrabiałymi od zimna palcami udało mi się jako tako uchwycić kadr i wymusić na przemarzniętym telefonie zrobienie fotki. Choć akurat wspomnianego drzewa to na niej nie widać.

Podbieg i meta

Popędziliśmy dalej – aż do sławnego podbiegu. Chwilę wcześniej spotkaliśmy się z „kijkarzami”, którzy mieli odrobinę krótszą trasę.

Podbieg wzbudził w chłopakach tyle radości, że przyspieszyli “odrobinkę” tak, że spotkałem ich dopiero na mecie.

Ze mnie podbieg, a właściwie podejście, wycisnął ostatnie poty, ale to nie był przecież koniec biegu – trzeba było nadal walczyć, zostały dwa kilometry asfaltu.

Gnałem więc schodząc ponownie poniżej tempa 5’00’’ min/km, nie miałem czasu na analizę mojego możliwego wyniku na mecie, po prostu dawałem z siebie wszystko. Granicą był urywany oddech, tętno wskoczyło powyżej 170, nie miałem już dość mocy, żeby docisnąć gaz do maksimum, zmęczenie dawało znać o sobie. Jeszcze motywowałem się do gonienia biegaczy przede mną, ale to stare wygi były, ich finisz był równie dobry, jak mój albo i lepszy.

Pozostał ostatni zakręt i miałem ujrzeć wyświetlacz przed metą…

Ujrzałem jedynkę z rzędem zer i uciekającymi sekundami na końcu. Na metę wpadłem nie wierząc własnemu szczęściu, stoper zatrzymał się na wyniku 1:00:27. Życiówkę na tej trasie pobiłem o niecałe sześć minut… Byłem głęboko szcześliwy ale też zdziwiony. Zaprocentował plan treningowy ułożony przez Kamila z Fizjofunk, no i cośrodowe zajęcia dla biegaczy prowadzone właśnie przez niego.

Odebrałem piękny medal i zacząłem rozglądać się za znajomymi twarzami.

medal X bieg o puchar burmistrza pszowa

Edyta, zgodnie z coroczną tradycją, zrobiła mi fotkę, która ponownie ubawiła mnie setnie – ot, wychodzi na niej moja prawdziwa natura – można niesforną dzieciarnię przy jedzeniu straszyć – jedz synku, bo przyjdzie straszny wujek Paweł i Ci zupkę zje.

Edyta i Grzegorz to jedno z niewielu mi znanych biegających małżeństw (i to jak szybko!), z przyjemnością im zrobiłem zwrotną fotkę. No oni to wyglądają przynajmniej poważnie!

A teraz czas na małe coś niecoś – pyszny bogracz.

Niebo w gębie!

Wyniki

Pozostała jeszcze ceremonia wręczenia nagród.

Bieg wygrał Damian Drożdż z Wodzisławia (41:50) przed Mateuszem Mrówką (Radlinioki w Biegu) i Kamilem Bednorzem, klasyfikację pań wygrała Beata Wrońska (55:02) przed Małgorzatą Rencz i Martyną Koczy.

Pełne wyniki biegu poznacie pod tym linkiem.

Szybko policzyłem na liście wyników, że byłem piątym pszowikiem przekraczającym linię mety, też pięknie, nieprawdaż?

Nagroda Fair Play dla Michała

Przyznano również specjalną nagrodę Fair Play dla Michała Kobusa. Otóż Kasia, jedna z uczestniczek zawodów Nordic Walking, przewróciła się po starcie tak nieszczęśliwie, że wymagała pomocy lekarskiej i transportu do szpitala. Michał zatrzymał się, zaopiekował się poszkodowaną i asystował jej aż do odjazdu karetki.

Michał nagrody przyjąć nie chciał argumentując, że nie tylko on niósł pomoc Kasi; ostatecznie przy gromkim aplauzie, nagroda została wręczona i przyjęta.

Imprezę zwieńczyła loteria fantowa, w której czwarty rok z rzędu niczego nie wygrałem, trudno, może piąty start okaże się w tym względzie szczęśliwszy.


Bieg tradycyjnie już został zorganizowany przez Klub Sportowy Forma z Wodzisławia Śląskiego, przy współpracy Urzędu Miasta w Pszowie.


Polecam fajną galerię zdjęć Nasz Wodzisław, nawet z panią fotografką zrobiliśmy sobie zdjęcia symultanicznie, rzućcie okiem w lewy róg znanego Wam już zdjęcia:

a tak wyglądała sytuacja z odwrotnego obiektywu, ja i Sebastian:

(Fot. naszwodzislaw.com)

Pozostały już tylko pożegnania, z których najczęściej powtarzało się to: do zobaczenia na trasach biegowych!