Zapraszamy Was na relację z naszej wyprawy na maraton w Walencji. Tekst nie będzie tylko suchym opisem udziału w sportowych zmaganiach, nasza droga do pokonania królewskiego dystansu w Hiszpanii była wieloetapowa i obfitowała w zdarzenia i (jak to u nas bywa) przyprawiona była przedniej jakości humorem i żartami.

Pierwsza część relacji jest nazwana prologiem. Stanowi odrębną całość, była równie wyczerpująca jak sam maraton, wymagała nie tyle treningów co pracy koncepcyjnej, synchronizacji, pomysłowości, otwartej głowy i doświadczenia.

Tomasz jest rewelacyjnym organizatorem i kapitanem naszej zgranej ekipy, to on od początku do końca dzierżył pewną ręką stery naszej wyprawy oraz kierownicę kolejnych pojazdów. Mnie przypadła rola nawigatora i przybocznego. Mam wrażenie, że całkiem dobrze uzupełnialiśmy się i że to nie będzie nasza ostatnia wspólna maratońska relacja.

Jak to zwykle bywa z maratonami, droga do nich zaczyna się dużo wcześniej, zazwyczaj kilkanaście tygodni przed dniem imprezy. Nie inaczej było i tym razem. Obaj przygotowywaliśmy się, wg ściśle określonych planów, a sama podróż i uczestnictwo w wydarzeniu były tylko i aż przysłowiową „truskawką” na torcie.  W moim przypadku przygotowania oznaczały przebiegnięte 750 km i starty w dwóch ultramaratonach górskich, które oczywiście były wielką przygodą i nowym wyzwaniem, ale również elementem treningu do ostatniego w sezonie maratonu. W moim przypadku miał to być już piąty w tym roku.


Dlaczego maraton w Walencji?

To jest świetne pytanie – na które wyczerpująco odpowie Tomasz. Ja tam kocham Hiszpanię i wszystko co hiszpańskie, przy tym Walencja jest na „W”, stąd po Wenecji start w tym maratonie był dla mnie oczywisty.

Start w tym mieście podpowiedzieli mi bardziej doświadczeni przyjaciele biegowi, którzy startowali tam rok wcześniej i wrócili zachwyceni. Dodatkowo moment startu maratonu pod koniec listopada bardzo mi odpowiadał, dając czas na regenerację po poprzednich startach. No i wiedziałem, że na maraton w mieście na „W” długo Pawła nie będę musiał namawiać.

Z kronikarskiego obowiązku napiszę, że Walencja to trzecie co do wielkości miasto w Hiszpanii (800 tys. mieszkańców), leży w środkowo-wschodniej części tego państwa, słynie zarówno z zabytków jak i nowoczesnej architektury autorstwa Santiago Calatravy; Walencja została uznana w roku 2012 Europejską Stolicą Sportu. Sympatycy Formuły 1 wiedzą, że w tym mieście odbywało się Grand Prix Europy F1 – charakterystyczny i unikalny w świecie dla ulicznego toru jest jego nadmorski przebieg.

Ale Walencja słynie również z imprez biegowych, które odbywają się każdego miesiąca, na portalu https://www.valenciaciudaddelrunning.com/en/ (czyli Walencja miasto biegaczy) możecie wybrać imprezę na każdym możliwym dystansie. Od biegów charytatywnych, poprzez biegi na 5/10/15 kilometrów, półmaraton, maraton i triathlony.

Wart podkreślenia jest klimat subtropikalny miasta, dzięki któremu można podczas jesiennego czy wiosennego pobytu cieszyć się słońcem, wiatrem i palmami, jeśli się ma wolną chwilę stanowczo warto też skoczyć na nieodległe morskie wybrzeże i skorzystać z uroków plaż.


Organizacja maratonu

Maraton w Walencji ma najwyższą renomę w świecie biegów – posiada oznaczenie Gold Road Race IAAF.

Na „złotym” poziomie była też polityka informacyjna przed maratonem, o czym wspominałem we wpisie o  42 ciekawostkach maratonu w Walencji. My otrzymaliśmy 150-stronicowy informator o maratonie, jak i równie bogaty poradnik przedstartowy.

Mieliśmy też zainstalowaną w telefonie specjalną aplikację, dzięki której byliśmy na bieżąco z wszystkimi informacjami, jak i z zegarem pracowicie odliczającym czas do startu.


Droga do Walencji

Na maraton zapisaliśmy się z dużym wyprzedzeniem, Tomasz dograł transport, gdy tylko pojawiły się pierwsze najtańsze bilety lotnicze, mając na uwadze chęć zajrzenia do… Barcelony ale też utrzymanie budżetu w ryzach.

Pierwszym etapem był przejazd autem do Bratysławy, drugim przelot do Barcelony, gdzie czekał na nas w wypożyczalni samochód. W centrum stolicy Katalonii czekał na nas nocleg, nazajutrz rankiem zamówiliśmy bilety na wizytę w Sagrada Familia, sobotnie popołudnie zająć nam miał przejazd autostradą do Walencji i dopiero na końcu start w maratonie.

Ambitne założenia turystyczne, prawda? Ale jakoś nie wyobrażałem sobie nas leżących na dzień przed startem w łóżkach i leniwie popijających izotonik w intencji udanego startu. Nie tym razem, Hiszpania czekała na podbój.

Ja również uważam, że taki sposób uczestnictwa daje dużo radości i przygód nie tylko związanych z samym startem. Niech nagrodą za godziny na treningach będzie nie tylko kolejna życiówka, ale również zobaczenie pięknych miejsc, spróbowanie kuchni różnych krajów i spędzenie kilku dni w miłym towarzystwie.


Ależ my jesteśmy uparci i dobrze zaplanowani

Z Żor wyjechaliśmy w piątek wczesnym rankiem. W ostatniej chwili Tomasz przygotował mi opaskę z pośrednimi czasami, która odegrała bardzo istotną rolę w moim starcie w maratonie, o czym będzie w drugiej części relacji. Dzięki Ci!

Opaska faktycznie bardzo się przydaje. Odciąża mózg, który nie musi spalać kalorii na nieustanne przeliczanie, gdzie wg planu powinniśmy być w danym momencie biegu. Z doświadczenia wiem, że wskazania zegarków o 3-5 % odbiegają od atestowanego pomiaru trasy, dobrze więc jest móc spojrzeć na oczekiwany rezultat przebiegając obok oznaczenia kilometra trasy przygotowanego przez organizatora. Robiąc opaski skorzystałem z darmowego generatora na stronie runbundle.com

Surowe reguły wymiarów bagażu podręcznego utrudniły mi pakowanie – problemem było gdzie umieścić moje biegowe buty rozmiaru 47? Gdy je pakowałem do podręcznej walizeczki, to do niej już niewiele wchodziło. Dobrym rozwiązaniem okazało się wrzucenie butów do plecaka, rozwiązanie proste i skuteczne.

Punktualny dojazd do Bratysławy uratowała nam nawigacja online, która głośno ostrzegała, że jeśli pojedziemy główną trasą, utkniemy w dwugodzinnym (!) korku. Jechaliśmy drogą równoległą do autostrady podziwiając TIRy stojące po horyzont. Szybki transfer z parkingu na lotnisko, kontrola biletów i oczekiwanie na lot.

Z pewną  obawą weszliśmy na pokład samolotu Ryanaira, gdy wypatrzyłem pod jego tylnym skrzydłem czarne dziury…

Co prawda ktoś chyba coś łatał czarną taśmą klejącą, ale czy kleił wystarczająco dokładnie, skoro widoczne też były przyklejone „karteczki” nad skrzydłem?

Barcelona przywitała nas królewskim pejzażem i… chłodem. W pośpiechu zapinaliśmy polary i kurtki. Gdzie ten oczekiwany upał?

Naszym przestronnym środkiem transportu był dynamiczny Peugeot Partner Tepee. Niech ktoś mi powie, że tego typu auta są niewygodne! Dwoje przesuwanych drzwi bocznych, olbrzymi bagażnik, wygodne fotele, niskie spalanie – listę zalet można by mnożyć.

Tomasz zajął należne mu miejsce kierowcy i z maksymalną dozwoloną prędkością pognaliśmy na podbój Barcelony.


W Barcelonie

Wjazd i poruszanie się po centrum w godzinach szczytu, lawirowanie pomiędzy setkami skuterów, poszukiwanie parkingu i nachylone pod upiornym kątem wjazdy na kolejne poziomy parkingów, na których ślizgały się opony – to wszystko poboczny smaczek wyprawy.

Nasze lokum było odległe o niecałe 2km od Sagrada Familia, z piątego piętra roztaczał się cudowny widok na kamienice i budynki wokół.

Sam wystrój apartamentu też był epicki, aż prosiło się zostać tu na kilka dni dłużej. Na balkonie mieliśmy mały stoliczek i jedno krzesełko, pozostałe miejsca obserwacyjne były stojące. Ale polubiliśmy nasz mały balkonik.

Na wielu balkonach wisiały kolorowe flagi, Barcelona (i nie tylko) wciąż protestuje przeciwko polityce władz centralnych. Jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale to nie tylko w Barcelonie odbywały się czynne protesty.

Na piątkową kolację spałaszowaliśmy kanapki, hiszpańskie pomidory, garnek makaronu z sosem i ciasto. Zasnęliśmy jak zabici.

Nazajutrz zerwałem się jako pierwszy – o siódmej rano wyszedłem, aby wykonać ostatni trening przed maratonem. Moim celem była Sagrada Familia, sama myśl o podbiegnięciu do tego zabytku powodowała gęsią skórkę… Ulica przywitała mnie nocnym spokojem, miasto jeszcze spało…

Trening był specyficzny, bo musiałem przekraczać kolejne skrzyżowania, czekając na zielone światło. Ruch uliczny już uniemożliwiał ich przebiegnięcie, stąd kluczyłem i kombinowałem jak nie przerywać biegu. Wreszcie katedra wynurzyła się a ja oniemiałem. Wrażenie niesamowite…

Podczas gdy Paweł biegał ja zbierałem siły śpiąc. Czekało nas w końcu zwiedzanie miasta i uznałem, że taki ruch mi wystarczy. Zdążyłem też przygotować typowo śląskie śniadanie bazujące na fantastycznych rybnickich frankfuterkach :-)

Po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Minęliśmy zastanawiająco dużo osób, które ubrane w dresy i klapki niosły kawę i rogalik, zmierzając do swoich apartamentów, w których widać nie było ekspresów do kawy.

Głównym punktem sobotniego zwiedzania była Sagrada Familia,

mieliśmy bilety zakupione w internecie, weszliśmy o oznaczonej godzinie, po przejściu skrupulatnej kontroli bezpieczeństwa.

Prawdziwa fotka prawdziwego turysty:

Po zwiedzaniu ruszyliśmy na deptak La Rambla, rzucając z podziwem okiem na mijane budynki projektu Gaudiego,

jak i ekskluzywne sklepy znajdujące się przy tej ulicy.

Sklep FC Barcelona zaskoczył nas cenami. 150 euro za koszulkę?!

Wielkim przeżyciem był spacer przez targ La Boqueria, targ ten ma nawet własną stronę internetową: http://www.boqueria.info/. Świeże soki, warzywa, owoce, jajka, wędliny, ryby – wszystko w kosmicznym wyborze i przedniej świeżości. Wybraliśmy zestawy owoców i obeszliśmy powoli wszystkie stoiska.

Na La Rambli występowali różni artyści, było kolorowo, multikulturowo i bardzo, bardzo radośnie.

Odpoczęliśmy chwilkę w barcelońskim porcie, niedaleko pomnika Kolumba,

który z wysokiego cokołu wytrwale wyczekiwał przypłynięcia statków hiszpańskiej floty królewskiej (w ostateczności katamarany też mogą być).

Słoneczko grzało, a na nas był już czas, w końcu mieliśmy przed sobą jeszcze ponad 300km do przejechania, odbiór pakietów i odpoczynek w Walencji.

Na parking, żeby nie męczyć nóg, podjechaliśmy metrem,

skorzystałem z okazji, żeby sobie zrobić po raz pierwszy w życiu selfie w metrze. O takie:

Bez problemu wydostaliśmy się na autostradę i pognaliśmy w kierunku Walencji.

300 kilometrów podróży przed nami…


Walencja i expo

Wspomniane 300 kilometrów po Hiszpańskich autostradach minęło bardzo szybko. Tomek jest urodzonym kierowcą, przy tym natychmiast okazało się, że jego tryb kierowania jest kompatybilny z tym hiszpańskim. Przejeżdżał od pasa lewego do prawego z szybkością błyskawicy, wyprzedzał, trąbił, komentował, irytował się. Zaszczytem było obserwowanie tego z siedzenia obok.

płatność za hiszpańskie autostrady

A tak się płaci na hiszpańskich autostradach

Że niby ja się irytowałem ? Byłem zupełnie spokojny. Tak jak zawsze jestem spokojny gdy lewy paaaaasssssss autostrady zajmuje jakiś ślimaczący się zaaaawaaalidrooooga wrrrrrrr…..

Ale jazda nie byłaby tak płynna gdyby nie Paweł, spokojnym głosem informujący mnie gdzie mam skręcić, ile do kolejnego zjazdu, że szykana na drodze, albo samochód obok. Czułem się jakbym miał czworo oczu, co znakomicie usprawniało podróż. Dzięki temu mogłem się spokojnie irytować na innych, bo my przecież byliśmy świetni :-)

Popołudniową porą zaparkowaliśmy w okolicach Miasteczka Nauki w Walencji, niemiło zaskoczyły nas zablokowane wieczorem ulice. Jak się później miało okazać, nie była to wina przygotowań do maratonu.

Zaparkowaliśmy na podziemnym parkingu supermarketu przy „dzielnicy przyszłości” czyli Dzielnicy Nauki i Sztuki. Po wyjściu trafiliśmy w tłum biegaczy zmierzających po odbiór pakietów do hali expo. Widok był oszałamiający.

Zeszliśmy niżej, by stanąć w miejscu gdzie następnego dnia mieliśmy finiszować.

„Po wodzie”.

Wrażenie robiła równie ekipa dopingująca prezentująca swoje umiejętności.

Weszliśmy do budynku odebrać numer startowy i sam bardzo bogaty pakiet, wraz z „magiczną koszulką”.

Gdy odbierałem numer przewróciłem się z wrażenia. Nie wiem jakim cudem zamiast imienia „Paweł” znalazł się na nim mój nick…

Ja bym się tu cudu nie dopatrywał! Któregoś dnia się zdziwisz, gdy na Twoim dowodzie osobistym jak byk będzie stało Bookworm. A wtedy już, za każdym razem będziesz musiał pani na poczcie tłumaczyć co to znaczy.

Z powodzeniem odnalazłem się na ścianie złożonej z nazwisk wszystkich startujących. Zawsze fascynuje mnie to, z jak wielu krajów przyjeżdżają biegacze.

nazwisko na liście Tomasz Chmielewski maraton w Walencji

 

Zapadał zmierzch. Czas nam już było dostać się do apartamentu, który znajdował się na starym mieście, w ścisłym centrum Walencji. Przejazd siedmiu kilometrów zajął nam godzinę, całe centrum stało – przyczyną były zablokowane ulice. Dlaczego? Bo mieszkańcy Walencji demonstrowali. Gdy już przebiliśmy się na parking, do apartamentu musieliśmy przejść zabytkowymi uliczkami starego miasta idąc pod prąd Hiszpanów wracających z pochodu. Trasa dłużyła się.

A przecież trzeba było przeprowadzić jeszcze rytuał przygotowania się na start. Ubrania, odżywki, numery startowe, coś do słuchania podczas biegu. Wszystko przygotowaliśmy tak, by rano o niczym nie zapomnieć. Zasypialiśmy zmęczeni dniem, ale również mocno podekscytowani, do startu pozostało już tylko nieco ponad 8 godzin… Jeśli chcecie przeczytać relację z zawodów to zapraszamy do Części drugiej.